Droga do wyzwolenia. Recenzujemy „Roving Woman”.
Oglądając amerykańskie filmy zawsze fascynował mnie bezkres. Długa, prowadząca zawsze dokądś droga otoczona niczym; wielkim pustkowiem, pustym echem. Asfaltowy portal między stanami, którymi podróżują; zgodnie z genotypem kina drogi, buntownicy, rewolucjonistki, uciekinierzy czy renegatki. Każdy i każda z nich w swej podróży mają główną towarzyszkę – muzykę, której takty wyznaczają nasze emocje jako widowni. To w niej zaklęta jest cała moc dzieła; ścieżka dźwiękowa wypełnia nam ekranową samotność protagonisty, staje się jego słowami, spowiedzią, którą wynosimy ze sobą z sali kinowej, słuchając jej później niegdyś na zakupionych płytach CD, obecnie na serwisach streamingowych.
Soundtrack to pewien artefakt, który towarzyszy nam jako świadectwo obejrzenia danej produkcji. I tak Born to be Wild po filmie Dennisa Hoppera Easy Rider już nigdy nie był tylko piosenką Steppenwolf, a symbolem kinowej rewolucji końca lat 60-tych rozegranej na dwa motocykle, kompozycje Einaudiego nie są już tylko kontemplacją natury, a wiążą się z zapisanym w pamięci kadrem Frances McDormand walczącej o swoją przyszłość w oscarowym Nomadland. Wreszcie pojedyncze szarpnięcia gitarowej struny, przepełnione nostalgią za utraconą miłością, kojarzyć mogą się tylko z tułaczką Harry’ego Deana Stantona, któremu towarzyszył tytułowy utwór Ry Coodera Paris, Texas z opus magnum Wima Wendersa.
Głównej bohaterce Roving Woman, będącego najnowszym arcydziełem gatunku, filmem spełnionym i kompletnym, również towarzyszy płyta. Tym razem będąca jej przeznaczeniem. Wyrzucenie z domu, ucieczka, kradzież samochodu, w którym znajduje nagrane dla czyjejś drugiej połówki piosenki o wielkim uczuciu. Zawieszone między pretensją a szczerością nagrania ukierunkowują losy bohaterki granej przez Lenę Górę, współscenarzystkę dzieła; stają się jedyną osią narracji debiutu Michała Chmielewskiego. W utworach upatruje odpowiedzi na to co ją czeka, a bezcelowość z jaką musi się mierzyć skłania ją do obrania kierunku losowego, acz wyznaczającego pewien kierunek. Ustalenie tożsamości muzyka stojącego za nagranymi w domu, nie obrobionymi dźwiękowo wyznaniami miłosnymi z prostymi kompozycjami, to cel jej podróży. Iluzoryczny, nie mający wiele sensu, narodzony z konieczności życia w nicości.
Bezcelowa może wydawać się także narracja samego Roving Woman. Wszystko prowadzi donikąd, przypadkowo poznane osoby nie wprowadzają dramaturgicznych zmian, tułaczka jakby nie miała końca. Radykalny zabieg reżysera, w większości przypadków zakończyłby się stagnacją, nudą. Jednak Chmielewski do zestawu dodaje szczerość, nienachalność, ogranicza środki wyrazu pozbawiając nas linearnej narracji, skupiając się jedynie na swojej protagonistce. Każda postać napotkana przez nią jest niesamowicie charakterystyczna; mimo kilku krótkich, niekiedy wręcz minutowych epizodów w większości opartych na milczeniu, urywkowych spojrzeniach, mruknięciach pod nosem, stają się dla nas znaczącymi kreacjami ekranowymi. Nic nie dzieje się tu przypadkowo, wszyscy, skądinąd znakomicie obsadzeni, powodują, że płyniemy wraz z narracją; reżyser nie pozwala sobie na przesadę, na wyłamanie z pewnego stylistycznego impasu. Brak zmian w formie i strukturze jest naczelną cechą Roving Woman – nic wielkiego się nie wydarza, bo też nic nie powinno się wydarzyć.
Oddając film bohaterce, skupiając na niej kamerę, Chmielewski ufa w pełni Górze, której rolę trudno określić inaczej niż jako ekranowe objawienie. Nie wychodząc z kadru, nie przekraczając w żadnej scenie granic formy, mamy do czynienia z konsekwentnie budowaną postacią, która może nas na początku zastanawiać – i którą przez cały film będziemy odkrywać. Nie poznamy przeszłości, nie dowiemy się czemu jej historia potoczyła się taką a nie inną ścieżką; jednocześnie w grymasach Góry, przerażonych niekiedy oczach, innym razem spojrzeniu pełnym mieszającej się nadziei i niepewności, czujemy, że poznaliśmy ją wystarczająco, by ją wspierać, kibicować.
Tam gdzie kino amerykańskie wypełnione jest klasycznymi schematami prowadzenia narracji; określonym rozwojem dramaturgii, podziałem na trzy akty, konfliktem z jakiego zdaniem wielu ma płynąć istota opowieści, reżyser zrywa z tym wszystkim. Dzięki niezależności; wsparciu świetnej ekipy producenckiej, w skład której wchodził Wim Wenders (nieprzypadkowo więc unosi się w fabule duch Alicji w miastach), Chmielewski przywraca to co cechowało indie, jeszcze przed stworzeniem wielkiego nurtu w postaci Indiewoodu. Lekkość, nieprzewidywalność, chęć podejmowania artystycznego ryzyka. Oglądając Roving Woman mamy poczucie oglądania czegoś nowego, nieznanego, odkrywania niezwykłej poetyki autorskiej – zarówno ze strony opowiadania historii, jak i aktorskiej; po prostu nowej jakości kina.
Podobne Roving Woman projekty można łatwo przekreślić. Stwierdzić, że fabularne “nic” jest porażką twórców. Albo, że ktoś zrobił to już lepiej – w końcu kino drogi jako synonim emancypacji jest wzorcem stosowanym od lat. To przypadek, gdy takie słowa są krzywdzące, zbywają istotę dzieła, przeoczają sens całej podróży z Górą w centrum ekranu. “Nic” jest w tym filmie symbolem piękna; odebranie jednostce konieczności robienia czegokolwiek daje jej dopiero pełną wolność. “Nic do roboty” jako manifest pragnienia życia według własnych zasad; własnego kompasu. Przydrożne spotkania, które udowadniają, że można być wyzwolonym – tam gdzie amerykańskie kino wmawiało nam, że owe uczucie może przynieść wyłącznie zgoda na egzystowanie w kapitalizmie, zaakceptowanie go jako systemu wartości, Chmielewski pokazuje – współczesnym amerykańskim snem, jest ten o braku zobowiązań, braku ograniczeń, wypisaniu się z rzeczywistości nam narzuconej.
Sam reżyser też trochę wypisał się z utartej ścieżki do debiutu. Po bardziej lub mniej udanych krótkich metrażach (poza Hi, how are you? żaden nie był zachwycający), nie poszedł do Studia Munka ani nie zdecydował się na stworzenie mikrobudżetu, a spróbował za granicą – jak pokazuje historia, ryzyko się opłaciło. Roving Woman podróżuje po świecie sygnalizując wielkie talenty zza i sprzed kamery. Być może stężenie ryzyka przełożyło się także na sam końcowy rezultat; mamy bowiem do czynienia z arcydziełem. I ten ostatni epitet stosuje z całą pewnością; to nie tylko kino w drodze po wolność, ale także w drodze po pełne spełnienie.
Krytyk filmowy zajmujący się popularyzacją rodzimej kinematografii oraz jej historią. Studiuje na Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ, publikuje w "Ekranach" i "Kinie". Prowadzi podcasty Filmawki, a także swoją stronę "Zapiski na bilecie.