“Portret kobiety w ogniu”, czyli szum morza, blask ogniska, piękno kina [RECENZJA]

Delikatne pociągnięcia ołówka po płótnie. Najpierw ramiona, barki, tułów i reszta sylwetki. Potem rysy twarzy, najważniejsze policzki – to one wyznaczają karnację całego, malowanego ciała. Wreszcie oczy, warunkujące nastrój całego portretu – parę pociągnięci pędzla decyduje czy kreślona na płótnie osoba będzie szczęśliwa, zła, rozczarowana. Ale choć każda z uczennic będzie malowała swoją instruktorkę Marianne, której rysy ciała obejmują większość płócien, echem w pokoju będzie rezonować płótno ukryte w kącie sali. Płótno, które poza maestrią techniczną, odznacza się również czymś, wtenczas niemożliwym do osiągnięcia przez uczennice – miłością do portretowanej. Ten obraz to Portret kobiety w ogniu, a jego historia należy do Marianne i Héloïse.


Przeczytaj również: “Wmawia się nam, że sprawy mają się ku lepszemu. Ale w przypadku praw kobiet to nieprawda.” – Rozmawiamy z Céline Sciammą i Adèle Haenel z okazji premiery “Portretu kobiety w ogniu” [WYWIAD]

Pierwsze płótno

Przyjazd Marianne do opuszczonego dworku wiąże się z prawdopodobnie najważniejszym zleceniem w jej życiu. Oto musi namalować portret przedmałżeński Héloïse, zmuszonej do wyjścia za mąż za bogatego arystokratę z Mediolanu. Od początku jednak mnożą się jej problemy: przemakają jej malarskie płótna, portretowana wcale nie chce być malowana, a w transformowanej w sypialnię pustej sali bankietowej, odkrywa niedokończony obraz poprzedniego portrecisty – przerażającą “Héloïse bez twarzy”.

Portret kobiety w ogniu

Gdy zmęczona malarka po całym dniu podróży postanawia ogrzać się przy kominku, jednocześnie susząc swoje twórcze tworzywo, Celine Sciamma subtelnie objawia nam swój geniusz i zamyka bieg opowieści w jednym kadrze. Gdy Marianne odbija się naga w kapiącej z płótna wodzie – reżyserka odziera ją z jakichkolwiek masek, równając malarstwo z najbardziej szczerą formą wyrazu. Podobnie umiejscowienie Marianne z perspektywy czasu stanie się znakomitą wskazówką – ona, zawarta między dwoma obrazami, będzie musiała włożyć w ten drugi całą siebie, by wyszło z niego arcydzieło.


Przeczytaj również: “Boże Ciało”, czyli sztuka pisania scenariusza [RECENZJA]

Sam dwór przepełniony jest ciszą pełną kłamstw i kłamstewek. Decyzja Sciammy by zrezygnować z muzyki, pozwala im wybrzmieć w jeszcze większym stopniu – tak też słyszymy każdy szelest pędzla, każdy przypływ i szum fal, każdy krok i każdy szept. Dzięki temu też odczuwamy ciężar maski, którą zmuszona jest nosić Marianne ukrywając swoją podwójną tożsamość – przed Héloïse zgrywając piastunkę i malując ją po nocach, odtwarzając na płótnie każdy zapamiętany szczegół, każde ułożenie dłoni, a wszystko to w świetle dogasającej świeczki.

W tej pięknej samotni i dramacie rozgrywanym na trzy kobiety (oprócz duetu Héloïse-Marianne kluczowa będzie również postać służki Sophie), Sciamma nie zapomina jednak o tragicznej przyczynie ich spotkania. W końcu to, co połączy uczuciem dwie główne bohaterki będzie wymuszone przez okropną tradycję malowania portretów przedmałżeńskich, dzięki którym przyszły mąż decydował się czy faktycznie zechce ożenić się z namalowaną. A cały ten tragizm zamknięty jest w jednej kwestii dialogowej, rzuconej przez Adele Haenel tuż po wysłuchaniu “Lata” Vivaldiego na rozstrojonym pianinie – “Od czasu do czasu może znajdę tam pocieszenie”.

Portret kobiety w ogniu


Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki 


Zresztą tych miniatur, w których Sciamma oddaje tragiczny los kobiet w XVIII wieku jest tutaj więcej. Od bolesnej sceny aborcji, która przeszywa bardziej niż jakakolwiek inna scena w filmie, aż do dramatycznego losu samotniczej Sophii, która w przeciwieństwie do dwóch protagonistek nie ma przed sobą żadnych perspektyw na lepsze jutro – niezależnie czy Héloïse wyjedzie do Mediolanu, czy też nie. Najbardziej bolesny jest jednak poziom akceptacji wszystkich tragicznych zdarzeń – “bo tak przecież musi być”.

Drugie płótno

W jednej ze scen Héloïse pyta Marianne czy potrafi opisać zakochanie. Ona szczerze odpowiada: “Trudno opisać miłość”. Sciamma jakby świadoma tego faktu, wie, że trudno tę miłość pokazać; jak dotąd udało się jej to w pełni jedynie raz; w krótkometrażówce Pauline. Dlatego też rezygnuje z górnolotnych słów, wielkich deklaracji, pozwalając wyrazić bohaterkom swoje uczucia pocałunkami i wzajemnym przeczesywaniem włosów.

Od prologu już wszechobecny jest determinizm końca. Marianne i jej miłość mają dla siebie niespełna parę dni, w trakcie których muszą nacieszyć się najszczęśliwszymi chwilami w ich całym życiu.  Bo choć wszyscy ekranowi kochankowie zawsze myślą, że spotyka ich coś niezwykłego, Sciamma pozwala pomyśleć tak samo widzom, którzy w pełni odpływają w efemeryczny raj nad francuskim klifem.

Sciamma nagrywając sceny łóżkowe, decyduje się na zabieg rzadko spotykany w kinie kostiumowym. Bowiem gdy kochanki leżą koło siebie nagie, okryte skopaną pościelą, Portret kobiety w ogniu przemienia się we współczesny film o lesbijskiej miłości. Nawet sposób kadrowania przypomina bardziej kino współczesne – jakby reżyserka chciała podkreślić aktualny wydźwięk opowiadanej historii. Tu też rozegra się najpiękniejsza sekwencja całego filmu, szybkiego, szczerego i przepełnionego uczuciem szkicu na stronie 28, która tkwi we mnie po dziś dzień.


Przeczytaj również: “Krewetki w cekinach” – Kanon kina queerowego znów poddany redefinicji [RECENZJA]

Reżyserka ze względu na ograniczenia techniczne musiała stawiać głównie na naturalne oświetlenie. A to w połączeniu ze szczerością opowiadanej historii i niespotykanym zmysłem wizualnym Claire Mathon, daje połączenie unikatowe. W końcu Portret kobiety w ogniu to jeden z tych wyjątkowych przypadków, gdy malowanie kamerą nabiera całkowicie innego i bardzo dosłownego znaczenia.

Najnowszy film Celine Sciammy to również wielki teatr trzech aktorek. Bo choć talent Adele Haenel objawił się już 12 lat temu w debiucie reżyserki, Liliach wodnych, to Portret kobiety w ogniu pozwolił wreszcie zaistnieć Noémie Merlant, dotychczas widzianej w tle pejzażu francuskiej kinematografii. One we dwie, wraz z wtórującą im Luaną Bajrami, są kluczowymi elementami całej pięknej i bardzo dotykającej opowieści na dwa akty i trzy postacie.

Epilog

W zamykającej “Portret kobiety w ogniu” scenie samoistnie pojawia się skojarzenie z Call me by your name. Ale tam gdzie Luca Guadagnino opowiadał o młodzieńczym zawodzie pierwszej wielkiej miłości, domykając swoje arcydzieło zrozpaczonym Chalametem, Celine Sciamma pozwala swoim bohaterkom jedynie na wspomnienie uczucia, z Vivaldim jako przyczyną nostalgicznej reminiscencji. Bo jej film to dzieło znacznie bardziej dojrzałe, poważne, opowiadające o bohaterkach zamkniętych nie w przyjaznej willi romantycznej Toskanii, a opuszczonej samotni opresyjnego świata.

Finalna sugestia i porównanie historii Marianne i Héloïse do mitu o Orfeuszu i Eurydyce może wydawać się dość tania, wprowadzona jakby na siłę. Ale to jest właśnie ten element szczerości całej narracji Celine Sciammy, jedyne nie do końca pewne pociągnięcie pędzla w całym, kreowanym z pietyzmem, obrazie. Bo właśnie ta emocjonalna szczerość i zawahanie dramaturgiczne czynią jej ostatni film wybitnym. W końcu najlepsze portrety to nie te, które spełniają wszystkie akademickie wymagania i odznaczają się perfekcją techniczną, a te, w których widać włożone serce i uczucie. A taki właśnie jest Portret kobiety w ogniu.


5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.