FilmyRecenzjeStreaming

“Dick Johnson is Dead”, czyli najpiękniejszy dokument zeszłego roku [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. materiały promocyjne filmu, Netflix

I

Okiem Kirsten Johnson na świat od zawsze była kamera. To przez pryzmat wizjera rejestrowała wojny, to obiektyw formował jej obraz w chwili nagrywania Citizenfour – wywiadu rzeki z Edwardem Snowdenem, aparat z wciśniętym „record” towarzyszył jej w tournée Michaela Moore’a podczas wyborów prezydenckich 2004.  Zawodowy sprzęt stał się towarzyszem najtrudniejszych podróży, czego zapisem był film Cameraperson, montaż jej zawodowego archiwum, ukazujący warsztat operatorki. 

Cameraperson można uznać za dokument kreujący postrzeganie jej zawodu. Choć rzadko kiedy będziemy mogli zobaczyć ją samą w centrum kadru, snuta opowieść jest manifestem jej filmowego życia. W całości fragmentów złożonych z przeróżnych wypraw, wojen, najbardziej dojmujące były te autobiograficzne – gdy Johnson pozwoliła nam zajrzeć do swojego życia, ukazując na ekranie chorującą na demencję matkę.

Jak sama podkreśla, nie miała wielu nagrań mamy, do których mogłaby wracać. Większość z nich to okruchy filmowej pamięci, pojedyncze sceny i kadry, uwieczniające rozwój choroby. Zanikająca na oczach rodziny matka, nie została jednak zarejestrowana w chwili, gdy jeszcze była w pełni sobą, wtedy gdy mogła jeszcze wymienić imiona swoich dzieci, wspomnieć przeszłość czy wreszcie zauważyć swoją chorobę. 

II

Wyciągając wnioski z historii choroby jej matki, w chwili gdy dostała informację o pierwszych objawach demencji u jej ojca, tytułowego Dicka Johnsona, reżyserka zdecydowała się nakręcić o nim film. Właściwie nie do końca o nim, a raczej wraz z nim, czyniąc go ponownie partnerem swojego życia, zarówno artystycznego, jak i codziennego. W ten sposób wspólnie przygotowują się na to co nieuniknione, a co szczególnie gdy nieoswojone przeraża – powoli zaglądającą w oczy śmierć. 

Śmierć w ich przypadku nie jest imieniem zakazanym. Konfrontują się z nią od samego początku – założeniem projektu filmowego przedstawionego i tworzonego wewnątrz Dick Johnson Is Dead jest kręcenie przeróżnych scen śmierci ojca, który umierać będzie jedynie na ekranie. Na kaskaderów wcielających w jego rolę spadać będzie między innymi śmiercionośny komputer, co uwiecznił najchętniej powielany kadr filmu. 

fot. materiały promocyjne filmu, Netflix

W filmowej grze z umieraniem Dick Johnson zawsze wychodzi zwycięsko. Jest to forma pewnego zaklinania rzeczywistości, stawiania się w sytuacji pewnej śmieci, jednocześnie przeżywając i nadal będąc dość witalnym, radującym się życiem dziadka. Główna para bohaterów całego przedsięwzięcia – ojciec i córka – są świadomi, że produkcja nie odczaruje ich świata ani sytuacji, w której się znaleźli. Mimo wszystko brną w nią, by być w tych ciężkich chwilach razem. 

Obydwoje przywykli do obrazów śmierci. Zarówno doświadczenia Kirsten z lat zawodowych, jak i Dicka – zawodowego psychiatry, oswajały ich z wizją odchodzenia, a wykonywana praca mobilizowała, by nabrać do umierania pewnego dystansu, ratującego własne zdrowie psychiczne. Nie oznacza to jednak, że rozmowa o umieraniu przychodzi im łatwo, a im bardziej jej realność staje się namacalna, tym bardziej przeraża i przechodzi coraz ciężej przez gardło. 

III

Przeczytaj również:  "Ultimate X-Man t. 1" - dużo, za dużo, ultimate [RECENZJA]

Formalny zamysł Dick Johnson Is Dead szybko zaczyna się rozpływać. Nie wyczekujemy już kolejnych scen umierania głównego bohatera, a poszukujemy chwil dialogu na linii ojciec–córka. Dialogu pozbawionego tego, co w filmach o śmiertelnych chorobach musi się pojawić: pompatyczności, dramaturgii. Zamiast tego dostajemy czysty rejestr relacji, która w ostatnich miesiącach nabrała nowej formy. Obserwujemy odwrotny schemat opieki rodzicielskiej, gdy to dojrzała już Kirsten próbuje opiekować się swoim ojcem. 

Rozmowy, wspomnienia, a później zapisy pogłębiającej się choroby są tym co wciska w fotel podczas seansu. Nic nie powstaje tu wbrew woli nagrywanych bohaterów, a bardziej jest świadomą decyzja uwiecznienia tego, do czego można wracać. Pierwsza połowa pozwala nam się zżyć z Dickiem, by w momencie, w którym jego pamięć zaczyna coraz bardziej szwankować, także my zaczęliśmy odczuwać ból związany z jego odchodzeniem. 

Są takie chwile, gdy wydaje się, że główny bohater wraca do trzeźwości umysłu, by potem rzeczywistość boleśnie zweryfikowała nasze przypuszczenia. Stąd nagranie wizyty u lekarki prowadzącej bohatera, która egzaminując jego percepcyjną zdolność, wykazuje coraz większe braki w zdolnościach pamięciowych. 

Mając w pamięci własne doświadczenia obcowania z chorobą osoby, którą się kochało i podziwiało, film Johnson staje się zapisem dzielonych z reżyserką emocji. Pozwala ona również zobaczyć to, co rozumiem za słowami „magia kina” – tworzenie kinematograficznego mikrokosmosu, w którym świat może wyglądać inaczej. I który to świat można podbijać ze swoimi bliskimi, niezależnie od przeciwności losu. 

Reżyserka w wywiadzie dla magazynu Rolling Stone jako swoje inspiracje wskazała dzieła Maxa Ernsta i Jacques’a Preverta, wskazując na ich zdolność łączenia przeszłości z teraźniejszością. Podobną rolę spełniają jej filmy, a ten najnowszy – i moim zdaniem najwybitniejszy – staje się, mimo zapisu tylko ostatnich paru lat, transkrypcją jej całej relacji z ojcem. W wielu przypadkach ta narracja mogłaby wydawać się pospieszna, chaotyczna, ale Johnson, stawiająca na maksymalną szczerość emocjonalną, udaje się opowiedzieć ją w taki sposób, że wstrząsnęła mną emocjonalnie. 

IV

Nieprzypadkowo Johnson ze śmiercią walczy za pośrednictwem medium kina. To ono stawało się, we współdzielonym z jej ojcem doświadczeniu, momentem obalenia rygoru kościoła adwentystów dnia siódmego, zakazującego w życiu doczesnym tańców i oglądania filmów. Tym doświadczeniem był seans Młodego Frankensteina Mela Brooksa, na który 11-letnią Kirsten zabrał jej tata, pokazując świat, którego za parę lat stanie się częścią. W samej produkcji, która bardzo fragmentarycznie opisuje ich przeszłość, ten właśnie fakt zostaje wymieniony jako jeden z niewielu, tym bardziej podkreślając jego formacyjność dla Kirsten. 

fot. materiały promocyjne filmu

Członkowie kościoła adwentystów wierzą, że do nieba wstąpią ci, których Chrystus wskrzesi przy swoim ponownym zejściu na ziemię. W domyśle – na ten moment niebo jest puste. Johnson tworzy więc swojemu tacie niebo na ziemi, umożliwiając mu wcześniejsze spotkanie ze zmarłą żoną. Sekwencje niebiańskie są w jej filmie magiczne, kolorowe, radosne. Mają w sobie coś, czego nie miało życie w zgodzie z dogmatami – afirmację bliskości, entuzjastyczne podejście do kultury. 

V

Autobiografizm i autokreacjonizm (rozumiany poprzez tworzenie filmowemu i życiowemu ja nowej ścieżki doświadczeń w celu stworzenia znakomitego dzieła) jest czymś, co w moim doświadczeniu widzowskim nie przestaje mnie poruszać. Wideofoniczne dzienniki, rejestracje archiwalne, pamiętniki z trudnych chwil. Ich szczerość, realizm czy też, wynikająca z dokumentalnej formy, prawda mają w sobie niewyobrażalną moc. Jeśli za istotę kina przyjmiemy więc transkrypcję emocji, zachowań – to właśnie dzieła pokroju produkcji Johnson stają w centrum tego, czego w kinematografii poszukujemy. 

Dick Johnson Is Dead stał się w roku 2020 produkcją, w której znalazłem odbicie swoich obaw, suplementem na trudny czas. Żyjąc, oddychając filmami, poszukuję zawsze w nich swojego pierwiastka, kodu, który zagwarantowałby mi możliwość odczytania i pokochania całym sobą konkretnego dzieła. A także pewnego utwierdzenia swych wyborów życiowych, poprzez magiczny wpływ przekazywany wspólną artystyczno-widzowską wrażliwością na moje emocje. 

Johnson, pierwszy raz w swojej karierze zwracając kamerę w pełni na swoją osobę, zapisała wzruszającą kartę historii współczesnego dokumentu. Jej opowieść o tacie jest równie poruszająca, co scena rozmowy Mariusza Wilczyńskiego z matką w Zabij to i wyjedź z tego miasta czy animowana historia o chorobie Alzheimera w nominowanej do Oscara Mémorable. Wszystkie opowiadały i odkrywały mój skryty lęk przed stratą bliskich – w Dick Johnson Is Dead staje się ona czymś innym, momentem wzmocnienia wspólnych relacji. 

VI

Przeczytaj również:  "Resident Alien: Witamy na ziemi t.1", albo kosmita na peryferiach [RECENZJA]

Wracając myślami do seansu, nadal odczuwam go w pełni, zarówno emocjonalnie, jak i cieleśnie. Pamiętam łzy wzruszenia, strach, smutek mieszający się z radością. W roku, w którym o pełne filmowe doświadczenie było trudno, a przebodźcowanie uniemożliwiało mi pełny odbiór produkcji oglądanych na mniejszym ekranie, Dick Johnson Is Dead stał się seansem całkowicie odcinającym mnie od świata. Wreszcie, po długim oczekiwaniu na poruszenie widzowskie, dostałem je w pełni, nie wychodząc z niego nawet po napisach końcowych. 

Rzadko kiedy zdarzają się seanse, po których chcę napisać „dziękuję”. Dick Johnson Is Dead jest jednym z nich. 

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.