Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

“The Last Black Man in San Francisco”, czyli o nienawiści zrodzonej z miłości [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. kadr z filmu "The Last Black Man in San Francisco"

Samozwańczy Pastor stoi na pudle i wygłasza swoje proroctwo. Świat zmierza ku upadkowi. Woda w kalifornijskich jeziorach jest zatruta. Mniejszości wypędza się z miast by dusić je siarczanami, a w napojach podawać chemikalia. Odbiera się im maski, pozostające ratunkiem dla wybranych. Reszta zostaje skreślona. System nie znajduje dla nich ratunku. Nie chce go znaleźć. Aż do Ostatniego walecznego.

Na Proroka z przeciwległej strony ulicy patrzy dwójka przyjaciół, Jimmie Fails (Jimmie Fails) i Montgomery Allen (Jonathan Majors). Nierozłączna para, połączona niegenetycznymi więzami braterstwa, codziennie budząca się w tym samym pokoju, wypatrująca lepszego jutra. Każdy z nich ma inne marzenia: Montgomery pragnie zostać dramatopisarzem i tworzyć sztuki, które będą rozgrzeszały i uwalniały z udręki społeczeństwa. Cel Jimmiego jest znacznie bardziej mierzalny – pragnie powrócić do pięknego rodowego domu, który zbudował jego dziadek i który na skutek nałogów ojca został im odebrany.

Jimmie o swój, choć już wcale nie jego, dom dba. Przycina żywopłot, odnawia werandę, wkrada się do środka by odmalować płot. W końcu to jedyne co mu pozostało, choć czego już dawno został pozbawiony. Trzeba bowiem rozgraniczyć i oddzielić posiadanie materialne od duchowego – bo choć w księdze wieczystej dom do rodu Fails nie należy od wielu lat, dla protagonisty na zawsze będzie spadkiem pozostawionym przez dziadka, a o spadek, tak jak i rodzinę, należy dbać.

John Talbot pokazując historię Jimmiego Failsa, luźno inspirowaną jego latami spędzonymi na ulicach San Francisco wraz ze swoim, odtwarzającym główną rolę, przyjacielem, opowiada o podupadającym mieście, które kocha. Kocha jego zabudowę, którą główny bohater zna lepiej od przewodnika oprowadzającego chmarę zasłoniętych kaskami i obiektywami Iphone’ów/kamer turystów na segwayach. Kocha otaczającą go naturę, krzycząc w sprzeciwie wykorzystywaniu środowiska i nadmiernej jego eksploatacji. Wreszcie kocha społeczeństwo odrzucone przez władze miasta, zamykając wszystko co w nich dobre, w postaci którą kocha w tym momencie najbardziej – w Jimmim Failsie.

Przeczytaj również:  "Ratched", czyli niepotrzebne żerowanie na klasyku [RECENZJA]

Fascynujące są miniatury reżyserskie, które do swojej narracji wprowadza Talbot. Od zabawy kamerą na przykładzie punktu widzenia fruwającej piłki, aż do sceny kontemplacji życia w San Francisco, gdy główny bohater w rytm muzycznej chluby miasta, Somebody to love Jefferson Airlplane, szusuje na deskorolce po opustoszałych ulicach jego małej ojczyzny. Wraz ze swobodnym zjazdem do centrum metropolii, nabierając siły rozpędu i wiary w swoje możliwości, czujemy, zanurzeni w fotelach, prędkość i idącą za nią wolność. Niestety Fails, zgodnie z wyrokiem zapisanym w jego nazwisku, utraci równowagę i spokój, i przeturla się bo bruku, spadając z napędzającej go deski.

fot. kadr z filmu “The Last Black Man in San Francisco”

Miniatury wprowadzane raz po raz do spokojnej narracji o miłości do miejsca i chęci zmiany losów (mikro)świata, powodują, że cała produkcje tętni życiem i próbuje uchwycić kamerą ekspresję artystyczną. Dążenie do ekspresyjnego wyrazu nie powinno jednak dziwić, w końcu idąc za myślą Franza Marca, słynnego niemieckiego malarza z grupy Błękitny Jeździec, Nowe pokolenie nie chce (i nie może) żyć równie beztrosko, co poprzednicy, nie wiąże się z tym jednak pogarda dla przeszłości. A o tym właśnie, w samym założeniu opowiada The Last Black Man in San Francisco – o konieczności zmian obecnego, młodego pokolenia w celu odkupienia win poprzednich; tych klimatycznych i ekologicznych jak i związanych z procesem gentryfikacji.

Największym lękiem Jimmiego nie jest weryfikacja swoich wyobrażeń o rzeczywistości, a pójście w ślady ojca. James senior pojawia się jak przekleństwo, od którego dawno już próbował się odciąć. Przekleństwo, które zniszczyło jego rodzinę, podkreśliło cząstkę Fail, w nazwisku bohatera. Zhańbiło imię dziadka. Pozwoliło na odebranie tego co było ich, co miało być zawsze ich własnością – domu. Sceny, w których syn zmuszony jest do konfrontacji z tatą przeszywają chłodem i wstydem z jakim patrzy on na rodziciela, jednocześnie od zawsze poszukując jego akceptacji.

Przeczytaj również:  Dom woskowych Mansonów. Recenzja płyty "We Are Chaos"

Talbot nie pozostawia Jimmiego samego, wspierając go w postaci Montogmery’ego. Trudno oprzeć się wrażeniu, mając w pamięci, że Fails i Talbot w pierwszych filmach nie tylko współtworzyli scenariusz, ale i grali obok siebie (czego John nie wspomina zbyt dobrze), że w postaci tworzonej przez Majorsa zapisana jest spora część duszy Talbota. Przecież podobnie jak ekranowy przyjaciel Failsa, tak samo reżyser, próbuje jego problemy związane z tożsamością i małą ojczyzną rozwiązać na kanwie dramatu, wyczekując oczyszczającego katharsis.

fot. kadr z filmu “The Last Black Man in San Francisco”

W osiągnięciu tego antycznego stanu pomaga nam harmonijna i czysta ścieżka Emmie Mosseriego, odwołującego się w niej do brzmień soulu i muzyki ulicy mieszając ją z wpływami kalifornijskiej klasyki. Najpiękniej wypada tu przearanżowana na rzecz ulicznego grajka piosenka-hołd dla San Francisco (pod miejskim tytułem), którą oryginalnie wykonywał Scott McKenzie. A gdy w ramach puenty poruszającego wykonu Be Sure to Wear Flowers in Your Hair, Montgomery dopytując czy może poprosić o jeszcze jeden utwór, otrzymuje I Got 5 on It, Talbot udowadnia, że poza dramturgią, umie wygrywać również komediowe nuty.

The Last Black Man in San Francisco to smutny list do kochanego miasta. John Talbot ustami swojego przyjaciela mówi, że “nienawidzić można tylko to co się niegdyś pokochało”. Reżyser, bez wątpienia nadal kocha San Francisco, nie może jednak znieść tego co się w nim dzieje – a teraz, z perspektywy roku od Amerykańskiej premiery na festiwalu Sundance, trudno oprzeć się wrażeniu, że niczym prorok z początku filmu, twórca krytykowany za dramatyzowanie, stworzył dzieło nad wyraz profetyczne. Oby tylko, tak jak w życiu Jimmiego, na zmiany nie było za późno.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Przynętę, Mowę Ptaków

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.