Przewodnik po Octopus Film Festvial 2019, czyli jak wygląda Gdańsk w skórzanej kurtce i neonowych okularach

W powietrzu unosi się zmieszana woń świeżo otworzonego piwa Okocim jasne, brązowo-cukrowego zapachu whiskey Kraken i słodkiego cydru. Na głośnikach zapętlone Son of a Preacher Man i legendarne Miserlou, zagłuszone szmerami podekscytowanych macek ośmiornicy, wyczekujących nowych doświadczeń kinomanów oraz pyrkającego popcornu ze specjalnej maszyny, znanej do tej pory w naszym kraju jedynie z fotografii złotej Ameryki lat 70. W tej kakofonii dźwięków połączonej z alkoholową imprezą jest jednak metoda, ba – z miejsca staje się ona najpiękniejszym kinofiliskim doświadczeniem, jakie tylko można sobie wyobrazić.

To tylko pojedyncza pocztówka z Octopus Film Festival, kadr, który otworzył tegoroczną edycję. Edycję, na której Grzegorz Fortuna (dyrektor artystyczny) przemówił głosem Krystyny Czubównej, John Travolta brzmiał jak Tomasz Knapik, a na ekranie Michał Oleszczyk zapowiadał najgorsze filmy świata. Ekstatyczne oczekiwanie wzbudza jednak fakt, że to dopiero początek.

Ulica Elektryków, na której mieści się baza festiwalu, przez te pięć dni oddycha kinem. Tu, gdzie zwykle w piątek spotyka się cała gromada fanatyków muzyki rave, by oddać się fali zapętlonych dźwięków, teraz rozmawia się jedynie w rytm soundtracków ze startych VHS-ów, a tradycyjny Wixapol korzysta z klasyki kina kopanego. Bo kto nie chciałby poskakać w rytm ścieżki dźwiękowej z Mortal Kombat i poczuć za każdym razem, jak repetycja dźwięków diametralnie przyspiesza tempo.

Przed specjalnym pokazem zobacz recenzję “Mowy Ptaków”

Puste (oczywiście jedynie przedseansowo) hangary B90 świecą trzema ekranami, zjadając Cinema City z ich ScreenXem. Bowiem o ile Cinema City korzysta ze swojej technologii bez żadnego zamysłu, tu Octopusowa wielopłaszczyznowość odbioru audiowizualnego czerpie z klasyki kina samochodowego. I choć zamiast chryslerów rodziców siedzi się na rozkładanych leżakach, nadal można odwrócić wzrok od ekranu, by zamienić parę słów ze swoim towarzyszem podróży, nie tracąc przy tym fabuły, bowiem gdzie nie spojrzeć tam podąża za nami wzrok bohaterów – jak nie z frontowego projektora, to z dwóch pobocznych. Nawet zmierzając po dolewkę boskiej ambrozji z podajnika, huczny głos będzie za nami podążał, przenosząc nas do motocyklowego raju cinema drive, który w Polsce nie miał nigdy szans zaistnieć – aż do teraz.

Trzeba jednak pamiętać, że przyjeżdżając na Octopusa, nie przyjeżdżacie na typowy festiwal filmowy, a wszystkie nie-przymiotniki jak “nieokrzesany”, “niezwykły”, “niepodrabialny”, którym zwykło się te pięć dni w Gdańsku określać są jak najbardziej na miejscu i, nomen omen, nieprzypadkowe. Tylko tu bowiem możecie połączyć seans z Wixapolem, film z heavymetalową imprezą w towarzystwie harleyowców (mam nadzieję że skórzane kurtki już wyprasowane), a także zabrać się w autobusową podróż zwieńczoną niespodzianką – i nie, nie tą  Monumentu Jagody Szelc.

Nie oznacza to jednak, że niezwykłość seansów rekompensuje poziom produkcji, bo te choć często radykalne formalnie, zawsze cieszą przynajmniej jeden zmysł krytyczno-filmowego odbioru. Czasem wizualnie, jak Łowca głów, czasem scenariuszowo jak In Fabric, a czasem holistycznie jak Stalker Tarkowskiego. Oczywiście zdarzają się też produkcje, dla których określenie kino klasy Z byłoby chlubą, ale jeśli decydujecie się wybrać na Malinobranie to zapewne wiecie, że musicie zaopatrzyć się w koszyk dobrych wyrobów i duży dystansu wobec tego, co zobaczycie.

Przed specjalnym pokazem zobacz recenzję “In Fabric”

Zresztą nigdzie tak dobrze kina złego nie odbiera się tak jak tutaj, w towarzystwie najbardziej odjechanych fanów tych gatunków. Zewsząd wybuchają tu salwy śmiechu, a absurdalne obrazy na ekranie nie zostają pozostawione bez soczystego komentarza rzucanego z widowni. To celebrowanie kiczu to największa zaleta całego festiwalu, bowiem czasem, zamiast się nudzić, można wyciągnąć czystą esencję z zabawy formą – szczególnie jeśli ta zabawa w akcie tworzenia nie była świadoma.

Jeśli miałbym w moim przewodniku wlepić Filmawkowy komplet gwiazdek w kategorii najbardziej oczekiwany pokaz, to otrzymałby je seans Mandy na Szańcu Jezuickim. Bo o ile wysoki poziom dzieła i arcydzielna postawa Nicolasa Cage’a jest nam już dobrze znana, to inscenizacja całej produkcji w opuszczonym folwarku wydaje się równie szalonym co intrygującym pomysłem, znakomicie konwersując tym samym z dziełem Cosmatosa.

Nasz znak jakości otrzymują dwie projekcje – Wixapol z Mortal Kombat w tle (a może nawet à rebours), bo nic nie regeneruje sił tak dobrze jak aktywny wypoczynek w postaci choreograficznych wybuchów pod sceną, oraz wszystkie seanse w strefie postapokaliptycznej, bo kto nie chciałby uciekać z Kenem Russellem z Nowego Jorku w anturażu fruwającego piasku i Mad Maxowej nicości. Poza tym w strefie postapokaliptycznej będziecie mogli również obejrzeć jedno z największych arcydzieł w historii kinematografii, czyli Stalkera, ale do tego seansu nikogo nie muszę chyba perswadować.

Na gwiazdozbiorze pozostałych pokazów czekam szczególnie na konstelacje o nazwie Malinobranie, czyli Wielki Wóz antyklasyków amerykańskiego kina. Erotyczne fantazje Bolero zalewające ekran swoją grafomanią, miłosny list Stallone’a w Staying Alive, który raz na zawsze udowodnił, że reżyserska droga nie jest przeznaczona dla kultowego Rocky’ego; wreszcie Eegah, czyli trawestacja King Konga, która finalnie strawestowała zapisane na taśmie celuloidowej kadry. Wszystko to okraszone wprowadzeniami Michała Oleszczyka, którego autorska selekcja z pewnością wypełni apetyt na złe kino.

Spragnionych pozafilmowych ekscesów zachęcam również do zwiedzania urokliwego Gdańska. Na pierwszy plan w szczególności wybija się pub Mechaniczna Pomarańcza, oddający klimat kultowego filmu Stanleya Kubricka. Nie tracąc całej zawartości swojej studenckiej kieszeni, można tu oddać się pasjonującej dyskusji na wszystkie możliwe tematy, jakie zrodzą się po pokazach Nowego kina gatunkowego. Pamiętajcie też, że macki Octopusa znajdą was w trakcie trwania festiwalu wszędzie – od przybrzeżnej promenady aż po statuę Neptuna.

O tym, że wolność Gdańsk ma zapisaną we krwi nie trzeba nikogo przekonywać. Ale to dopiero Octopus Film Festival przypomniał o potrzebie artystycznego wyzwolenia, filmowego szaleństwa, stanowiąc apoteozę liberté na kinematograficznej mapie Polski. I miejmy nadzieję, że ta chwila będzie trwała co roku, bym mógł dopisać kolejny rozdział do naszego przewodnika i kolejny rozdział w długiej podróży do X muzy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.