Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Obraz pożądania”, czyli magia opowieści [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. kadr z filmu "Obraz pożądania"

Jeśli sztuka nowoczesna zaczyna mieć konkretną twarz w światowej kinematografii, jest to twarz Claesa Banga. Po wybitnej roli dyrektora galerii w wyróżnionym Złotą Palmą The Square, przyszedł czas na zadufanego w sobie, freelance’ującego krytyka. Krytyka, który od samego Micka Jaggera dostaję zadanie kradzieży obrazu od artysty-mitu, kryjącego się ze swoją twórczością i w swojej willi.  I jest to niezaskakująco dobra rola, w zaskakująco zręcznie nakręconym i opowiedzianym filmie. 

“Obraz pożądania’ otwiera sekwencja tworzenia. Oto główny bohater, James Figueras, obwoźny krytyk sztuki, produkujący się przed turystami na temat istoty opisywania dzieł, tworzy swój wykład-pułapkę, swoje powodzenie w pełni zawierzając własnej charyzmie. To od niej bowiem zależny jest skutek przemowy – albo odbiorcy dadzą się nabrać i złapać w sidła potoku jego słów, albo wyśmieją go jako pretensjonalnego mówcę, stereotypowego przedstawiciela gatunku krytyków. Jak jednak można się było spodziewać, w końcu Figuerasa gra król klasy i niebywale szarmancki Claes Bang, przemówienie porywa tłumy, a on chwile później w sali zostaje sam na sam z tajemniczą Berenice (Elizabeth Debicki), z którą wdaje się w płomienny romans. 

Jeśli wydaje wam się, że fabuła postępuje szybko, a akcja pędzi – nie jesteście w błędzie. Giuseppe Capotondi mknie z fabułą i relacjami, nie zważając na scenariuszowe konwenanse. Nie obchodzi go to, że James dopiero poznał Berenice; w kolejnej scenie porywa ją on na luksusowe wakacje do willi swojego klienta, multimilionera Josepha Cassidy’ego, z zadaniem wycenienia mu kolekcji. Jak jednak, równie szybko, ma się okazać, wycenienie kolekcji było jedynie fałszywą przyczyną ściągnięcia Figuerasa do posiadłości. Tą prawdziwą jest barter: umożliwienie przeprowadzenia pierwszego od parunastu lat wywiadu z milczącym również twórczo malarzem Jerome’em Debneyem w zamian za przyniesienie, w ten czy inny sposób, jednego z jego najnowszych dzieł. 

fot. materiały prasowe filmu “Obraz pożądania”

Kiedy jednak uda nam się przyzwyczaić do tego, że tempo narracji jest niemal zawrotnie szybkie, Obraz pożądania zaczyna uwidaczniać swoje ogromne zalety. Po pierwsze, Capotondi ze Smithem stworzyli tryptyk postaci, które może i pojedynczo złożone są z dość konwencjonalnych cech, ale w połączeniu sprawdzają się zaskakująco dobrze, a dynamika na linii James-Berenice-Jerome jest naprawdę znakomita. Ich dialogi i interakcje, targające nimi wewnętrzne spory ideałów oraz celów, to frapujący motor napędowy całości. Po drugie, mimo iście komiksowego przerysowania pewnych cech, w szczególności eleganckiej ekscentryczności Figuerasa oraz zmęczonej ironii Debneya, nie sposób pozostać obojętnym na ich losy, co – zwłaszcza w thrillerze o dość schematycznej fabule – staje się ogromnym osiągnięciem twórców. 

Oczywiście, Capotondi w swojej produkcji krytykuje i nabija się ze środowiska sztuki kolekcjonerskiej. Ale, chociaż dostaje się tutaj po równo krytykom, kolekcjonerom oraz artystom, trudno nie odnieść wrażenia, że do wszystkich tych grup reżyser żywi pewną sympatię, z której to wychodzi cała ironia. Jednocześnie, i chwała twórcom za to, w żadnym momencie ta krytyka nie będzie tak jaskrawo groteskowa, jak to miało miejsce w przypadku Velvet Buzzsaw Gilroya. 

Żadna z obserwacji Capotandiego nie jest rewolucyjna, przypominają one raczej wnioski charakterystyczne dla pisanych od linijki filmów gatunkowych. Jednak trudno odmówić tym prztyczkom w nos pewnego uroku. Fakt faktem, nie potrafię nadal odpowiedzieć czy urok ten był zamierzony, czy też wynikał jedynie z twórczej naiwności, ale pewne jest, że to dzięki niemu tak dobrze oglądało się większość najnowszego filmu twórcy Suburry

Niestety, słowo “większość” pojawia się tutaj nieprzypadkowo, bo ostatnie dwadzieścia minut Obrazu pożądania to przeciągnięcie scenariuszowej naiwności i operowanie “nieoczywistą” symboliki poza granicami przyzwoitości. Nie dość, że zwroty akcji były przewidywalne niczym stuki w metronomie, to jeszcze na dodatek całość opowieści wytraciła z tego powodu swój niezaprzeczalnie fascynujący klimat. 

fot. kadr z filmu “Obraz pożądania”

Nie ma czego bowiem ukrywać – Obraz pożądania to piękny wizualnie, ale do bólu schematyczny film. Mimo to, a uświadomiłem to sobie tuż po wyjściu z kina, tak pięknie opowiedzianej i zagranej zdartej kliszy bardzo mi w swoich kinofilskich doświadczeniach brakowało. Fakt, że wiedziałem prawie na początku jak zapewne potoczy się akcja, nie odebrał mi ani na chwilę przyjemności z obserwowania poczynań trójki głównych bohaterów. Ta pocztówka z wakacji, z innego świata, to być może nawet moje najprzyjemniejsze doświadczenie kinowe po czerwcowym otwarciu kin. Oczywiście trzeba zapomnieć o odrealnionej końcówce, ale pierwsza godzina to naprawdę świetna zabawa przypominająca, że w oglądaniu filmów chodzi o radość z bycia widzem.

Obraz pożądania w całości przypomina początkowy wykład Figuerasa. Ma mnóstwo kłamstw, w które trzeba uwierzyć, ale dzięki charyzmie aktorów, jesteśmy w stanie zaakceptować wszystko, co nam opowie. Taka ot, magia opowieści.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.