Advertisement
Recenzje

“Ukryta gra”, czyli labirynty Pałacu zakrapiane wódką [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Polskie kino współczesne coraz bardziej odważnie podchodzi do tematyki kina gatunkowego. Panek Wilkołakiem próbował podjąć temat horroru, Zgniłe uszy czy Fuga to znakomite przykłady filmów psychologicznych, a Monument, czy – pozwolę sobie tutaj na założenie, że Greg Zgliński nadal jest rodzimym twórcą – Zwierzęta wpisują się w konwencję mind-game films. Nie da się jednak ukryć, że konwencja kina szpiegowskiego w naszym kraju kończyła się zazwyczaj blamażem dramaturgicznym, bądź nieśmieszną komedią; kolejno w Sępie i Komisarzu Blondzie. Sygnałem, że i tu nastąpi zmiana, miała być Ukryta gra, wyróżniona przecież na festiwalu w Gdyni za “propozycję doskonale zrealizowanego kina gatunkowego”, problem w tym, że choć Kośmicki założenie miał szlachetne, nie wszystko tu wyszło.

Ukryta gra rozpoczyna się od tradycyjnego dla kina akcji początku – ot zostajemy wrzuceni w sam środek filmu, w którym spocony i błądzący wzrokiem Bill Pullman zmierza chwiejnym krokiem do stołu szachowego. Na widowni wypatruje nieznajomą postać wskazującą na zegarek, sugerując, że gra o jego życie już trwa. Dopiero dzięki retrospektywom dowiemy się, że Pullman to Joshua Mansky, niegdyś wybitny szachista, obecnie praktykujący alkoholik i dorabiający w barach na hazardzie matematyk, siłą zwerbowany do Amerykańskich służb specjalnych w celu zapobiegnięcia nadciągającemu konfliktowi kubańskiemu.

Jak to już bywa w przypadku podobnych typu historii – Mansky niechętnie godzi się pomóc rządowi amerykańskiemu i zagrać przeciwko mistrzowi szachowemu Aleksandrowi Gawryłowowi (Evgeniy Sidikhin) na “neutralnym”, warszawskim gruncie w meczu Stany Zjednoczone – ZSRR. Sama gra oczywiście jest przykrywką; zachodnie służby specjalne (reprezentowane przez Agentkę Stone i Agenta White’a) chcą przechwycić w trakcie parodniowego pojedynku zdjęcia radzieckiej bazy militarnej na Kubie od swojego szpicla i ustalić, czy rzekome zagrożenie starciem nuklearnym jest stanem faktycznym, czy też tylko jedną z wielu gróźb padających w trakcie Zimnej Wojny.

Przeczytaj również:  "Ema" – Wolność w rytmie reaggeton [RECENZJA]

Łukasz Kośmicki od początku bazuje na dość utartych schematach kina szpiegowskiego – protagonista wydaje się niegotowy do wykonania powierzonych mu zadań (przez nadużywanie napojów wyskokowych), wewnątrz bliskich sercu widza służb czai się szpieg donoszący obozowi wroga, a – ze względu na początkowy punkt fokalizacyjny – mamy świadomość, że na naszych bohaterów czyha rychłe niebezpieczeństwo. Ale Ukryta gra nie stara się sugerować, że celuje wyżej niż w b-klasowy produkt, który za parę lat z przyjemnością będzie można obejrzeć na antenie TV4.

Przyjemny rytm seansu potęguje również osadzenie akcji w Pałacu Kultury i Nauki i nadanie mu atmosfery tajemniczości – w końcu wszystko dzieje się nadal nieco ponad 10 lat po oddaniu radzieckiego symbolu przyjaźni do użytku. Kośmicki bawi się wizją ukrytych korytarzy, przejść, pustych pokoi i połączenia wszystkich alejek w jedną sieć, z której najlepiej umie korzystać najbardziej charyzmatyczna postać, dyrektor Pałacu grany przez Roberta Więckiewicza.

Sceny, w których obserwujemy Pullmana z Więckiewiczem razem na ekranie dostarczają najwięcej satysfakcji. Bo choć humor w nich często będzie dość tani, opierający się na barierze językowej i zapijaniu braku porozumienia kolejnymi kieliszkami wódki, widać pomiędzy szczere, jakby pozafilmowe połączenie dusz. To również będzie na dłuższą metę działało na niekorzyść Ukrytej gry, gdy oczami wyobraźni zamiast kolejnych przewidywalnych zwrotów akcji, wolelibyśmy obserwować perypetie Mansky’ego i Dyrektora w co bardziej obskurnych barach PRL-u.

Przeczytaj również:  "Fukushima, moja miłość" – Czarnobyl XXI wieku, o którym nikt nie pamięta [RECENZJA]

Tu również Kośmicki sam stwarza sobie problem. Wprowadzając i tak szybko zamykając wątek relacji przyjaciół ponad podziałami, pozbawia nas szczerego elementu w strukturze swojego filmu. I, choć na papierze kino gatunkowe takiego wątku nie potrzebuje, relacja Mansky-Dyrektor znakomicie uwiarygadniała przyjętą narrację.

Bez niej film staje się po prostu wtórną, acz poprawną opowieścią. Trudno tu użyć nawet tradycyjnego argumentu “ale przynajmniej polski”, bowiem Ukryta gra niczym nie różni się od jednego z lepszych odcinków Blacklist. Polskość wnosi jedynie Warszawa, wódka, Więckiewicz – tryptyk na miarę naszych możliwości.

By jednak nie było tak gorzko – Ukryta gra to renesans aktorski Billa Pullmana. Trudno na jego miejscu wyobrazić sobie wcześniej przymierzanego do roli Williama Hurta (zrezygnował z powodu kontuzji) – nie potrafiłby on bowiem oddać “zlynchowienia” socjalistycznej Warszawy lepiej niż jeden z bardziej cenionych przez twórcę Inland Empire aktor. Jego Mansky – czy skacowany, czy schorowany, czy upity, nie traci rezonu spokojnie mógłby stać się bohaterem nie tylko akcyjniaka szpiegowskiego, ale również dramatu żywcem wziętego z biografii Nobla (w tle wybrzmiewają znaki kariery matematyka i Hiroszimy).

W ostatnich scenach Kośmicki całkowicie niepotrzebnie podkreśla ideologiczny wydźwięk swojego dzieła. Dążenie do bycia zrozumianym (dosłowność) i docenionym (poprawność i systematyczność) pozbawia go luzu, kluczowego elementu w kinie gatunkowym.  Ale i tak – niech już będzie – jest to krok naprzód. Tym razem jednak to: “tylko tyle”

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.