Rozmawiamy z Remigiuszem Kadelskim o 10. edycji LGBT Film Festival [WYWIAD]

Kiedy początkowo zasiadałem do rozmowy z Remigiuszem Kadelskim, jednym z koordynatorów programu 10. edycji LGBT Film Festival, obydwoje nie mieliśmy pojęcia, że odpłyniemy w naszej rozmowie na długą i jakże pasjonującą godzinę. To jednak pokazuje jak wielki jest urok tego festiwalu, na którym takie dyskusje zdarzają się codziennie.

Czym jest dla Ciebie LGBT Film Festival?

Remigiusz Kadelski: Rozpatruję go na dwóch poziomach. Od zawsze byłem widzem tego festiwalu, a ponieważ jestem dziennikarzem filmowym, czy szerzej – kulturalnym – i niemal od zawsze interesowały mnie festiwale filmowe , to zanim zacząłem jeździć na te międzynarodowe, to LGBT Film Festival był takim oknem na świat, papierkiem lakmusowym tego co dzieje się w światowym obiegu filmowym, ale przede wszystkim – i to było dla mnie najważniejsze – pokazywał jak filmografia pod szyldem LGBT+ wygląda, że nie tylko takie filmy są produkowane, ale jak szerokie jest ich spektrum – wrażliwości/tematów/narracji filmowej. Miałem to szczęście, że w moim rodzinnym domu mieliśmy dostęp do płatnej telewizji; w szczególności Canal +, . To był początek lat 90- tych czyli moment kiedy ten program w Polsce raczkował. Ale już wtedy, pojawiały się w nim filmy z etykietą LGBT. I moim marzeniem jako nastolatka było móc zobaczyć te filmy na dużym ekranie, a już w ogóle, żeby te filmy funkcjonowały u nas w kinach. No i ten festiwal był takim zwieńczeniem moich marzeń. Spełniał również taką formacyjną rolę. Miałem zawsze wrażenie, że to kino jest gdzieś w tyle w stosunku do tego głównego nurtu , a tu zobaczyłem jak bardzo rozwinięta jest ta gałąź kinematografii i to była ta kluczowa rzecz dla mnie jako widza. A od tego roku LGBT Film Festival rozpatruje w roli programatora. To nowe dla mnie wcielenie dało mi możliwość współtworzenia z Wiktorem Morką repertuaru i podzielenia się z widownia swoją wrażliwością filmowa. Bo nie można też ukrywać – nie zawsze nasze wybory się ze sobą zgadzały. Próbowałem iść w stronę kina bardziej wysmakowanego, mniej stawiałem na komedie, slapstick, a bardziej na historie, które są takimi kinofilskimi opowieściami. Nie miało dla mnie znaczenia czy na ekranie pojawia się lesbijka, gej, osoba transseksualna, czy też szerzej – nieheteronormatywna. Kluczowe było to by był to prostu dobry film.

Tak jak “Jose”

RK: Na przykład. Na drugim dopiero planie było dopiero to, że głównym bohaterem jest osoba z szerokiego katalogu LGBT+. No i też fantastycznym przeżyciem był moment – będąc od zawsze uzależnionym od festiwalu w Berlinie – kiedy mogłem pojechać na Berlinale ze świadomością: “O! Mogę teraz wybrać filmy i spróbować nakłonić agentów do tego by pokazać je na naszym festiwalu”. By mogły być pokazywane w Polsce – jeśli nie w tym roku uwzględniając specyfikę kupowania produkcji z tak dużych festiwali, to może w następnym.

Remigiusz Kadelski (pierwszy po lewej na gali otwarcia 10. LGBT Film Festival)
Pozostając przy początkach jako widz. Czy gdy szedłeś na pierwszą edycję myślałeś, że doczekamy się jubileuszowej, dziesiątej edycji Festiwalu?

RK: To zabrzmi paradoksalnie, ale gdybyś mi zadał to pytanie teraz, albo dwa-trzy lata temu, to miałbym dużo większe obawy niż na początku. Po pierwsze, co się może wydawać teraz truizmem, ale klimat wówczas był bardziej sprzyjający organizowaniu takiego festiwalu niż teraz. Oczywiście jak za każdym festiwalem, w tle rozgrywa się batalia o fundusze. Ten festiwal to inicjatywa całkowicie oddolna, nie otrzymuje wsparcia ani od instytucji samorządowych, ani instytucji miejskich, w związku z czym trzeba pozyskać pieniądze od partnerów. A partnerzy również patrzą jaka jest sytuacja w kraju. Mówiąc najprościej – czy im owe dofinansowanie się opłaci. Także w wymiarze wizerunkowym czy kreowaniu swojej marki w oparciu o wspieranie takich czy innych wydarzeń kulturalnych. Teraz trudno znaleźć organizacje – mimo naszego szczytnego celu – które chcą te pieniądze dawać, patrząc na to jaka jest konfiguracja polityczna. Również – ze względu na tę sytuację – po pieniądze ustawia się znacznie więcej „potrzebujących” niż te 10 lat temu. Wtedy absolutnie takiej obawy nie było, gdyż wiedziałem, że jest to silna inicjatywa, zaspokajająca ogromny głód widzów i widzek, którzy czekali w kolejce po bilety na ten festiwal. Wiktor był tak porażony siłą tego Festiwalu, że poszedł po prostu za ciosem. Kina też były bardzo zdziwione – w dobrym tego słowa znaczeniu – że ten festiwal gromadzi taką widownię. Fama się rozchodziła, a za nią znajdowali się kolejni, skłonni do wsparcia festiwalu. Więc – na początku żadnej obawy o kontynuację festiwalu nie było, teraz miałbym zapewne większe. Zresztą teraz mam całkiem realne obawy związane z możliwością zdobywania upragnionych tytułów . Przy tak małym budżecie , mamy ograniczone możliwości w konkurowaniu z innymi festiwalami jeśli chodzi o pozyskiwanie tytułów. Filmy LGBT nie są już szczęśliwie rozchwytywane na potrzeby jedynie wąskich, branżowych festiwali . To powoduje, że nie są to tanie filmy . W kolejce nie ustawiamy się więc jedynie my, ale także giganci jak Locarno czy Karlove Vary.

Czy jak u nas znakomite Nowe Horyzonty…

RK: Dokładnie! Nowe Horyzonty po prostu zgarnęły nam sprzed nosa parę tytułów, bo mają znacznie większą siłę rażenia i budżet. Stąd te obawy – potrzebujemy więcej pieniędzy by móc sprostać rosnącym wymogom rynku i koniunkturze na filmy LGBT. Filmy spod etykiety LGBT przestały być jedynie filmami środowiskowymi i są traktowane od strony sprzedażowej jak każde inne filmy na rynku, więc naprawdę mamy sporo do zrobienia, żeby zbudować repertuar kolejnych edycji.

Pozostając jeszcze w tematyce wspominkowej. Jakie jest twoje najlepsze wspomnienie ze wszystkich edycji; seans, sytuacja, o której myślisz i mówisz – to jest dla mnie esencja tego festiwalu?

RK: Trudno mi się odwołać do konkretnego tytułu, choć jeden kojarzę i jest mi bliski. Była to historia surferów z Oceanii. O tyle było to abstrakcyjne, ze geograficznie i mentalnie jest to bardzo odległy rejon, nie każdy z nas ma okazję zobaczyć jak tam jest, a do tego środowisko surferów, mi kompletnie odległe bo sportów wodnych nie uprawiam, poza tym że pływam. I ten mix atmosfery Oceanii, Antypodów z wrażliwością nieheteronormatywną plus to dla mnie była mieszanka piorunująca. Dla mnie to co jest esencją tego festiwalu, tym czymś za co go uwielbiam czyli jego niejednoznaczność. To znaczy nie tylko widzę filmy, ale biorę również udział w dyskusjach po projekcjach, podczas których toczą się ostre spory – co oznacza, że te filmy są jakieś, niezależnie od ich poziomu. Filmy, wobec których nie pozostajemy obojętni, obojętne. Często układając program myślimy o doborze produkcji w taki sposób by sprowokować dyskusję. Zawsze fascynują mnie te debaty, gdyż nie polegają one na spotkaniu grona wzajemnej adoracji, gdzie klepiemy się po ramieniu i zawsze się zgadzamy. To są debaty, gdzie w gronie osób grających umownie do jednej bramki, słyszymy różne zdania, opinie i te opinie się cudownie ścierają. Publiczność, co nie jest regułą na innych festiwalach, ma czelność formowania myśli, które idą w kontrze do tego co mówią paneliści i panelistki.

Przykładowa, jak zawsze wypełniona sala, na Festiwalu
To też zapewne wynika z tego, że publiczność składająca się często z przedstawicieli LGBT+, którzy wiedzą, że nie muszą i nie powinni wstydzić się swojego zdania i mówią głośno to co myśli niezależnie od sytuacji.

RK: Dokładnie tak. Po prostu muszą to mówić otwarcie, subwersywność mają we krwi. I to jest właśnie super – dzięki temu dyskusje są bardziej krwiste, często polegają na „boksowaniu się” i przeciąganiu argumentów. Jedyne nad czym powinniśmy popracować, to by było więcej czasu na zadawanie pytań. Na przykład teraz – rozmawiamy po debacie (dotyczącej filmu “Ovil&Usman” – przyp. red), która była znakomita i bardzo merytoryczna, ale była tak ekscytująca, że zabrakło czasu na pytania z sali. I jeszcze jedno – i mówię to bez żadnej kokieterii – jest to jeden z najbardziej kolorowych festiwali na jakich bywam. Cudowny konglomerat osobowości, które się tutaj przewijają i ta energia, która z tych ludzi bije to jest to co uwielbiam. Czasami potrafiłem przyjść na seans widząc film wcześniej, tylko po to by pobyć wśród widowni bo to są ludzi, z których chciałoby się widzieć na co dzień, a giną w codziennym, ulicznym tłumie.

To też jeden z niewielu festiwali – jak w przypadku otwierającego mój festiwal pokazu Lesbian shorts – gdzie ludzie z własnej woli decydują się siadać na podłodze, tylko po to by pomimo braku miejsc, trochę pożyć tym festiwalem. I a propos shortów – filmem otwierającym selekcje była polska “Baba Joga”, my rozmawiamy w trakcie seansu wielbionej przeze mnie “Niny” Olgi Chajdas. Czy spodziewałeś się 10 lat temu, 5 lat temu, że polskie kino będzie tak odważnie i artystycznie podejmować tematykę LGBT, która teraz nie ma za zadanie w naszych produkcjach szokować, tylko opowiadać zwyczajne, życiowe historie?

RK: Myślę, że wszyscy ludzie zajmujący się kinem nie spodziewali się takiego boomu – nie tylko w kontekście rodzimego kina LGBT+, ale całościowego rozwoju polskiego kina. Jesteśmy w takim momencie kiedy o naszym kinie mówi się głównie w samych superlatywach, a złym nawykiem staje się powiedzenie “jak na polski film”, co kiedyś utożsamialiśmy z obniżonymi standardami rodzimej kinematografii . Mam wrażenie, że krótkie czy średnie metraże podejmujące tematykę LGBT nie dość, że są tworzone w czasach prosperity polskiego kina, to powstała również świetna koniunktura na takie produkcje. Bo – jak często powtarzam przy 10, edycji festiwalu – krótkie i średnie metraże to coś na co powinno się zwracać większą uwagę. Są moim absolutnym oczkiem w głowie, przez co na Berlinale z rozmysłem przekładałem pokazy krótszych form nad długie, bo uważam że to w nich drzemie największy potencjał współczesnego kina. Tam trzeba się zmierzyć ze wszystkim – z formą, z narracją, z sposobem opowiedzenia historii. Mamy 6,8, 12 minut by zaabsorbować uwagę widza/widzki. W tak krótkim czasie musimy zawrzeć wszystko – opowieść, zwroty akcji, zaskoczenia czy w końcu finał. I to właśnie co dzieje się w krótkich metrażach przyprawia mnie o ten dreszczyk emocji, bo to jest absolutne mistrzostwo. I sam fakt, że polscy twórcy i twórczynie podejmują coraz śmielej tematyką LGBT nie jest przypadkiem – mamy na to koniunkturę, krótki metraż jest w modzie, a finansowo nie potrzeba już dużego zaplecza PISF-u czy szkół filmowych. Wystarczy poszukać we własnym zakresie finansowania, mieć sprzęt – choćby komórkę – i przede wszystkim dobry pomysł i scenariusz i możemy zrobić genialny film. Potwierdzeniem tego jak rośnie znaczenie krótkiego metrażu jest to jak łatwo na udział w nich zgadzają się nestorzy polskiego kina. To dodaje i powagi i w jakiś sposób uwiarygadnia, wzmacnia ten film. Jestem zawsze im wdzięczny za to, że ufają tym debiutantom i debiutantkom, stawiając na szali swoje nazwisko.

Kadr z filmu “Nina”
Powiedzieliśmy o Polsce, teraz spójrzmy szerzej. Kiedyś kino z etykietą LGBT definiowano jako kino campowe, a teraz – jak już powiedzieliśmy – mamy coraz większą subtelność. Czy według Ciebie da się obecnie zdefiniować kino LGBT, wskazać jakieś trendy?

RK: To co jest papierkiem lakmusowym kina LGBT pokazywanego na festiwalach to to, że nie jest już prezentowane jako kino ometkowane skrótem LGBT, ponieważ on bardzo mocno zawęża percepcję tego kina. Nie tylko formalnie – do gejów, lesbijek, osób transseksualnych i biseksualnych, ale też w niepotrzebny sposób dodaje zbędne emblematy kinu. Teraz określając filmy na festiwalach w Berlinie czy Rotterdamie opisuje się je terminem queer i co do tego mamy większą zgodność, bo queer najkrócej rzecz ujmując jest definiowany jako nienorma. A po drugie – w ramach tak zdefiniowanego kina – możemy pokazać szerszą stylistykę niż dotychczas w ramach kina LGBT. Wracając do pytania, tak naprawdę jest to kino opowiadające o wszystkim co nie mieści się w ramach heteronormatywnej normy. Mnogość podejmowanych gatunków, mnogość stylistyk i tematów jest tak ogromna, że dzisiaj nie da się już tego sprowadzić do wspólnego mianownika. Na pewno jest to też kino, która na szczęście , ucieka od stereotypowo powielanego portretu geja/lesbijki jako ofiary współczesności. To już nie jest osoba, która musi się miotać ze swoją tożsamością. To już nie jest osoba, która siedzi wiecznie w tej mitycznej szafie. I to wreszcie nie jest osoba, która zastanawia się czy na ulicy może skraść pocałunek bliskiej osobie. To są pełnoprawni członkowie i członkinie społeczeństwa, często lepiej rozwiniętego niż Polska, ale to wcale nie oznacza, że wolnego od błędów. To jest bohater uwikłany w te same problemy jak “większość”; tak samo musi się borykać z rozpadem związku, konfliktami rodzice-dzieci, z problemami edukacyjnymi gdy posyła dziecko do szkoły, które tam z kolei , tak samo jak w polskiej szkole, często spotyka się z niewygodnymi pytaniami czy homofobia. Nadszedł koniec z cierpiętnictwem, martyrologią, jesteśmy pełnokrwistymi obywatelami i obywatelkami świata. Penetruje się także współczesne modele społeczne; zastanawia się nad związkami poliamorycznymi, ucieczką od monogamii, patchowrkowością rodzin, migracją i tym jakie są różnice w traktowaniu nieheteronormatywności w różnych krajach.

Czy związkami zapoczątkowanymi w internecie jak w “Kilku rozmowach o bardzo wysokiej dziewczynie”

RK: Tak! Są oczywiście nadal filmy, które cały czas muszą wracać do podstaw, ze względu na sytuację w pewnych zakątkach świata. Bardzo chciałem pokazać film nagrodzony w tym roku w Berlinie – “Bulbul can sing” – indyjski film osadzony poza wielkimi miastami, który odwołuje się do absolutnie pierwotnych rzeczy. Skupia się na konflikcie nasze prawo do bycia sobą kontra rygorystyczne normy tamtejszej społeczności. Troje młodych bohaterów, z których każdy nie pasuje w jakiś sposób do tej większości, głównie przez niespełnianie sztywnych norm jednoznacznie definiujących role społeczne i negujących jakąkolwiek inność. I może nam się to wydać archaiczne – bo my jesteśmy super wyemancypowani (albo tak nam się wydaje), ale warto sobie uświadomić, że takie problemy, niemalże stanowiące podstawę życia zgodnie z samym sobą , wciąż mają miejsce. Bo te problemy są uniwersalne – przecież nawet w Warszawie, wracając o drugiej w nocy z klubu, gdy spotkamy dwóch wstawionych mężczyzn, możemy zostać zbluzgani, a nawet pobici – tylko dlatego, że nie pasujemy do ich stereotypowego wizerunku kobiety czy mężczyzny.

Można by powiedzieć, że tak samo jak bohaterowie nie wstydzą się swojej tożsamości, tak samo kino LGBT nie boi się powiedzieć, że jest pełnoprawnym kinem.

RK: Absolutnie tak. Gdy rozmawiałem i negocjowałem z agentkami i agentami warunki pozyskania danego filmu to nie miałem wrażenia, że nasz festiwal , jakkolwiek nacechowany na konkretny nurt kina, jest traktowany jako ten mniejszej rangi, stawiany na innej półce ważności. Dla nich jest to kolejne miejsce na coraz ciaśniejszej mapie festiwalowej, gdzie mogą pokazać swój świetny film. Percepcja kina LGBT zmieniła się – mało kogo interesuje sam fakt, że jest to kino LGBT. Kluczowa jest jakość – czy jest to dobre czy złe kino. Nie ma znaczenia w jakich konfiguracjach są bohaterowie. Ważna jest odpowiedz na pytanie czy są po prostu postaciami, których losy chcemy zobaczyć na dużym ekranie.

Kadr z filmu “Bulbul can sing”
Ten trend zauważmy również w dystrybucji, przecież zeszły rok to nie tylko “Nina”, a chociażby “Las heraderas” od Aurory. Na rynku coraz prężniej działa przecież outfilm.pl, jeden z patronów festiwalu, czy też Tongariro. Czy myślisz, że to już ten moment by przestać reklamować je jako “mityczna historia z nurtu LGBT”, a skupić się na samej jakości filmu?

RK: Trzeba sobie uświadomić, że bardzo dobrą i kolosalną robotę w tym temacie wykonali sami dystrybutorzy. Bo pamiętam jak swego czasu wszyscy bardzo obawiali się wprowadzania tego typu produkcji do kin. Pamiętam też wrzawę jako powstała przy okazji “Samotnego mężczyzny” Toma Forda. W opisie tego filmu znalazło się wszystko poza faktem, że główny bohater ma relację z młodszym od siebie mężczyzną. Rozgorzała dyskusja czy był to celowy zabieg, mający na celu zabezpieczenie się przed zniechęceniem potencjalnego widza tematyką LGBT, czy wręcz odwrotnie – był to świadomy zabieg by unikać takiego kategoryzowania filmów. Dzisiaj dystrybutorzy po pierwsze nie mają problemów z wprowadzaniem tego typu filmów do kina. Ba – wprowadzają nie tylko blockbustery, ale również produkcje niszowe – co oznacza, że te filmy spłacają się czyli maja widownię. Bardzo bym też chciał, żeby już nie przywoływać ciągle tego terminu, gdyż wiem i wielokrotnie o tym mówię, że to kino nie potrzebuje już emblematu LGBT. Nie chciałbym już dzielić kina na kobiece, męskie itd.

… kino na obcasach

RK: Co to w ogóle znaczy kino na obcasach? Czy to oznacza, że ja jako biologiczny mężczyzna nie mogę na taki seans pójść? A co było było gdybym jednak założył np szpilki?

Są wtedy prośby by mężczyźni opuścili film w trakcie dyskusji, bo mogą zostać tylko kobiety.

RK: To jest jakiś absurd. Nie jestem zwolennikiem dzielenia kina, ani widowni. Dlatego też ten termin nie powinien być wzmiankowany. Podobnie jak z outingiem – nie jestem zwolennikiem outowania się. Tego by stawać przed rodzicami, znajomymi i mówić “Jestem gejem.”. Ważne by jeśli już to outować się w sposób choćby wynikający z naturalnego przebiegu rozmowy typu, gdy na pytanie “Z kim jedziesz?”, nie kłamać że z koleżanką, a powiedzieć “Jadę z partnerem”. Jeśli kogoś przedstawiasz to nie udawaj, tylko powiedz – to mój partner/partnerka. Tak samo kino nie potrzebuje wykluczających sloganów marketingowych, choćby przywołanego przez Ciebie terminu „ kino na obcasach „. Rewers jest taki, że cały czas jesteśmy na etapie formowania się publiczności. My cały czas jeszcze musimy podkreślać obecność wątków LGBT wszak ta publiczność w dużym stopniu wciąż „oswaja” się z tym kinem. I jak już sprawimy, że będzie ona w stanie konsumować kino, bez potrzeby jego kategoryzowania, dopiero wtedy uwolnimy się od tych etykiet. Mam nadzieję, że ten festiwal robi właśnie taką dobrą robotę. Może kiedyś zrezygnujemy z naszej nazwy i wymyślimy termin, który nie będzie sam w sobie zawężeniem tematu i nie będzie sugerował żadnej wrażliwości tego kina.

Kadr z filmu “Tajemnica Brokeback Mountain”
Zanim przejdziemy do obecnego programu pytanie o wpływ filmów na tolerancję. Niedawno mieliśmy trzynastą rocznicę premiery “Brokeback Mountain” i liczba komentarzy pokroju “wtedy nie wiedziałem/nie byłem tolerancyjny, zobaczyłem “Brokeback” i zrozumiałem, że to też normalna relacja”. Teraz podobną rolę odgrywa wśród młodych “Call me by your name” – gdy utożsamiają się z postacią Elio i widzą “zwykłość” tej wakacyjnej miłości. Czy LGBT Film Festival też może być takim zjawiskiem terapeutycznym? – bo z mojej perspektyw, w przypadku jednego znajomego, takim był, który spodziewając się perwersji i szoku, zobaczył film, który a – mu się spodobał, b – był zwykły, czy jak on to określił “normalny”.

RK: Z jednej strony całkowicie się z tobą zgadzam, ale dostrzegam w tym pewną pułapkę, która pokrywa się z pułapką w jaką wpadła Kampania przeciw homofobii i jej akcji billboardowej z 2004. Słynna kampania “Niech nas zobaczą”, czyli pierwsza kampania wizerunkowa osób nieheteronormatywnych. Polegała ona na wielkoformatowych billboardach w największych miastach w Polsce, na których można było zobaczyć osoby LGBT. Problem był jednak taki, że w przerażającej większości były to pary nie wyróżniające się niczym. Pary powielające wzorzec heteronormatywny. I to była ta pułapka. Poza tym, że kocham “Tajemnicę Brokeback Mountain” i tę opowieść, to mam świadomość, że została w tak dużym stopniu “łyknięta”, gdyż nie była – jak to określiłeś – perwersyjna. Opowiada przecież o kowbojach, krwistych, stereotypowych mężczyznach, o których nigdy nie powiedziałbyś, że mogą przynależeć do jakiejkolwiek mniejszości. Byli tak wykreowani , ze nie odbiegali choćby wizerunkowo od definicji normalnego mężczyzny” narzucanych przez heteronormę. Ja bym chciał by takie reakcje jak twojego kolegi pojawiły się na LGBT Festiwalu po filmach, opowiadających o dwóch drag queenach, albo filmach „epatujących „ wizerunkiem odbiegającym od norm. Żebyśmy pokazali wszystkie osoby – i te z przysłowiowymi piórami w dupie, transgenderowe, cross-dresserów, czy mówiąc w kontrze do stereotypów – mężczyznę ze szminką i w sukience, a kobietę z zarostem w “ultra męskim ubiorze”. I by po takim filmie nie było reakcji, że zobaczyło się coś nienormalnego. W ogóle słowo normalność powinno być wyrzucone ze słownika. To jedno z najbardziej wykluczających i przemocowych określeń. Dlatego szanując kino o którym mówisz boje się jednak pewnej pułapki i dlatego wybierając filmy na Festival chciałbym, żeby widzowie uświadomili sobie, że geje to nie tylko mężczyźni o wyglądzie pokroju Ledgera i Gylenhaala, a lesbijka to nie zawsze Cate Blanchett z “Carol”, czy zjawiskowa Rooney Mara. To są piękne osoby, ale przy całym szacunku do takiego wizerunku kobiety , jak się pójdzie do klubu lesbijskiego to na palcach jednej ręki można policzyć osoby podobne wizerunkowo do Mary. Powinniśmy pokazywać całe spektrum i mieć świadomość, że “Brokeback..” jest jedną z wersji, ale nie jedyną. Film ten zrobił kawał dobrej roboty, ale była to bardzo bezpieczna wersja geja.

Choć “Brokeback” pokazuje jak robić to dobrze, bo przykład “Bohemian Rhapsody” i potraktowania tożsamości Freddy’ego po macoszemu…

RK: To jest rewers i regres całej sytuacji. Ucieczka przed podejmowaniem tego tematu. Chowanie głowy w piasek. Ale wiemy kto jest producentem tego filmu, jaka była widownia i grupa docelowa i dlaczego tak wyszło, co nie znaczy że musimy się na to godzić.

Przechodząc do tej edycji. Czy miałeś jakąś myśl przewodnią dobierając program. Pamiętam, że dwie edycję temu były to dokumenty, rok temu krótki metraż.

RK: Gdy Wiktor zaprosił mnie do pracy nad programem tej edycji, od razu powiedziałem, że jestem na etapie fascynacji shortami i chciałbym na nie postawić punkt ciężkości . Miałem świadomość, że ta część festiwalu kulała, bo rok temu byłem strasznie zawiedziony. Większość filmów w blokach krótkich metraży nie tylko nie powinna była być pokazywana, ale też nie powinna była w ogóle powstać. Bo były to fatalnie opowiedziane historie. A co najgorsze – część to były filmy powstałe na zaliczenie w szkołach filmowych. Oglądałem je z przerażeniem myśląc, że stworzyło je przyszłe pokolenie polskiego i światowego kina. Dlatego też powiedziałem Wiktorowi, że stawiam na krótkie metraże i to mi się udało (może z jednym, małym wyjątkiem), a przynajmniej mam taką nadzieję. Drugą rzeczą na jaką stawiałem to dokumenty – i mogę zdradzić trochę kuchni festiwalowej, bo widzieliśmy bardzo dużo ciekawych dokumentów, które chcieliśmy pokazać, niestety musieliśmy polec na etapie dogadywania szczegółów, głównie tych finansowych. Jednak po rozmowach z agentkami i agentami wiemy, że oni te filmy bardzo chętnie u nas pokażą, ale za rok, jak stanieją. Ale to normalne przy festiwalach naszego formatu , że musimy trochę odczekać w kolejce po nie. Więc już teraz mogę zdradzić, że mamy po części ułożony program 11. edycji festiwalu. Bardzo chciałem również pokazać takie filmy, które uciekają od klasycznej love story, a bardziej skupiają się na problemach, które trapią współczesną cywilizację.

To świetnie widać w “Sauvage”!

RK: Na przykład. Czy też kino, które jest tak wolne, tak cudownie wyemancypowane, że już nie podejmuje codziennych problemów, a zderza wrażliwość LGBT z UFO. Doszło już do tego , że tematyka LGBT jest wpleciona w gatunkowe kino sci-fi. I to jest po prostu coś! Takim przykładem jest „Breve historia del planeta verde” nagrodzony Teddy Award ma tegorocznym Berlinale, opowiadający historię trójki nieheteronormatywnych osób, które odwiedzając babcie orientują się, że przetrzymywała ona w domu kosmitę.

Kadr z filmu “Breve historia del planeta verde”
To pytanie, którego nie wypada mi nie zadać. Jeśli miałbyś polecić produkcje, na które koniecznie chciałbyś żeby ludzie poszli to byłyby to?

RK: Z krótkometrażówek szczególnie zwróciłbym uwagę na bliski mi film “Four quartets”, na którym to bardzo mi zależało by znalazł się w programie festiwalu . Pozornie banalna historia chłopaka, który trafia do gejowskiego klubu i nagle przeżywa retrospekcje z czterech różnych momentów jego życia. Jednak to co mnie w nim uwiodło, to nie historia, która z opisu może się wydawać błaha, ale strona audiowizualna, a w szczególności warstwa montażowa. Ja kocham również kino ze względu na jego umiejętność połączenia fonii i wizji oraz montażu. “Four Quartets” jest doskonałym połączeniem wszystkich tych elementów. To jest krótki metraż, który absolutnie trzeba zobaczyć w kinie, w systemie Dolby Surround, by w pełni docenić to jak jest on zbudowany. Jeśli chodzi o krótki metraż lesbisjki to proponuję zwrócić uwagę na “Boxes”. Historia spotkania wnuczki z babcią, gdzie przy różnych pracach opowiadają historie swojego życia Babcia, opowiada część życia dotyczącą Holocaustu, a dziewczyna mówi o swojej miłości do innej. I to zderzenie wspomnień wydawałoby się z innych galaktyk, odwołuje się do czegoś najprawdziwszego – naszej własnej wrażliwości. Tam niewiele się dzieje od strony fabularnej, ale jest to cudownie opowiedziana historia z znakomicie dobranymi elementami. Jeżeli zaś chodzi o fabułę, to właśnie film “Sauvage”, dlatego że prostytucja jest tam opowiedziana z całkowicie innej perspektywy – a przecież sama prostytucja jest często tematem długich debat. Tu ta prostytucja opowiedziana jest w bardzo specyficznym języku filmowym – który nie każdemu może przypaść do gustu. Jest ona trochę odczarowana, odmitologizowana i może zmienić nasze wyrobione zdanie na temat prostytucji. Chciałbym też zwrócić uwagę na dokument “Stories of intersex and faith”. Może nie jest to wybitnie zrealizowana produkcja, ale cieszę się, że znalazła się w naszym repertuarze gdyż podejmuje temat, który w naszym dyskursie praktycznie nie istnieje. Gdyby zapytać osobę na ulicy – kim jest osoba interseksualna i z jakimi mierzy się problemami? Jak odnajduje się w społeczności LGBT+? Naprawdę trudno by było znaleźć osobę, która by umiała te wątki powiązać i udzielić odpowiedzi. Ten film poprzez dobór bohaterów i bohaterek oraz wrażliwą i nie zdradzającą wszystkiego narrację, bardzo płynnie wprowadza nas w tę tematykę.

Kadr z filmu “Sauvage”
“Sauvage” i dla mnie jest prawdopodobnie najlepszym filmem festiwalu, przynajmniej na ten moment i bardzo cieszę się, że wchodzi do dystrybucji pod koniec maja. Czy jest jakiś inny film, który chciałbyś, żeby trafił do szerszej publiczności?

RK: Po pierwsze, bardzo chciałbym, żeby w kinach pojawił się “Jose”. Jest to produkcja gwatemalska, która z jednej strony mocno penetruje tematykę LGBT, a z drugiej jest filmem wybitnie kinofilskim. Jest to definicja – choć wiem, że tym samym skazuje go na pewien ostracyzm – kina festiwalowego. Znakomicie opowiedziana historia, przedstawiciel kina slowfoodowego, niespiesznego, które pozwala nam się nacieszyć każdym kadrem i chwila, atmosfera zatrzymana w tym kadrze. Tu sami jako widzowie i widzki decydujemy o tempie wejścia w ten niesamowity, duszny klimat jednego z gwatemalskich miast i też spojrzenia na wycinek tamtej rzeczywistości. Bo choć Gwatemala jest nam dosyć obca, a jej kinematografia zwłaszcza, to “Jose” nie dość, że przybliża nam kawałek tamtego świata to jeszcze pokazuje nam pewien wycinek rzeczywistości, który wcale nie musi być tak odległy.

Z tego co kojarzę pojawiają się głosy, że będzie na platformie outfilm.pl

RK: Nie ukrywam też, że chciałbym by w dystrybucji pojawił się również dokument “Ovil & Usman”. Dokument bardzo ważny z dwóch powodów. Po pierwsze wciąż jesteśmy na etapie rozmów, debat na temat uchodźców i uchodźczyń i jest to jeden z największych problemów jątrzących współczesną Europę. Ten dokument daje nam wgląd w miejsca często pomijane przez mainstreamowe serwisy informacyjne. Zaglądamy do “hotspotów” czyli miejsc, w których lądują uchodźcy i uchodźczynie po przekroczeniu granic ojczystych krajów w oczekiwaniu na przedostanie się do lepszych miejsc na świecie. Widzimy to z perspektywy LGBT, czyli osób w tamtych miejscach podwójnie, a czasami nawet i potrójnie wykluczonych. Bardzo chciałbym, żeby ludzie zobaczyli tę narrację, bo świetnie się wpiszę w toczącą się debatę, stając się kolejnym przyczynkiem do dyskusji i poszerzając nasz horyzont w tym arcytrudnym temacie.

Kadr z filmu “Jose”
Na plakacie 10. edycji możemy zobaczy RuPaula. Jaki jest według Ciebie wpływ RuPaula na tolerancję, akceptację i świat LGBT+?

RK: RuPaul jest oczywiście jedną z najbardziej ikonicznych postaci kolorowego parasola LGBT+. Przez swoją ekstrawagancję, przez swoją zabawę z konwencją i stereotypami, rozpycha myślenie jak potencjalna osoba nieheteronormatywna miałaby wyglądać. On pokazuje, że my – mówię o osobach nieheteronormatywnych – nie domagamy się akceptacji tylko wtedy gdy będziemy bliźniaczo podobni do osób hetero. Chcemy być akceptowani na naszych warunkach, takimi jakimi jesteśmy. To my będziemy decydować jak mamy wyglądać, a nie słuchać katalogu skarg i zażaleń co nie pasuje tzw większości. RuPaul jest osobą, która rozbija ten monolit fatalnej heteronormy.

Znając techniki ściągania z zagranicy telewizyjnych formatów i adaptowania ich na nasze warunki. Czy myślisz, że dojdziemy w naszym kraju do takiego poziomu tolerancji, gdy “RuPaul’s Drag Race” – nie wiadomo oczywiście pod jaką nazwą – pojawi się na ekranach jako polska wersja programu, z rodzimym drag queen i drag kingami?

RK: Daleki byłbym od stwierdzenia, że ten program pojawi się w wielkich stacjach typu TVP. Ale myślę, że tak. Ogromną robotę robi tutaj świat polityki, do którego coraz częściej przedostają się politycy i polityczki ze świata LGBT, co już jest pewnym formowaniem gruntu. Moim zdaniem rynek telewizyjny w naszym kraju, choć często wydaje się oderwany od rzeczywistości, jest mocno umiejscowiony w obiegu światowych standardów, nie mówiąc już o powiązaniach kapitałowych. A prawda jest taka, że za tym programem stoi świetna widownia, a za nią idą reklamy, a za nimi pieniądze. Więc myślę, że to jest tylko kwestią czasu, kiedy wielka stacja, rozpatrująca ten format nie w kategorii wolnościowej czy jako swoistej edukacji obywatelskiej, a motywowana twardymi finansami, wprowadzi go na ekrany i w roli prowadzącego obsadzi osobę transseksualną, drag queen czy drag kinga. Myślę, że już teraz w szufladach leżą gdzieś scenariusze takich programów. Popularność talk show Ellen pokazuje, że kwestią czasu jest kiedy takie formaty pojawią się w kraju nad Wisła. Nie wątpię, że gdy pojawi się lepsza koniunktura to i takie programy pojawią się w różnych stacjach. Wszystko zależy od reklamodawców i ich przekonania, że gdy wesprą taki program, to część ich konsumentów się od nich odwróci w proteście na zasadzie bojkotu. A sam pracując w mediach przez wiele lat, wiem że są pomysły na takie formaty, czekające w blokach startowych na lepsze czasy.

Obsada “RuPaul’ Drag Race”
Pozostając w kontekście nadziei. Czy masz jakiś temat, wizję opowieści, którą chciałbyś, żeby kino LGBT poruszyło? Historię, którą bardzo chciałbyś zobaczyć na dużym ekranie?

RK: Zawsze o tym mówię, że moim głównym postulatem jest chęć oglądania większej liczby kobiecych historii w kinie. Kino LGBT jest niestety zdominowane przez męskie narracje, to częściej mężczyźni pojawiają się na dużym ekranie. Dlatego też chciałbym oddać paniom głos i ich opowieściom. Chciałbym też, żeby podjęty został wątek osób podwójnie wykluczonych – z jednej strony będącej pod parasolem LGBT+, ale z drugiej zmagających się z niepełnosprawnościami. Każdy może sobie wyobrazić, jak bardzo to namnożenie wykluczeń wpływa na takie osoby. Kino takich tematów w ogóle nie podejmuje, a bardzo chciałbym zobaczyć takie historii, łącznie z tym jak wygląda strona erotyczna takich osób. Trzecim obszarem, który kocham to jest kino podejmujące temat seksu. W obrębie LGBT+ jest mniejsze tabu jeśli chodzi o seksualność. Chciałbym by pokazywano więcej kina BDSM-owego, kina fetyszystycznego, więcej kina o ludziach uwikłanych w rozmaite konfiguracje. Seks jest tak nierozerwalną częścią naszego funkcjonowania. Bardzo się cieszę, że należę do tej społeczności, bo choć jesteśmy objęci tym całym kulturowym tabu to jednak świetnie go rozpracowaliśmy  otwartość na sprawy cielesne jest w gronie LGBT większa. To wynika z chęci afirmacyjnej i wpisanej w nasze istnienie walki, a także wspomnianej już wcześniej subwersywności czy naszego postulatu obalania tematów “zakazanych”. Świadomiej stawimy opór filarom norm społecznych, do których przecież tak często działamy w kontrze. Parę lat temu na festiwalu Nowe Horyzonty był pokazywany film “The Duke of Burgundy” Petera Stricklanda, skupiający się właśnie na relacji między masterką a osobą jej podległą. To było dla mnie niesamowite przeżycie, bo nie dość że poruszał taką tematykę, w której zawarte były elementy fetyszystyczne, to jeszcze wszystko było pokazane w lekko odrealnionej stylistyce, z doskonałą muzyką równie odrealnionego zespołu The Cat’s Eyes. I chciałbym żeby takiego kina było więcej.

FIlmGramm poza organizowaniem LGBT Film Festival odpowiada również za znakomitą Afrykamerę. Czy miałbyś jeszcze jakiś kierunek/kraj/nurt/gatunek mało doceniany i zauważany w naszym kraju, który chciałbyś pokazać szerszej publiczności?

RK: Bardzo bym chciał, żeby powstał festiwal filmów pornograficznych.

Były chyba kiedyś nawet u nas takie próby!

RK: Były, były. Nawet w Warszawie było kino, które nie istniało za długo i miało taką otoczkę miejsca, gdzie bardziej szło się do kina niż na film. Gdzie przy przyćmionym świetle można było oddać się własnym uciechom cielesnym, nie zważając na wielkiego penisa na ekranie, a bardziej na przyrodzenie sąsiada. Mi chodzi bardziej o taki typ kina porno, gdzie oglądając (!) film na ekranie, możemy sobie dogodzić… choćby estetycznie czy nawet merytorycznie. W Berlinie czy na innych festiwalach mamy filmy, które nie wstydzą się tego pokazywać.

Chociażby zeszłoroczne “Touch me not”

RK: Dokładnie. Jest to kino, które nie tylko zaspokaja nasze potrzeby wynikające z naturalnego afektu i fascynacji seksualnej, ale przemyca inne wartości, dotyczące własnej cielesności. Zrywa ze stereotypem jak powinny wyglądać ciała mężczyzn i kobiet. Przywraca też godność kobiecie, oddaje jej podmiotowość, gdyż współczesne filmy porno skierowane są na użytek białego, heteroseksualnego mężczyzny. Kobieta nie ma tam żadnych praw – jest okładana, gwałcona, bita – jest to kobieta bez podmiotu. A powstaje kino oddające jej godność, trafiające do szerszej grupy społecznej, pobudzając przy tym nasze najbardziej intymne zmysły.

Kadr z filmu “The Duke of Burgundy”
Takie sale znakomicie ukazywał ostatni dokument dotyczący Waleriana Borowczyka. I ostatnie – bardzo oczywiste – pytanie. Patrząc na frekwencyjny sukces kolejna edycja nie stoi pod pytaniem “czy?”, a “kiedy?”. Czy masz jakąś nadzieję na przyszłe edycje – więcej miast, więcej filmów?

RK: Okazja do jubileuszu jest – jak pisałem we wstępniaku do katalogu – czasem podsumowań, ale też życzeń. Po pierwsze bardzo bym chciał, żebyśmy mieli lepsze dofinansowanie, związane z większym komfortem dobierania repertuaru, a co przekłada się dla Was, widzowie i widzki, na lepsze produkcje na dużym ekranie. Po drugie chciałbym, żeby ten festiwal zawitał do mniejszych kin i miast w Polsce, bo choć 8 dużych Polskich miast to chlubna liczba, to są to nadal te największe miasta. A to nie jest ta widownia, która najbardziej potrzebuje zobaczyć te filmy. Chciałbym też, nie żyć w świecie w którym -tak jak w pewnym innym dużym, polskim mieście w naszym kraju, gdzie zmieniła się władza samorządowa – jeden człowiek dając pieniądze na kino decyduje o tym co może, a czego nie może oglądać 300 tysięczna widownia tego miasta , tylko dlatego, że jakiś gatunek czy nurt mu się nie podoba. Że jedna osoba, ze względu na swoje własne preferencje i zarządzanie miejskimi funduszami może decydować co inne osoby będą oglądać. Mam też jedno, bardzo odległe życzenie – marzy mi się stworzenie objazdowego kina festiwalowego, kopiując niejako projekt Doroty Kędzierzawskiej i Artura Reiharta. Mają oni busa z projektorem oraz namiot i jeżdżą po najmniejszych miastach i mieścinach, pokazując tam swoje filmy i zapraszając widownię na spotkania z aktorami i aktorkami. Brałem w takich pokazach parę razy udział i zawsze byłem pod wrażeniem niesamowitej temperatury tych rozmów oraz emocje. My w dużych miastach jesteśmy już nieco zmanierowani, poniekąd zblazowani i zatracamy te żywiołowość dyskusji .

Czy też opatrzeni z takowym kinem..

RK: Klepiemy się też po ramieniu. A tam nie ma pytań, których nie należy zadawać, bo nie wypada. Wszystko prosto z mostu, kawa na ławę. Kocham tę naturalność, szczerość w percepcji kina i jego ocenianiu. Nie ma tej bariery między twórcami i widzami. Bo jeśli nawet w tych miastach są kina to pokazywane są tam filmy z szerokiego obiegu – i nie ma w tym nic dziwnego. Kino przecież musi się utrzymać. A my chcemy pojechać tam z filmem, na który przyjdzie nawet i piec osób. I te pięć osób będzie przeszczęśliwe, że mogli zobaczyć ten film, a my będziemy równie szczęśliwi, że mogliśmy im ten film pokazać.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.