Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

“Nic nie ginie”, czyli dyplomowa sesja terapii [RECENZJA]

Maciej Kędziora
Nic nie ginie
fot. materiały promocyjne filmu "Nic nie ginie"

Donatello, mimo że kocha żółwie błotne, nie potrafi pokochać swojej dziewczyny. Klaudia przez kompulsywną potrzebę pomagania innym nie potrafi pomóc sobie. Przemek, coraz mniej zapalony ONR-owiec, nie potrafi zrozumieć czemu programowo celebruje się dokonania Mussoliniego (który przecież Polakiem nie był), a potępia uchodźców z Afryki i bliskiego Wschodu. “Nie potrafię”, choć wyparte ze słownika grupowej terapii, jest wyznaniem uniwersalnym dla każdego z bohaterów Nic nie ginie, pierwszego długiego metrażu Kaliny Alabrudzińskiej, będącego aktorskim dyplomem łódzkiej filmówki.

Wszyscy uczestnicy, zgodnie z narzuconymi odgórnie prawami wyjazdu terapeutycznego, muszą przybliżyć historię dzieciństwa. Wspomnieć spacery z ojcem na chwilę przed jego ucieczką, opowiedzieć o matce, o jej ciągłym “nie garb się”. My jednak, gdy bohaterowie dokonują introspekcji i sięgają do zakamarków pamięci, oglądamy retrospekcje “współczesne”, szkice z ich codziennego życia. Randki z Tindera, pracę w terrarium, klaustrofobiczną domową pustkę. Te trwające kilka minut portrety filmowe oddają różne odcienie samotności. Nie wszystkie będą oczywiste, nie wszystkie będą wiązały się z dosłownym znaczeniem tego uczucia – reżyserkę intryguje anomia seksualna, skamieniała garda emocjonalna trzymana wysoko przez Przemka, kompensacja finansowa, za pomocą której Paweł próbuje utrzymać relacje międzyludzkie. Alabrudzińska nie strofuje i nie upokarza swoich bohaterów, patrząc na każdego z empatią i czułością, jakiej nie są w stanie doświadczyć od bliskich.

Spoiwem narracyjnym, łączącym pojedyncze wątki i historie, będzie postać terapeuty Remika wyznaczającego płynną kolejność wypowiedzi. To on, przynajmniej początkowo, będzie reżyserem całej opowieści. Będzie wymagał od pacjentów odpowiedzi na konkretne pytania, nakierowywał ich na otworzenie się przed wszystkimi bez lęku przed potępieniem i wyśmianiem. Czas pokaże, że i sam Remik zmaga się z emocjonalnymi problemami spod znaku “nie potrafię”,a sesja terapeutyczna w równy sposób co dla uczestników, działa kojąco i leczniczo dla jego uczuciowego życia.

Przeczytaj również:  "Batman – Biały Rycerz", czyli jak Joker został bohaterem. [RECENZJA]

Dobromir Dymecki, grający tutaj postać terapeuty, w szkolnej etiudzie reżyserki pt. Niestrudzeni wędrowcy krzyczał na własnym weselu, że “miłość” zwyciężyła. Wtenczas wcielał się w młodego mężczyznę wątpiącego w cyfryzację świata i walczącego z komputerem narzeczonej, ale choć jego postać teraz jest diametralnie inna (przede wszystkim, bardziej pozytywna), między dwiema postaciami występuje nić porozumienia, bo obaj wierzą, że “to miłość wygra”. Casting Dymeckiego, doświadczonego już aktora teatralnego i filmowego,  zdaje się zresztą nieprzypadkowy – to on jest terapeutą zdających swój egzamin emocjonalnej i ekranowej dojrzałości aktorów, którzy po zakończeniu Nic nie ginie opuszczą bezpieczne mury zarówno siedliska terapeutycznego, jak i szkoły wyższej.

Nic nie ginie
fot. Dobromir Dymecki w filmie “Nic nie ginie”

Film Kaliny Alabrudzińskiej, ze względu na swoją “dyplomowość”, odgórnie wymuszał pewne narracyjne kroki – przede wszystkim epizodyczność (bo każdy z egzaminowanych musi mieć swoje własne sceny) i mnogość wątków, by znaleźć ekranowy czas dla każdego. Jak pokazał ostatni wyświetlany na ekranach kin dyplom, Monument Jagody Szelc, ten odgórny nacisk potrafi sprawiać pewne problemy – chociaż u Szelc natłok obsadowy działał znakomicie pod względem budowania klimatu, nie pozwolił on wszystkim na rozwinięcie warsztatowych skrzydeł. Jak jednak pokazuje Nic nie ginie, oddanie aktorom i aktorkom artystycznej przestrzeni nie tylko nie jest pójściem na reżyserskie ustępstwa, ale i ukazuje niespotykaną w naszych realiach inteligencję emocjonalną autorki.

Talent reżyserki objawia się nie tylko w jej rozumieniu faktury filmowej i struktury narracyjnej, pozwalającej na subtelne komentowanie rzeczywistości (subtelne na miarę przygrywającego w tle Erika Satie), ale i w pełnym zaufaniu do swojego scenariusza, który nie wymaga rewolucji formalnych. Alabrudzińska, swoim stylem narracyjnym przypominając produkcje gwiazd festiwalu SXSW, nie potrzebuje radykalizmu by pozwolić swojej historii wybrzmieć, kładąc największy nacisk na dialogi, i namacalną wręcz uczuciowość, pozbawioną ubarwień formalnych.

Przeczytaj również:  Akademia zmienia zasady przyznawania Oscarów, aby zwiększyć różnorodność

Szczególnie dobrze widać to po wątku Majki, samotnej matki (choć pozostającej w dobrych relacjach ze swoim byłym mężem) szukającej miłości, a właściwie akceptacji. Czuć, że perspektywa reżyserki nie boi się miłosnej nowomowy – nie stygmatyzuje randek online, nie piętnuje spotkań na jedną noc, poszukuje ze swoimi postaciami dialogu i punktów wspólnych. Opowieść, która w rękach znacznie bardziej dojrzałych twórców zostałaby spłycona do cna, u debiutantki jest przerażająco szczera i dojmująca.

Nic nie ginie
fot. kadr z filmu “Nic nie ginie”

Nic nie ginie to również portfolio (nie odczytywać w znaczeniu pejoratywnym) przyszłych kreatorów polskiego kina. Najbardziej zapada w głowie szczególnie trio – Przemek kreowany przez hipnotyzującego wzrokiem Jana Hrynkiewicza (którego mogliśmy już oglądać w Hejterze Jana Komasy), dojmująco szczera i wyciągnięta wprost z realiów mumblecore’u Wiktoria Filus (Majka),oraz bezimienny Aktor grany przez Piotra Packa, który spowodował że chciałem by jego portretowa miniatura fabularna stała się pełnometrażową fabułą.

Film reklamowany jako “najsmutniejsza komedia roku” (hasło ukazujące niewątpliwy brak odpowiedniej nomenklatury w naszym języku i odpowiednika “dramedy”), to prawdopodobnie największe filmowe odkrycie roku – podobnie jak sama reżyserka, która mam nadzieję na długo będzie spowiedniczką polskiej rzeczywistości, bo poziomu empatii i artystycznego wyczucia pozazdrościć może jej każdy. A gatunek polskich filmów dyplomowych powoli wkrada się na piedestał rodzimych produkcji.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Zgniłe uszy", "Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.