Advertisement
NetflixRecenzjeSeriale

“Feel Good”, czyli Mae (Martin) by Mae Martin [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. materiały promocyjne serialu "Feel Good", Netflix

We współczesnej komedii nie ma lepszego miejsca na autorefleksję i autoterapię niż stand-up. Chris Rock w swoim Tamborine (w reżyserii Bo Burnhama) opowiadał o seksoholizmie, Aziz Ansari o problemach i wykluczeniach na tle rasowym we współczesnych Stanach Zjednoczonych, a Taylor Tomlison rozliczała się z własnymi wyborami życiowymi w Quater Life Crisis. Stand-up parę lat temu stał się również miejscem spowiedzi dla wschodzącej brytyjskiej gwiazdy komedii Mae Martin, którą, jak sama przyznaje, uratowała scena i możliwość występowania. Teraz, po latach w trzeźwości i z masą pozytywnych doświadczeń, postanowiła wyjść ze swojej strefy komfortu i ponownie opowiedzieć o swoim życiu – tym razem w medium serialowym.

Feel Good to z pozoru przeżarty kliszą przepis na love story. George (Charlotte Ritchie) zostaje na dłużej po jednym z występów początkującej i nieznajdującej poklasku wśród publiczności Mae (Mae Martin) i chwilę później obie znajdują się koło siebie na jej łóżku. Po paru dniach wychodzą sekrety obu z nich – ta pierwsza nie wie, jak powiedzieć znajomym, że spotyka się z dziewczyną, obawiając się homofobii i odrzucenia. Mae, choć od roku trzeźwa, wciąż wstydzi się przyznać do swojego uzależnienia od narkotyku.

Pozory zaczynają jednak mylić, im więcej czasu spędzimy z główną parą. Typowe rozłamy i dramaty dla opowieści romantycznych są płynnie omijane, a miłość, spoiwo głównego związku, choć kwestionowane przez obie na ekranie i w dialogach, nigdy nie będzie kwestionowana przez widzów. W meritum droga obu bohaterek razem/osobno będzie prowadziła do tytułowego celu, zapisanego przez Martin od samego początku – do “poczucia się dobrze”. Razem, a przede wszystkim, z samym sobą.

Przeczytaj również:  To my - niechciani, nielubiani. "Skandal. Ewenement Molesty" [RECENZJA]
fot. materiały promocyjne serialu “Feel Good”, Netflix

Autorka podkreśla w wywiadach, że tym razem nie chciała tworzyć w ramach autoterapii. Od tego służyły jej głośne stand-upy, które później emitowało radio BBC. O swojej tożsamości seksualnej opowiadała w Us, o uzależnieniach w znakomitym i przeraźliwie szczerym Dope. Kręcąc Feel Good chciała stworzyć zwykłą komedię – a za warstwą typowego dla niej humoru, zbliżyć widzów do najbardziej normalnego związku między dwoma doświadczonymi przez życie kobietami.

Martin czyni nam pewne wprowadzenie do swojego humoru w jednej z pierwszych scen, zamieszczając fragment swojego stand-upu. To filmowy próg wejścia, który jednocześnie może w prosty sposób sprawdzić, czy jej bardzo nietypowy, może nawet niszowy humor, jest dla was. Bowiem jej odkrywanie siebie, momentami nietrafione (acz specjalnie nietrafione) żarty wynikające ze stresu i wiecznej niepewności, a także bardzo ekspresyjno-introwerrtyczny sposób narracji będzie obecny przez wszystkie sześć odcinków.

Tym, za co jednak należy szczególnie przyklasnąć Martin, jest to, że idealnie zbalansowała swoją postać, tworząc radykalnie inną, nie tylko pod względem dotychczasowej orientacji seksualnej, partnerkę. Zapewne zasługa, poza znakomitym komicznym wyczuciem, leży po stronie współautora scenariusza i wieloletniego przyjaciela Mae, Joe Hamspona, który balansował jej opowieść i pozwalał na równoległy rozwój obu postaci. George jest równie zagubiona w swoim życiu, co showrunnerka, ale emanuje nieograniczonym ciepłem, które przez znakomite aktorstwo Ritchie ogarnia nie tylko jej partnerkę, ale i widzów.

Ritchie zresztą swoim ciepłem onieśmiela nie tylko nas, ale i Martin, dla której debiut aktorski okazał się nie do końca udany. Oczywiście jej Mae jest nią – i to nie ulega wątpliwości, a w scenach, gdy Martin nie próbuje grać, w pełni wierzymy w opowiadaną historię i sympatyzujemy z obiema bohaterkami. Gdy jednak scenariusz wymaga od niej wyjścia ze strefy komfortu i odtworzenia zapisanych przecież przez nią emocji, wówczas, jak zresztą sama przyznaje, nie wszystko jej wychodzi i parę scen – w szczególności tych związanych z uzależnieniem – jest wygranych na nieznośniej szarży.

Przeczytaj również:  Nolens volens TVP. Recenzja "Ziei" Glińskiego.
fot. Materiały promocyjne serialu “Feel Good”, Netflix

Produkcje Netlflixa (tym razem wespół z brytyjskim Channel 4) podejmujące tematykę queerową czy seksualną zazwyczaj starają się przekazywać nowe narracje w kinie LGBTQ+. W zeszłym roku tę funkcję spełniał Bonding, znakomita opowieść o BDSM, która swoją ironią kupiła moje serce mimo miniatur metrażowych. Feel Good również porusza się po fantazmatyach erotyki i seksualności (jednym z ważniejszych wątków będzie opowieść o sztucznym penisie), jednak ważniejsze przesłanie zawiera w opowieści o George i jej zmaganiach z tożsamością. Martin, przekonana co do zmienności seksualnej świata, co można było zobaczyć w jej książce Can everybody please calm down. A Guide to 21st century sexuality, nie chce wymagać od nas określania i konkretnej orientacji, a miłości i akceptacji własnych słabości.

Feel Good, choć zdecydowanie zbyt krótki (Fleabag pozostawia nas znacznie bardziej spełnionymi mimo takiego samego metrażu), daje nam wiele ciepła i pozytywnych bodźców tak bardzo nam teraz potrzebnych. Pozostaje mieć nadzieję, że to dopiero początek przygody Martin z telewizją, bo jej światopogląd jest w obecnym dyskursie niezbędny.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Bonding, Fleabag

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.