KinoRecenzje

„Jeźdźcy sprawiedliwości”, czyli kino akcji oczami Jensena i Mikkelsena

Maciej Kędziora
Materiały promocyjne filmu "Jeźdźcy sprawiedliwości"

Podobno czas świąt sprzyja postanowieniom i zmianom w codziennym życiu. W aurze bożonarodzeniowej na ścieżkę przemian wkroczy również Markus, główny bohater Jeźdźców sprawiedliwości. By mogło do niej dojść, po drodze musi pokonać gang motocyklowy w imię zemsty. Odwet ma jednak gorzki smak – bo tak naprawdę to nie o niego powinno chodzić.

Markusa motywuje tragiczna śmierć jego żony. Konieczność powrotu z misji wojskowej, przebycia żałoby i zaopiekowania się swoją nastoletnią córką wybijają głównego bohatera ze strefy komfortu. Pojawiają się pytania: Co mam robić? Czemu to się stało? I może przede wszystkim: Dlaczego? Na to ostatnie spróbuje odpowiedzieć nowo poznany Otto, ekspert do spraw rachunku prawdopodobieństwa, który z całym przekonaniem i pełny wiary w naukę mówi, że wypadek pociągu, w którym zginęła jego ukochana, nie mógł być przypadkiem. Jako winną wskazuje lokalną szajkę przestępczą, a Markus, w zgodzie z żołnierskim etosem, decyduje się sięgnąć po broń i wymierzyć rzekomym winowajcom sprawiedliwość po swojemu.

Protagonista filmu Andersa Thomasa Jensena przypomina Hutcha z Nobody czy Johna Wicka. Zamknięty w sobie, tłumiący emocje, nieczujący się komfortowo w nowej codzienności, pęka i decyduje się rozwiązać problem własnymi rękami. Wszyscy mszczą się na oprawcach – Odenkirk na złodziejach, Reeves na zabójcach psa, Mikkelsen na domniemanych sprawcach śmierci ukochanej. I o ile pierwsze dwa tytuły są klasycznymi akcyjniakami z imponującymi scenami walk, Jensen proponuje nam gatunkową woltę – czyni z Jeźdźców sprawiedliwości komedię z dodatkami kina sensacyjnego. 

fot. kadr z filmu “Jeźdźcy sprawiedliwości”

Jensen z Mikkelsenem spotykają się nie pierwszy raz. Wspominając współpracę aktor podkreśla nowość jakim była ich relacja dla jego kariery – Jensen wyrwał mnie z pozy aktora wiecznie realistycznego, wyzwolił artystycznie. Spowodował, że stałem się znacznie odważniejszy w swojej pracy. (co podkreśla wybór ulubionego, wspólnego filmu, czyli Zielonych rzeźników). Wraz z kolejnymi projektami, zarówno Mikkelsen jak i reżyser rozwijali się artystycznie – Anders początkowo opierał swoje dzieła na świecie fantastycznym, przez co nauczył się poetycko opowiadać o świecie, o życiu. To jego metoda, którą ogromnie cenię za jej unikalność. “Jeźdźcy…” są z kolei opowiedziani w kluczu realistycznym – Jensen zbudował most w swoim świecie twórczym. – mówi nam aktor. Nie jest bowiem tak, że Jeźdźcy sprawiedliwości to całkowita nowość w twórczości reżysera – pojawią się pewne wątki z Jabłek Adama, choćby nieumiejętność proszenia o pomoc zakorzeniona przez wzorce toksycznej męskości, ale i pewne novum w ich relacji, czyli osadzenie Mikkelsena w roli stricte mściciela. Cały komizm filmu, ironia czy satyra opiera się na nieświadomości nieprzystawania do rzeczywistości przez Markusa. Jego rozmowy z córką, poznawanie nowych ludzi, konieczność interakcji wpędzają go we frustrację, zagubienie. To Pusher w świecie bez Pushera, w świecie gdzie postacie z jego kręgosłupem moralnym już nie istnieją. Zresztą, patrząc i pisząc  z perspektywy młodej osoby, całe szczęście. 

Do rzeczywistości nie przystaje nie tylko światopogląd Markusa, ale także cała konwencja kina akcji. Podkreśla to opinia Mikkelsena na temat własnego bohatera – “Jeźdźcy sprawiedliwości” nie potrzebowali akcji, potrzebował jej sam Markus. Walka jest jego narzędziem, językiem, którym się posługuje. Nie potrafi komunikować się inaczej.

Film Jensena wypełniony jest przykuwającymi oko sekwencjami, balansującymi na granicy kiczu – są sceny walki spod znaku sam przeciw wszystkim czy sprowadzenie hakowania do najprostszej czynności na świecie. Duńczyk z przymrużeniem oka nawiązuje do tradycji gatunku, gdzie brak wiary w system wyraża się w pragnieniu (i konieczności) wymierzenia samosądu. Nie mamy jednak do czynienia z tanią parodią, a pełnoprawnym pastiszem, w którym od tego, co zabawne lepiej wypada to, co porażająco smutne. 

Oglądając Jeźdźców sprawiedliwości w ramach podwójnego seansu z Na rauszu, dostrzeżemy również pewną wspólną cechę Markusa i Martina – pewien symbol pod postacią Mikkelsena we współczesnym duńskim kinie. Zarówno jego nauczyciel, jak i wojskowy uciekają od prawdy, nie akceptują rzeczywistości aż dochodzą do punktu skrajnego. Ucieczką Martina był alkohol, który wlewał w siebie niby w imię eksperymentu; dla Markusa jest nim zabijanie, przynoszące chwilową ulgę, ukojenie. Mikkelsen symbolizuje zagubienie i wyparcie, odrzucenie rzeczywistości, brak możliwości wykrzesania zgody na odnalezienie się w świecie współczesnym. 

fot. kadr z filmu “Jeźdźcy sprawiedliwości”

Markus wpisuje się także w klucz zgubionych i wypierających współczesność bohaterów Jensena. Tak charakteryzuje archetyp swoich postaci sam reżyser – Wiele z moich bohaterów okłamuje samych siebie, podobnie jest z Markusem. Odrzucają otaczającą ich rzeczywistość, a w chwili gdy ją sobie uświadamiają, pękają. Opierają się na jednej, pojedynczej nadziei – a gdy okazuje się ona zgubna, upadają. Jensen ukazuje kryzys nie tylko z perspektywy protagonisty – krytykując Otto, próbującego wszystko wytłumaczyć językiem liczb, pokazuje, że nie wszystko, co dzieje się w naszym życiu jest racjonalne – a pędzenie ku pełnej racjonalizacji życia może być zgubne, zabójcze dla naszej możliwości odnalezienia się w społeczeństwie. Jakby reżyser chciał nam pokazać, że „nie zawsze potrzebne są zasady, przypadek też bywa okej”. 

Pewne rzeczy, niezależnie od formy, czy też języka narracji pozostają w kinie duńskiego reżysera niezmienne – tak jak znakomita obsada. Bo Jeźdźcy… to nie tylko Mikkelsen w roli mściciela, ale i cała reszta tytułowej grupy: inny stały współpracownik Jensena, Nicolas Bro tworzy postać być może lepszą i ciekawszą od samego Markusa, Lars Brygmann jako wybitny haker bywa przeraźliwie zabawny, a Nikolaj Lie Kaas idealnie przeprowadza Otto przez proces zrozumienia istoty całej historii. 

Jeźdźcy sprawiedliwości udowodnili jeszcze jedną cechę stylu reżyserskiego Jensena – jest znacznie lepszy, gdy kręci i pisze, niż gdy tylko tworzy scenariusze. Pytanie tylko, czy na kolejną produkcję z nim za kamerą również będziemy musieli czekać kilka długich lat.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.