Advertisement
FestiwaleFilmyRecenzje

„Spree” Driver [RECENZJA]

Maciej Kędziora
Spree
fot. materiały promocyjne filmu "Spree"

Kurt Kunkle początkowo wydaje się być zwyczajnym, zafascynowanym internetem nastolatkiem. Usilnie, choć bezskutecznie, rozwija swój kanał na Youtubie, wrzucając filmy nawiązujące do przeróżnych, popularnych trendów. Stąd chociażby stanowiące intro „Draw My Life”, opowiadające o dotychczasowej „karierze” @KurtWorld96. W pewnym momencie, jak sam twierdzi, doznaje jednak oświecania, zapowiadając wydarzenie, które ma dać nam „lekcję”. 

W skrócie – „lekcja” to 24-godzinny stream, w trakcie którego Kurt dorabiający jako kierowca aplikacji Spree (działającej na zasadach Ubera), jeździ po całym mieście i morduje swoich klientów, relacjonując to wszystko na żywo. Jego samochód staje się obwoźnym wozem transmisyjnym do zabijania, a każdą śmierć obserwuje paręnaście umieszczonych w aucie kamer. Kurt chce przekazać swoim widzom jeden morał – jeśli postawicie na ekstremum, hipperrealizm, będziecie mogli osiągnąć w internecie sukces.

Nam pozostaje, chcąc nie chcąc (a obskurność narracyjna momentami będzie przerażać), zostać jednym z widzów morderczego show Kurta. Stać się częścią narracji, jednymi z wyświetlających, biernie obserwujących festiwal brutalności. Tu również kluczowym aspektem będzie sama konwencja wizualna, opierająca się na wewnątrzaplikacyjnym “found footage”, co jeszcze bardziej potęguje immersyjność radykalnego dzieła Eugene’a Kotlyarenka. 

Spree, choć początkowo wydaje się być mariażem komedii z thrillerem, szybko przeradza się w nihilistyczną opowieść o pędzie za lajkami. To, co na pozór wydaje się zabawne – niezdolność Kurta do nawiązania rozmowy, parodia zachowań influencerów czy przedziwna relacja z jego ojcem (w tej roli David Arquette) – szybko zaczyna po prostu przerażać. Kunkle w swoim szaleństwie nie ma żadnych motywacji, nie sili się na moralne uzasadnienia swoich czynów; zabija wszystko i wszystkich ku coraz większej uciesze oglądających. 

Spree
fot. materiały promocyjne filmu “Spree”

By jednak postać Kurta – całkowicie wyróżniającego się spośród opowieści o mordercach (można by go ustawić obok Trierowskiego Jacka), cechującego się absolutnym brakiem umotywowania swoich działań – mogła na nas zadziałać, kluczowa była kreacja, niemal cały czas znajdującego się w kadrze komórki Joe Keery’ego. Keery znacznie wykracza jednak poza narracyjne minimum aktorskie, tworząc z postaci Kunkle’a swoje artystyczne tour de force, przeradzając się w prawdziwego demona. Niczym Christian Bale w American Psycho zakłada na siebie maskę demonicznego uśmiechu, raz po raz przerażająco się ciesząc, operując samoświadomym cringe’em, a także płynnie z pełnego diapazonu energii przechodząc w fazę paniki. 

Keery skupiając na sobie całą uwagę, wygrywa każdą scenę i rozmowę. Formuje się w każdym dialogu na nowo, przepoczwarza się ze streamowego przestępcy w prawdziwego psychopatę. To mordercze uświadamianie obserwowane jest zresztą na ekranie – początkowo główny bohater zabija swoje ofiary za pośrednictwem  wypełnionej cyjankiem wody, by z czasem mordować własnoręcznie, wpadając w zaciskającą się pętle szału. 

Kontrą do Kurta staje się Jessie Adams (znakomita rola Sasheer Zamaty), standuperka, wykorzystująca do budowania bazy fanów Instagrama. W przeciwieństwie jednak do głównego bohatera ona odniosła w internecie sukces. Przypadkowe, wygenerowane przez algorytm Spree spotkanie, jest momentem granicznym dla głównego bohatera, obracającego zawód spowodowany brakiem oznaczenia jego kanałów społecznościowych w zawiść i żądze rewanżu. 

Pojawienie się Adams to również moment graniczny dla samego filmu. To wtedy całość wrzuca szósty bieg, wciska nas w fotel i często zmusza, skłania do odwracania wzroku. Doświadczenie widzowskie, polegające na gęstnieniu krwi w żyłach, ciarkach wstydu (kwestie dialogowe Kurta są świadomie zawieszone na granicy pastiszu) i ciarkach strachu. Jest coś przerażającego, w znacznie bardziej spotęgowanej wersji niż w Jokerze Todda Philipsa, w obcowaniu z ekranowym złem, całkowicie wypłowiałym z poczucia moralności. W obcowaniu, które, mimo wielu dłuższych chwil od seansu, pozostaje i powraca w migawkach, szczególnie tych uwiecznionych na plakacie w postaci zalanego krwią Keery’ego. 

Spree jednak ma pewne wady, na czele z wybrakowaniem fabularnym. Oczywiście wylewające się z ekranu zło zapada w pamięci, ale gdy ochłoniemy i otrząśniemy się z oblepiającego nihilizmu, nie dostajemy nic więcej poza utartymi już kliszami o niebezpieczeństwach internetu. To powoduje, że film Kotlyarenki okazuje się bardzo prostą konstrukcją, która bez ról aktorskich przeistoczyłby się jedynie w prostą próbą „meta” komentarza, nieraz już słyszanego. 

Pozostając wstrząśniętym po seansie, świadomym słabości narracyjnej filmu, nie mogę mu odmówić czegoś, co dla doświadczenia filmowego jest kluczowe – fizycznego i emocjonalnego poruszenia. To poruszenie nadal mnie przeraża, sama wizja Spree wywołuje dreszcze, ale w świecie, gdzie produkcje z fokalizacją narracyjną zwartą w ramach aplikacji naznaczone są znakiem Unfriended zdecydowanie warto zmierzyć się z tym frapującym filmem found footage.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.