FilmyKinoRecenzje

“Berlin Alexanderplatz”, czyli neonowa odyseja w stolicy Niemiec. Recenzja najnowszego dzieła Burhana Qurbaniego

Maciej Kędziora
Berlin Alexanderplatz
fot. Kadr z "Berlin Alexanderplatz" / Nowe Horyzonty

“Berlin Alexanderplatz” rozpoczyna się prawie od końca. Nie tyle widzimy jakieś konkretne wydarzenia, ale głosem narratorki zostajemy wprowadzeni do świata, w którym podróż głównego bohatera, Francisa, z góry skazana jest na niepowodzenie. Oglądając więc jego wspinanie się na szczyt Berlińskiego półświatka, przez cały czas trwania filmu Burhana Qurbaniego będziemy myśleć o nadchodzącym upadku.  

Francis (Welket Bungué) wychodzi z morza, poszukując nowego startu. Nową nadzieją mają być Niemcy, niestety, jak szybko się okazuje, nie będzie to możliwe. Qurbani od początku pokazuje nam świat bez nadziei – główny bohater nie może uzyskać niemieckiego paszportu, pracuje na budowie bez zezwolenia – z tej pracy zresztą wyrzucą go za zadzwonienie po pogotowie, by uratować swojego współpracownika. Chcąc czynić dobro, spotykało go zło. Jedyną możliwością wyjścia z nicości staje się droga zaproponowana przez Reinholda, dealera narkotyków, który proponuje protagoniście zostanie jego protegowanym. Francis, chcąc reanimować swoje życie, decyduje się zacząć podążać tą drogą.

Podzielona na pięć części (choć może lepiej sięgnąć byłoby po zwrot “stacji”), ponad trzygodzinna epopeja Qurbaniego (lecz i tak prawie pięć razy krótsza od serialowej wersji Fassbindera), przenosi kanoniczną powieść Alfreda Döblina we współczesne realia. Franz Biberkopf staje się Francisem, zmienia się również rys jego przeszłości – w oryginale książkowym poznajemy Franza zaraz po wyjściu z więzienia, Francis natomiast ucieka z Gwinei-Bissau. Współczesny mrok postindustrialnego Berlina również znakomicie rezonuje z treścią książki, wypełniając brak jasności i nadziei sztucznym światłem wiszących na szyldach neonów.

Przeczytaj również:  Nowe komiksy "Star Wars" od Egmontu - Najgorsza trylogia [RECENZJA]

Kamera Yoshiego Heimratha nie estetyzuje neonowości stolicy Niemiec. Nie skupia się na pięknie okalającej twarze bohaterów czerwonawej poświaty. Mrok zainkorporował neony, stają się one kolejnym podkreśleniem iluzoryczności lepszego jutra, fałszywej możliwości znalezienia światłości w mieście. W tle widzimy błyszczący fioletem krucyfiks (będący jedynie wypełnieniem kadru, a nie jego istotną częścią – w przeciwieństwie choćby do “Nowego papieża”), migoczącą identyfikację wizualną Alexanderplatzu czy lokale spowite lekką poświatą. Decentralizacja neonów z jednej strony wpisuje “Berlin…” w nurt wizualny współczesnego kina, z drugiej wchodzi z nim w polemikę. Nie mamy tu pięknych kadrów rodem z filmów Refna (który, mimo ukazywania najokrutniejszej przemocy, fetyszyzował ją za pomocą artystycznych ujęć), zamiast tego dostajemy zakurzoną fakturę, lekko zabrudzona formę, całkowicie inny klucz doboru wizualiów, który – mimo wszystko – jest równie zachwycający (co widać chociażby po pietycznym kadrze promującym film Qurbaniego).

Berlin Alexanderplatz
fot. Kadr z “Berlin Alexanderplatz” / Nowe Horyzonty

Wraz z pietą i krucyfiksem pojawia się w filmie metafizyka, którą narracja jest przesiąknięta. Duchowość mrocznej strony, pragnienie miłości i wyzwolenia, determinizm naszego życia, z którego to pętli nie da się uciec. Chociaż nie pojawia się tu fatum, czujemy, że Francis zostaje odgórnie przekreślony przez los. Natrafia na niemożność wyboru, a jeśli nawet stoją przed nim decyzje, to musi wybierać między złem a złem. Dla Qurbaniego ważny jest również dualizm duszy bohatera, jego wewnętrzne, mierzące się ze sobą zło i dobro. Podobnie jak nieprzekładalność chęci na czyny – jak mantra powtarzane słowa, że Francis chce czynić dobrze, ale nie może.

Powieść Döblina, wydana w roku 1927 była często porównywana do “Ulissesa” Joyce’a, czy też (co idzie za Joyce’owskim porównaniem), do homeryckiej “Odysei”. Współczesna adaptacja jest również pewną formą odysei, zdaje się nawet, że jest to słowo klucz do zrozumienia całości. Po wyruszeniu w podróż przez mrok berlińskiego półświatka, Francis, często nieświadomie, próbuje wrócić do początku – ponownego nowego startu. Podobnie jak w przypadku Odysa, przez długi czas wydaje się to niemożliwe.

Przeczytaj również:  POWTÓRKA Z MUNKA #8: "Pasażerka" (1963) GOŚĆ: Michał Oleszczyk

Niemożność powrotu na właściwą ścieżkę wynika z relacji Francisa z Reinholdem. I pisząc o Reinholdzie – mimo docenienia gry całej obsady – nie sposób nie napisać o znakomitej roli Albrechta Schucha. Schuch powoli wykluwa się na ekranie, początkowo wydając się niegroźnym dilerem, stopniowo przemienia się w niezważającego na nic i na nikogo demona. Obłąkany wzrok, między kolejnymi strzałami narkotykowymi, przeraża, petryfikuje w trakcie seansu. Schuch zagarnia całą światłość ekranu dla siebie, między pozorami tworząc psychozy własnego bohatera. W świecie zbudowanym z mroku staje się złem, jego chodzącą, nękającą emanacją, która przypomina nam o braku możliwości ucieczki.

Berlin Alexanderplatz
fot. Kadr z “Berlin Alexanderplatz” / Nowe Horyzonty

Fenomen jakim jest seans “Berlin Alexanderplatz” objawia się również w warstwie emocjonalnej. Film Qurbaniego chłonie się całym sobą, przejmuje się ekranowy mrok, zanurza w przedstawiony świat. Nie sposób od niego oderwać wzroku (mimo często przerażających scen) i wyjść z transu, w jaki wprowadza nas głos narratorki. Później nie sposób o nim zapomnieć, siła rażenia uwspółcześnionego klasyka jest tak wielka. Nie powinno nas to jednak dziwić – mowa przecież o jednej z niewątpliwie najważniejszych kinowych premier roku.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Berlin Alexanderplatz" w reżyserii Reinwera Fassbindera

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.