FilmyKinoRecenzje

“W labiryncie”, czyli nie podążaj za białym królikiem [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. materiały promocyjne filmu "W labiryncie", Best Film

Gdy trzy lata temu, jeden z najważniejszych pisarzy włoskich kryminałów, Donato Carrisi, debiutował na reżyserskim stołku kręcąc Dziewczynę we mgle na podstawie własnej powieści, tkwiły we mnie mieszane uczucia. O ile ceniłem jego rzemieślnicze zdolności narracyjno-formalne, o tyle brakowało mi w jego pierwszym dziele odwagi formalnej, bowiem wszystko wydawało się schematyczne, odrysowane od gotowej, gatunkowej formuły na sukces. Tym bardziej więc liczyłem na jego drugie dzieło z Tonim Servillo w roli głównej; i jak miało się okazać, nie zawiodłem się.

W labiryncie, znów bazującym na powieści reżysera, Carrisi opowiada dwie, dziejące się równolegle, historie. Jedną jest terapia Samanthy Andretti (Valentina Belle), odnalezionej po 15 latach od jej porwania, którą przeprowadza policyjny profiler doktor Green (Dustin Hoffman). Druga zajmuje się śledztwem przeżywającego swoje ostatnie dni detektywa Bruno Genko, swego czasu pobierającego pieniądze od rodziny Andrettich, który powraca do niedającej mu spokoju sprawy.

Fabularny dualizm narracyjny nie powinien dziwić. W końcu już w przypadku Dziewczyny we mgle retrospekcje śledztwa agenta Vogla przewijały się z jego przesłuchaniem prowadzonym przez policjanta granego przez Jeana Reno. Podobnie nie powinien dziwić horrorowy sznyt całej opowieści. Carrisi, zamykając Samanthę w tytułowym labiryncie, pozwala sobie na stylistyczne nawiązania do klasyków gatunku survival horror, szczególnie przypominając Zejście i inne kultowe dzieło (poniekąd zamknięte w imieniu głównej bohaterki): Ringu.

Reżyser ludzkiego lęku dopatruje się również w innym aspekcie – w grotesce. Stąd, człowiek w masce królika jako główny zły, stąd tanie kadry w scenach jazdy samochodem (dawno nie widziałem by ktoś tak jawnie pokazywał, że bohater wcale nie kieruje autem), stąd również pastiszowy strój Genko, z niedopasowanym kolorystycznie krawatem do czerwonej i wymiętej marynarki. I, choć dopiero dłuższa chwila potrzebna jest by kupić stylistykę reżysera, czas pokazuje, że nic nie działa tak przerażająco jak demonicznie uśmiechający się Bunny.

Przeczytaj również:  "Outsider", albo nieudana próba wskrzeszenia "Detektywa" [RECENZJA]

Budowa i symbolika W labiryncie przypomniała mi głośną niegdyś grę Alice: Madness Returns, gdzie tytułowa Alicja, zamknięta w szpitalu psychiatrycznym wraca do koszmarnej krainy czarów. Tak jak i tam, tak i w dziele Carrisiego, biały królik jest symbolem traumy, wcielonego zła, a życiem bohaterów włada “mrok”. Zresztą, świat “krainy czarów” i ich tajemnic (tu w grze, w którą musi grać Samantha), ujawnia się również poprzez postać współwięźniarki Andretti, która aby wydostać się z zamknięcia, musi zamordować protagonistkę.

Jak również przystało na uznanego autora kryminałów, reżyser znakomicie prowadzi sam proces śledztwa, który rozgrywa się głównie w pierwszej połowie filmu. W każdym kadrze (przez nietypową i sugerującą zagrożenie pracę kamery) czuć nadciągające na Genko zagrożenie. Czy to gdy obiektyw zbyt długo wpatruje się w pustkę mieszkania, czy też wtedy gdy powolne ujęcie zostaje przełamane przez nagłe szarpnięcie ukazujące napastnika. Szkoda tylko, że po wstępnym wyjaśnieniu zagadki, cała historia wytraca tempo na rzecz masowych zwrotów akcji.

fot. materiały promocyjne filmu “W labiryncie”, Best Film

Szkoda również, że Carrisi podobnie jak w pierwszym filmie, sięgnął po znane nazwiska. Choć jeszcze Toni Servillo, w jak zawsze solidnej formie (skojarzenia z jego rolą z Dziewczyny z jeziora), pozwala nam uwierzyć w nawracającego się przed śmiercią Genko, to Dustin Hoffman ciągnie całą opowieść w dół. Trudno jest nam bowiem zrozumieć irytującego doktora Greene’a i zaakceptować jego motywacje. Pewnie większość win leży w tym przypadku po stronie scenariusza, ale Hoffmanowi po prostu się nie chce – gra wiecznie na jednej nucie i nie uwiarygadnia stopniowego rozwijania charakterologicznego postaci.

Na jednej nucie nie gra natomiast scenografia, bawiąca się paletą barw i pełna przepychu. Od krwiście czerwonego mieszkania przyjaciółki Genko wypełnionego jednorożcami, do zapełnionej mini-fotografiami ściany w Otchłani, miejscu gdzie gromadzi się dane osób, które niegdyś zgłoszono jako zaginionych. Dlatego też film Carrisiego odbiera się bardziej jako bazujący na fantazmatach, a nie traktujący się w pełni poważnie kryminał.

Przeczytaj również:  "Trocki" – Rewolucja, Seks i Śmierć [RECENZJA]

Dopóki Donato Carrisi pozostanie uwięziony w labiryncie własnych zwrotów akcji, dopóty nie będzie w stanie stworzyć w pełni spełnionego dzieła filmowego, łasząc się na niezrozumiałe rozwiązania fabularne. Jednak mimo tego, że nie ze wszystkimi rozwiązaniami się zgadzam, trudno nie odmówić W labiryncie pewnej gatunkowej świeżości formalnej. A także prawdziwej grozy oglądania, której od dawna już nie odczułem we włoskim kinie. I te dwa powody są wystarczające, by czekać na kolejny film Włocha. Może czas na arcydzielne “do trzech razy sztuka”?

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Dziewczyna we mgle, Dziewczyna z jeziora, Jeziorak

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.