Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Bad boy”, czyli na stadionie trzeba być lisem i lwem [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. kadr z filmu "Bad boy", materiały promocyjne Kino Świat
Słuchając i czytając wywiadów z Patrykiem Vegą przed premierą jego najnowszego dzieła, miałem mieszane uczucie. O ile w większości przypadków, od Botoksu począwszy, każdy miesiąc przed wejściem na ekrany wiązał się z masą fragmentów, zwiastunami zwiastunów i medialnym milczeniem reżysera (albo pojedynczymi wywiadami), o tyle tym razem Vega, po raz pierwszy od dawna tak chętnie pojawiając się w różnych stacjach i rozgłośniach, zrezygnował z kontrowersji na rzecz wyciszenia i autorefleksji. I choć Bad Boy jest filmem dalekim od dobrego, w świecie artystycznym jednego z najgłośniejszych polskich reżyserów widać zapowiedź zmian.

Pierwszy film zapowiadający w pełni komercyjną fazę w świecie reżysera – Pitbull. Nowe porządki – rozpoczynał się od sceny, w której pseudokibice zatrzymują pociąg i niemiłosiernie katują przeciwników, na skutek czego syn mafioza granego przez Bogusława Lindę zostaje sparaliżowany. Bad Boy – preludium do kolejnego etapu w karierze (jak pokazują niezadowalające wyniki BO, sam taśmociąg produkcyjny nie jest już wystarczający) – również rozpoczyna się kibolską retrospekcją: od podobnie zrealizowanej kolejowej ustawki, aż do morderstwa agresywnego ojca, psychofana zespołu Unia, przez broniącego swej matki i brata, syna Pawła.

20 lat później, Paweł, teraz równie wielki fan Unii, członek fanatycznych Kanibali, nie może już obronić matki, która umiera na skutek choroby. Śmierć rodzicielki, ściąga do rodzinnego miasta Piotra, dawno niewidzianego brata, stojącego po drugiej stronie legislatywnej barykady; tam gdzie przyjaciele Pawła zazwyczaj siadają na ławie oskarżonych, Piotr jest tym, który ich wyłapuje i skazuje.

Reszta fabuły opiera się na utartym schemacie. Piotr, mający problemy z alkoholem i agresją, by utrzymać posadę w policji decyduje się inwigilować Kanibali i swojego brata, współpracując tym samym z podwójną agentką Olą, podczas gdy jego brat wspina się (również przy pomocy Oli) po szczeblach hierarchii Unii, mając na celu podbicie piłkarskiej mapy Europy, a nawet całego piłkarskiego świata.

Oczywiście, podobnie jak miało to miejsce w każdej innej produkcji reżysera (mafia mokotowska i paliwowa w nowych “Pitbullach”, sprawa Bartłomieja Misiewicza, czy prawdziwe postacie w Polityce, śmierć Andrzeja Leppera w Służbach specjalnych), Bad Boy luźno bazuje na głośnej aferze w Wiśle Kraków, której główną bohaterką była pani Marzena Sarapata, obecnie poszukiwana listem gończym przez policję. Stąd pomysł na dojście kiboli do władzy w wielkim klubie przez firmy słupy (i Towarzystwo sportowe), stąd pomysł na panią prawnik jako prezes (Sarapata w końcu zaczynała jako radca prawny), wreszcie stąd wielkie problemy finansowe i masowe niewypłacanie pensji zawodnikom.

Przeczytaj również:  "Mulan": #GirlPower z holokaustem mniejszości w tle [RECENZJA]
fot. kadr z filmu “Bad boy”, materiały promocyjne Kino Świat

Casus ostatniej wiślackiej afery nie jest jednak jedynym wydarzeniem piłkarskim do którego wraca w swojej najnowszej produkcji Patryk Vega. Mamy trochę już zapomnianą sprawę rzutu nożem w trakcie meczu Wisły z Parmą sprzed prawie 22 lat, mamy również wątek konfliktu i istoty relacji na linie klub-miasto, z którymi zmaga się niejeden prezes, mamy nawet nawiązanie do kuriozalnej bramki Janusza Jojki, który wrzucił piłkę sam sobie do siatki (chociaż na potrzeby filmu wątek ten został rozwinięty, a bramkarz skatowany przez władze klubu).

Dobierając głośne historie, wplatając je jednocześnie w jeden, dość spójny jak na standardy reżysera, wątek, Patryk Vega łączy dwie typowe dla siebie ścieżki narracyjne w jedność. Mamy tu bowiem zarówno ciągłość akcji (podzielonej dość zręcznie na akty i zmiany charakterologiczne każdego z bohaterów, a w szczególności Oli), a także pewną noweliczność, znaną zwłaszcza z Polityki (przejawiającą się zwłaszcza w krótkich sekwencjach odwołujących się do prawdziwych wydarzeń). Problem w tym, że nie zawsze ten sposób opowiadania historii działa, a od połowy – gdy Paweł razem z Olą stają na szczycie Unii – fabuła zaczyna nużyć i koszmarnie się dłużyć.

Poza czerpaniem z prawdziwej historii, Vega korzysta z klasycznych archetypów i odwołuje się do kanonu literatury. Bad Boy to oczywiście parafraza historii o Kainie i Ablu, będąca chyba najciekawszym punktem w całej opowieści, ale jeszcze ważniejszą i ekranową rolę odgrywa Machiavelli i jego Książę, którego to, zamiast popularnej “rakiety”, otrzymuje w trakcie swojego pobytu w areszcie Paweł. Stąd też wszystkie cytaty z kultowego dzieła Włocha, wpisujące reżysera w popularny trend przedstawiania polskiego więzienia jako zaczytanego w esejach filozoficzno-ekonomicznych kącika literackiego, zaraz obok braci Węgrzyn z ich “Kapitałem w XXI wieku” w Procederze.

Niektóre rzeczy i cechy stylu Vegi pozostaną jednak niezmienne – w tym na przykład to, że Bad Boy jest filmem bazującym na szarżujących i dających z siebie wszystko aktorach i aktorkach. Antoni Królikowski przez cały ekranowy czas, jak na uzależnionego od środków przeciwbólowych przystało, jest rozedrgany i prawie wyskakuje z ekranu, na zmianę klnąc i wirując oczami. Maciej Stuhr (wypadający znacznie gorzej od Królikowskiego) przez cały czas krąży sfrustrowany, a Piotr Stramowski, sycząc przez aparat na zęby i mózg zlasowany mefedronem, tworzy najciekawszą kreację w swojej aktorskiej karierze. Najjaśniejszej lśni jednak inna, nowa gwiazda w mikrokosmosie Patryka Vegi; Katarzyna Zawadza tworzy postać skomplikowaną, targaną emocjami, a przede wszystkim, co rzadkie w Vegaverse, bardzo intrygującą.

Przeczytaj również:  “Asystentka” – Najlepszy film o Weinsteinie [RECENZJA]

W trakcie seansu frapują jednak pewne elementy panteonu aktorskiego, a właściwie ich brak. W szczególności w postaci Kamila Grosickiego oraz Sławomira Peszki, tak hucznie ogłaszających swoją grę, których pobyt na ekranie (i niewytłumaczone niczym zniknięcie z klubu), trwa niespełna trzy minuty i ogranicza się do zbicia piątki, założenia koszulki i wymienienia paru podań prostopadłych. Jak na zapowiedzi ról drugoplanowych dość mało – a szkoda, bo panowie mogliby dodać kolorytu w wyblakłej drugiej połowie, gdy wchodzimy kamerą do piłkarskiej szatni.

fot. kadr z filmu “Bad boy”, materiały promocyjne Kino Świat

Problemem dla Vegi jest również film, który na ekrany kin wszedł prawie 10 lat temu i w znacznie ciekawszy sposób (choć nadal ze sporymi warsztatowymi wadami) infiltrował środowiska kibicowskie. Skrzydlate świnie nie były filmem udanym, ale próbowały przynajmniej, poprzez kreację Pawła Małaszyńskiego, wniknąć w psychikę psychofana zespołu piłkarskiego. Warto wspomnieć również o brytyjskim Hooligans Lexiego Alexandra, które wszystko to robi jeszcze lepiej. Bad Boy nawet nie próbuje udawać że jest portretem psychologicznym, jawiąc się tylko i wyłącznie komercyjną wydmuszką.

Przed Midasem polskiej komercji i lokowań produktu stoi ciężkie wyzwanie, które sam sobie teraz wyznaczył. Patryk Vega, deklarując nowy poziom swoich filmów, a także zrezygnowanie z taśmociągu na rzecz artyzmu, mierzy się z odwrotem własnej widowni i koniecznością tworzenia nowej jakości swoich produkcji. Najbardziej na tych zmianach cierpi jednak Bad Boy – w wywiadach zapominany przez reżysera, w kinach szeroko omijany przez widownię. Pomijany jednak słusznie – będąc najnudniejszym i najbardziej wtórym dziełem Vegi w historii jego filmów.

Ocena

3 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Skrzydlate świnie, Hooligans, Pitbull. Nowe porządki

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.