“Zegar Czarnoksiężnika” – Recenzja

Im bardziej oddalam się od przekroczonej niedawno granicy pełnoletności tym częściej próbuje sięgać po produkcje skierowane do młodszego odbiorcy, głównie dlatego, że chcę odnaleźć w sobie cichnący gdzieś w głębi dziecięcy pierwiastek. Trudno przecież o bardziej szczere i ciepłe produkcje niż te skierowane do najmłodszego widza, który musi poczuć płynącą z ekranu magię. Sam przecież pamiętam jak z wypiekami na twarzy biegłem na kolejne części “Harry’ego Pottera”, by potem na podwórku wyobrażać sobie swój pobyt w Hogwarcie. Toteż z pewną nostalgią podszedłem do seansu Zegara Czarnoksiężnika licząc, że trafiony urokiem wrócę do rzucania na ulicy expeliarmusami. Niestety – chyba uodporniłem się na czary.

Kadr z filmu “Zegar Czarnoksiężnika”

Wszystko zaczyna się od tradycyjnego puntu wyjścia – Lewis (Owen Vaccaro) na skutek wypadku samochodowego stracił rodziców i teraz chcąc – nie chcąc musi zamieszkać ze swoim lekko zwariowanym wujem Jonathanem (Jack Black), którego co gorsza nigdy nie widział na oczy. Jonathan oczywiście okazuje się być ekscentrykiem, biegającym po ulicy w kimonie, wożącym się bardzo zardzewiałym autem ledwo przypominającym lata świetności. Chłopak jednak nie wie, że jego wuj, wraz z elegancką i z lekka zdystansowaną sąsiadką Panią Zimmerman (Cate Blanchett), ukrywają przed nim pewien magiczny sekret.

Zobacz również: Ostatni odcinek FilmoTonów

Poza dość oczywistym faktem, że obydwoje są czarnoksiężnikami – choć może właściwiej by było napisać czarnoksiężnikiem i czarownicą – mają również pewne bardzo niebezpieczne zadanie do wykonania – muszą odnaleźć i zniszczyć mityczny Zegar Czarnoksiężnika, stworzony przez niezwykle groźnego, acz martwego Isaaca Izarda (Kyle Maclahlan). By powstrzymać zbliżającą się światową klęskę, muszą przełamać swoje słabości jak i spróbować znaleźć między sobą nić porozumienia.

Zobacz Również: Recenzję serialu “Jack Ryan”

Niestety, poza świetnie wyglądającą na papierze historią, Eliemu Rothowi nie udało się stworzyć na ekranie pasjonującego świata i mówię to nie tylko z mojej perspektywy, ale również młodego widza. Choć na ekranie widać lata spędzone na planie z Quentinem Tarantino (Roth grał w DeathproofBękartach wojny), chociażby poprzez zaskakująco brutalne jak na bajkę ukazanie przemocy (jawnie czerpiące z Braci Grimm), czy też momentami dość niewybredne (nawet w polskiej wersji językowej) kwestie, to całej produkcji brakuje jakiekolwiek polotu. Problem w tym, że stosunkowo oryginalną stylistykę łączy z bardzo sztampowymi i mało wyszukanymi żartami z odchodów i wypróżniania się, które same dzieciaki z sali odbierały z wymownym milczeniem. Podobnie nijako wypadły kluczowe dla rozwoju fabuły sceny akcji, nie wywołujące we mnie żadnych emocji co gorsza, nie wykorzystujące potencjału drzemiącego w czarach.

Kadr z filmu “Zegar Czarnoksiężnika”

Trudno jednak zrzucać w tym wszystkim winę na aktorów. Jack Black, jak zawsze, dzięki swojej nad wyraz rozwiniętej ekspresji aktorskiej zagarnia cały ekran dla siebie i wyciągając z rękawa wszystkie znane mu tricki około slapstickowe, całkowicie podbił moje serce. Równie dobrze wypada Cate Blanchett w roli paryskiej królowej magii, stając się definicją słowa “klasa”. Tu jednak pozytywy się kończą. Kyle Maclahlan mimo starań dostaje zdecydowanie zbyt mało czasu ekranowego w stosunku do ilości nałożonego make-upu, przez co nie może stworzyć wiarygodnej i faktycznie odrażającej postaci arcywroga. Jeśli chodzi zaś o młodszych to o ile Owen Vaccaro w przeciwieństwie do większości przypadków pierwszoplanowych ról dziecięcych nie działał mi na nerwy, o tyle Sunny Sujlic w roli irytującego “znanego” dziecka, odbierał mi jakąkolwiek chęć uważnego śledzenia wątku perypetii szkolnych Lewisa.

Kolejnym bardzo dużym problemem jaki miałem z odbiorem Zegara Czarnoksiężnika jest brak konkretnej grupy wiekowej dla jakiej jest on skierowany. O ile większość humoru przeznaczona jest zdecydowanie do tych najmłodszych, o tyle sam sposób ekspozycji rodzi bardzo duże wątpliwości czy zabrać swego siedmioletniego kuzyna na tę produkcję do kina. Za dużo tutaj niepokoju, przemocy, jump-scare’ów (sic!), czy też horroru rodem z “Gremlinów”, przez co częściej niż parsknięcia śmiechu słyszałem głosy przerażenia.

Zobacz również: Recenzję filmu “Jak pies z kotem”

Jedno jest jednak pewne – film jest piękny wizualnie. Hipnotyzujący koloryt kadrów, nietuzinkowe kostiumy i wreszcie bardzo sumiennie i starannie wykonane animacje komputerowe, mogą spowodować, że chce się w świat oglądany na dużym ekranie uwierzyć. Podobnie ma się sprawa polskiego dubbingu – mimo że znam lepsze przypadki, nie odbiera on przyjemności płynącej z seansu.

Kadr z filmu “Zegar Czarnoksiężnika”

Niestety, Zegar Czarnoksiężnika nie spełnia jednego, bardzo prozaicznego, acz kluczowego moim zdaniem zadania – nie pobudza on wyobraźni. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której po ulicach biegają dzieciaki próbujące zostać Lewisem i wymyślać własne czary, czy też – jak główny bohater – stać się nieustraszonymi. A szkoda, bo może wówczas znalazłyby w sobie ten jakże ważny pierwiastek magii, a tak czeka ich kolejna przymusowa wizyta na przyspieszonym kursie w Hogwarcie.

1.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.