“Powrót Bena” [czyli “Wracaj do domu”] – Recenzja

Minęły dopiero dwa tygodnie nowego roku, a otrzymaliśmy już trzy produkcje podejmujące temat walki z uzależnieniami, w tym dwie pozostawiające wiele do życzenia. Mój piękny syn opierał się na wybitnych kreacjach aktorskich ratujących kiepski scenariusz, a Zabawa Zabawa mimo bardzo mocnego wydźwięku, była momentami zbyt jednostronna. Ku mojemu dużemu zaskoczeniu, to Powrót Bena okazał się najlepszą z nowości, będąc idealną mieszanką emocjonalnego minimalizmu i subtelnych, acz znakomitych ról pierwszoplanowych.

Pierwsze sceny są iście sielankowe – ot Holly Burns (Julia Roberts) obserwuje swoje dzieci na finalnej próbie przed pasterką – patrzy jak Ivy iście anielskim głosem prowadzi niebiański chór, a pozostała dwójka uroczo baraszkuje wśród stajenki, grając owcę i aniołka. Nikt z nich nie spodziewa się, że przed domowymi drzwiami czeka wigilijny, niezapowiedziany gość – wracający z odwyku Ben (Lucas Hedges). Problem w tym, że miał on nie opuszczać ośrodka dla uzależnionych przez najbliższe parę miesięcy, będących kluczowymi dla jego terapii.

Powrót Bena już od początku operuje wieloma niedopowiedzeniami. Nie wiemy czy Ben mówi prawdę, czy jego sponsor faktycznie pozwolił mu wyjść na jednodniową przepustkę, czy faktycznie nie chce wrócić do brania narkotyków i wreszcie – czy chwile spędzone w rodzinnym gronie dobrze wpłyną na jego proces leczenia. W momencie, gdy wychodzi bawić się ze swoim młodszym rodzeństwem, Holly panicznie chowa wszystkie leki, biżuterie, jednocześnie próbując unikać wzroku syna. Nie chce bowiem, by wiedział, że wciąż się boi nie tylko o niego, ale również jego i jego choroby.

Nie odczujemy tutaj świątecznego klimatu. Każdy moment jest bowiem przepełniony prawie namacalnym niepokojem i gęstą atmosferą. W końcu – przez obecność wielu różnorakich “wyzwalaczy” – Ben w każdym momencie może uciec. Nawet najprostsze czynności potrafią wytrącić go z równowagi – czy to gdy wchodzi na strych w poszukiwaniu ozdób na choinkę i dostaje ataku paniki przypominając sobie każdą chwilę, spędzoną tam na wstrzykiwaniu sobie w żyły heroiny, czy też gdy widzi swojego starego, zniszczonego przez wpływ używek przyjaciela, będącego uosobieniem tego od czego chce uciec, od czego chce się odciąć.

Powtarzane jak mantra zdanie Nie wierz mi na słowo, jest idealnym odzwierciedleniem stanu widza, gdyż przez cały seans będziemy oczekiwać na moment złamania się Bena. Oczekiwać na chwilę, w której zdecyduje się wrócić do nałogu, próbując w ten sposób odreagować ciągłe wyrzuty ojczyma, pasywno-agresywne ataki jego siostry, a także wstyd jaki czuje patrząc w oczy swojej matce, będąc świadomym tego, że całkowicie zniszczył jej życie. I choć – podobnie jak Holly –  z całego serca chcemy uwierzyć, że chłopak naprawdę się zmienił i skończył z wyniszczającym światem psychotropów, mamy poczucie, że zaraz stanie się coś okropnego, że Ben ukrywa przed nami straszną prawdę – ale zdecydowaliśmy się, zgodnie z jego prośbą, Nie zadawać żadnych pytań.

Peter Hedges wraca w swoim filmie do problemów tak dobrze znanych z jego twórczości – czy to konfliktów rodzinnych przywołujących na myśl słynne Co gryzie Gilberta Grape’a, szczególnie gdy Ivy po raz kolejny wypomina bratu jego wpływ na jej życie, czy też motyw uzależnienia tak świetnie ukazany przecież w Był sobie chłopiec. Reżyser po raz kolejny udowadnia, że mało jest autorów, którzy w równie nieoczywisty sposób budują relację wewnątrz familii – szczególnie w przypadku konfliktu Bena z Nealem (znakomity Courtney B. Vance), surowym i ostrym ojczymem, który jednak oddał wszystko w swoim życiu by spróbować uratować chłopaka i dać mu nadzieję na lepsze jutro.

W przeciwieństwie do większości produkcji poruszającej tematykę uzależnień, w Powrocie Bena im dłużej obserwujemy relację głównych bohaterów, tym bardziej mamy wrażenie, że zaraz stanie się coś złego. W końcu Ben wygląda tutaj nazbyt perfekcyjnie – jest wodzirejem rodzinnych zabaw, próbuje uratować życie uzależnionej dziewczyny (starając się w ten sposób przepędzić poczucie winy i demony przeszłości), a także w momencie kryzysowym błaga matkę, by zawiozła go na spotkanie dla narkomanów. Dopiero z czasem, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zaginie jego ukochany pies, prawdziwa natura chłopaka zacznie się powoli uzewnętrzniać i będzie on zmuszony wystawić swoją trzeźwość na bardzo trudną próbę.

Powrót Bena opiera się na dwóch znakomitych kreacjach aktorskich. Z jednej strony zmęczona życiem, acz przepełniona miłością do swojego ukochanego (chciałoby się rzec pięknego) syna Julia Roberts, odgrywająca tutaj swoje najlepszą rolę od ostatniej dekady, z drugiej Lucas Hedges, perfekcyjnie odnajdujący się w stylistyce swojego ojca, po raz kolejny udowadniający, że jest jednym z największych talentów współczesnej kinematografii. To dzięki ich duetowi od początku wierzymy w całą historię, od początku chcemy by wyszli na prostą, jednocześnie z ukrytą w ich oczach prawdą – że “lepiej” nigdy nie nadejdzie.

Peter Hedges wie, że do opowiedzenia tak trudnej historii nie potrzebne są wzniosłe sceny. Zamiast tego postanawia postawić na realizm i bardzo dużą naturalność w całej produkcji. Choć – niestety – momentami ucieka w zbyt oczywistą symbolikę, szczególnie z “magią świąt” w tle, to nadal tworzy jeden z najbardziej udanych obrazów uzależnienia, zostawiając w tyle Zabawę zabawę. Przypomina on również jak bardzo brakowało jego umiejętności do subtelnej i nienachalnej narracji.

Powrót Bena to zdecydowanie najdojrzalsza i najbardziej wyważona opowieść o uzależnieniu jaką znajdziecie teraz na dużym ekranie. Trudno bowiem wskazać równie dobrze napisaną relację matka-syn w ostatnich latach w kinie – jedyne co przychodzi mi na myśl to Boyhood – trudno także o wskazanie równie subtelnego przedstawienia narkomanii. Peter Hedges, niczym Kortez mówi widzowi i Benowi :

Więcej niż inni szczęścia masz.
Wracaj do domu,
tutaj zostaniesz sam.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.