FestiwaleFilmyRecenzje

“Ucieczka na srebrny glob” – Ciemna strona księżyca | Recenzja

Maciej Kędziora
fot. kadr z filmu "Ucieczka na srebrny glob"

Filmografię Maddina otwiera duch – i to nie byle jaki, bo duch ojca […]. To jedno z pierwszych zdań otwierającego eseju Kuby Mikurdy do współpisanej wraz z Michałem Oleszczykiem książki Kino wykolejone. „Niebylejakość” duchów ojca nie powinna nas jednak dziwić. Dla wytrawnego psychoanalityka, tłumacza Žižka (Lacrimae Rerum), oczywistym jest, że istota postaci taty jest kluczowa dla zrozumienia ducha twórczości – w końcu dzieciństwo formuje wyobraźnie, często staje się kluczem interpretacyjnym do całej filmografii. Nie dziwi także, że najnowszy dokumentalny film Mikurdy otwiera właśnie scena wywoływania widma ojca wspomnieniami – gdy przed kamerą zasiądzie syn Xawery, a ekran chwilę później przesłoni cień samego Andrzeja Żuławskiego. 

Być może gdyby Andrzej Żuławski żył i zgodził się na rozmowę do Ucieczki na srebrny glob, powiedziałby to samo, co Kletowskiemu i Mareckiemu w wywiadzie–rzece: „Pan ma zacięcie wybitnie psychoanalityczne, a nie filmoznawcze”. I prawdopodobnie miałby rację. W końcu na ekranie pojawi się dosłowna kozetka, zobaczymy sylwetkę Freuda, usłyszymy wydobyte wyznania o egocentryzmie. Przede wszystkim jednak – i to dwóch panów odróżnia – Mikurda w swoim filmie ma zacięcie wybitnie empatyczne, pragnące słuchać. Zacięcie, którego zdecydowanie w całym życiu brakowało samemu Żuławskiemu. 

Nieprzypadkowo film dedykowany jest ekipie, a nie reżyserowi. Jak przyznaje sam autor, Ucieczka… miała być innym dokumentem, aż do momentu, gdy zaczął rozmawiać z ludźmi obecnymi na planie Na srebrnym globie. Ten moment można również odkryć w filmie – o ile sam początek wyrażony jest fascynacją dla jego postaci, związanej również z zaciekawieniem środowiska po przybyciu Żuławskiego do Polski (tę perspektywę przedstawia reżyser Janusz Zaorski), o tyle z czasem, im głośniej krzyczy on w archiwaliach “ja, ja, ja”, tym ważniejsi stają się ci, których wkład w wywiadach, rozmowach próbował zagłuszyć swoim ego – osoby odpowiedzialne za współtworzenie filmu. Wśród nich pion producencki, kostiumograficzny, scenograficzny, operatorski. Emancypacja ich pracy, często katorżniczej na rzecz założonej przez autora misji, staje w centrum opowieści. To narracja o nich – o osobach, które wreszcie mogą stać się bohaterami i bohaterkami mówionej historii rodzimego kina.

Ludzie tworzący stają się ważniejsi od samego dzieła. Wreszcie są w tym wspólnie, kolektywnie. Ich pojedyncza praca, wkład artystyczny, nie jest ucieleśniony li tylko przez sylwetkę „mistrza”, zbierającego niegdyś wszystkie laury w zgodzie z dewizą: „Ja to film, a film to Ja”. Dzieło Mikurdy wpisuje się tym samym w filmoznawczy zwrot w narracji, zwracający honor bohaterom spoza pierwszego planu. W czasach gdy o podkreślanie swojej roli walczy coraz więcej zawodów filmowych, Ucieczka… jest symbolem tej przemiany, traktując ją  jako coś oczywistego. Zmiana widoczna jest także w stylu pracy reżysera, idącym niejako w sukurs najbardziej znanym przykładom filmów o kinie. I tak jak u Marka Cousinsa (zwłaszcza w Oczach Orsona Wellesa), Slavoja Žižka (Z-Boczona historia kina) czy dokumentalnych formach z Markiem Kermode’em, to oni stali w centrum opowieści, która napędzana była ich charyzmą, interpretacyjną brawurą, tak styl Mikurdy objawia się w jego nieobecności, będąc w swoich dziełach wybitnym słuchaczem, a nie mówcą. 

Nie znaczy to jednak, że reżyserowi brakuje polotu w odczytywaniu „żuławszczyzny”. Łączenie sekwencji z Trzeciej części nocy z Pokoleniem, a potem z Na srebrnym globie i pokazywanie ich na split screenie, czytanie losów Andrzeja Żuławskiego przez perspektywę Człowieka z marmuru, poszukiwanie w wywiadach słów kluczy pozwalających na otwieranie kolejnych zamków w twierdzy zwanej „rozumieniem”. To wszystko demonstruje jego znany z prac pisanych warsztat. Wydaje się zresztą, że Ucieczka… przyniesie nam nie tylko ścieżki ważne dla zrozumienia Na srebrnym.., ale także twórczości Xawerego Żuławskiego, zwłaszcza Mowy ptaków. Bowiem tak pierwsza, jak i ostatnia scena filmu – tam gdzie Xawery odgrywa najważniejszą rolę – czyni z niego kluczowego bohatera dzieła Mikurdy, a także, chyba wbrew własnej woli, kluczowego aktora w filmie zwanym „Życiem Andrzeja Żuławskiego”, napisanym przez własnego ojca. 

fot. materiały promocyjne “Ucieczka na srebrny glob”

Mikurda kierując się podstawową zasadą scenopisarską o konieczności równoważenia opowieści, w historię powstawania Na srebrnym globie wpisuje jeszcze jednego aktora – Andrzeja Wajdę, czyniąc z niego rewers drogi samego Żuławskiego. Oczywiście powody są jasne; Żuławski parędziesiąt razy widział Kanał w czasie studiów, był asystentem na planach jego filmów, Wajda był opiekunem artystycznym Trzeciej części nocy. I rozpisując historię na dwóch Andrzejów (no dobrze, trzech, bo i Andrzej Seweryn jest tu ważną postacią) ukazał polifoniczność rodzimej kinematografii – z jednej strony politycznej wprost, z drugiej symbolicznej, alegorycznej. Udaje mu się to równie dobrze, co Michałowi Danielowiczowi, który w biografii Aleksandra Forda szkicował jego portret, co i rusz kontrastując los twórcy Krzyżaków z Michałem Waszyńskim i Wandą Jakubowską. Tu kontrast jest jeden, ale dla zrozumienia istoty środowiska, zdecydowanie wystarczający. 

Cała opowieść podkreśla znaczenie ekipy filmowej i nie da się ukryć, że i bez ekipy Ucieczka… nie miałaby racji bytu. Niewątpliwie najważniejszy jest tu montaż – Iza Pająk i Laura Pawela napędziły narracyjnie tę opowieść, płynnie przemieszczając narrację między archiwami, gadającymi głowami a filmoznawczymi paralelami. Montaż wypełnia jak zwykle znakomita muzyka autorstwa Stanisława Wesołowskiego, po raz kolejny, po niepokojącym soundtracku do filmu o Borowczyku, wynoszącego nas na Księżyc, gdzie słychać echa z pierwszej współpracy na linii kompozytor–reżyser, ale jednocześnie echa przekształcone przez gwiezdne brzmienia. 

Tak jak o pierwszym filmie Kuby Mikurdy, Zaginięciu Waleriana Borowczyka można było powiedzieć, że dobrze by było, gdyby stał się lekturą obowiązkową dla programu filmoznawstwa, pokazującą jak zrobić porażające śledztwo o szerzej zapomnianym reżyserze, tak film o Na srebrnym globie powinien być pokazywany jako jeden z pierwszych na szkołach filmowych. Szkołach, w których nadal zdarza się utwierdzać stare mity. Stawiać postać „Autora” ponad resztą, Romantyzować przeszłość i planowe szaleństwa. Usprawiedliwiać finalnym dziełem wyzysk i przemocowe relacje. Być może seans Ucieczki… byłby dobrym pretekstem do podjęcia tematu o wzajemnym szacunku, optymalnych warunkach na planie, nauką o istocie współpracy, twórczego kolektywizmu. A także przypomnieniem, że niezależnie jak ważna nie byłaby czyjaś opowieść, to nadal tylko (ale i „aż”) film, który nigdy nie będzie istotniejszy od dobrobytu otaczających tworzących, czy też współtworzących go ludzi.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.