FestiwaleFilmyOctopus Film Festival 2021Recenzje

Octopus Film Festival. Recenzujemy “Gorejący świat” Carlson Young

Maciej Kędziora
Gorejący świat, The Blazing World
fot. mat. prasowe / Octopus Film Festival

Filmy otwarcia na festiwalach często stają się zapowiedzią tego co ma nadejść. Są wyczekiwanymi seansami, będącymi portalem do innej rzeczywistości, ewokują ducha tegorocznego festiwalu. Mam nadzieję, że w tym roku nie będzie inaczej, bo “Gorejący świat”, otwierający Octopus Film Festival to fascynująca podróż i być może najlepszy premierowy film, jaki dane mi było zobaczyć na gdańskim festiwalu.

Debiutanckie dzieło Carlson Young, pokazywane wcześniej na festiwalu Sundance, śledzi losy Margaret (w którą wciela się zresztą sama reżyserka), zawieszonej między dwoma światami – rzeczywistym, przepełnionym goryczą, przemocowym domem i smutkiem, oraz fikcyjnym, strasznym, mieniącym się wyrazistymi kolorami. Ten drugi pojawił się w dniu śmierci jej siostry, która utopiła się w trakcie dziecięcych zabaw w domowym basenie. Symbolem odrealnionego świata staje się postać grana przez Udo Kiera (kolejny już raz, ekranowo uosobiającego mrok i zło), a także portal, do którego próbuje ją wciągnąć. I choć początek filmu rozpocznie retrospekcja tragicznych wydarzeń, rdzeniem fabularnym będzie powrót Margaret po latach do rodzinnego domu, z którego to wyprowadzają się jej rodzice.

Gorejący świat, The Blazing World
fot. mat. prasowe / Octopus Film Festival

Imię Margaret nie jest przypadkowe – Young wzięła je od Margaret Cavendish, autorki przełomowego literackiego dzieła sci-fi, “Blazing World”. Nie należy jednak traktować jej filmu jako jakiejkolwiek formy adaptacji; książka Cavendish będzie po prostu jednym z wielu odniesień kulturowych po które sięga autorka. Trudno bowiem oglądając scenę koncertu w psychodelicznym podmiejskim pubie nie pomyśleć o Roadhouse z  “Twin Peaks”, słysząc o przechodzeniu do alternatywnego świata przez “króliczą norę” nie skojarzyć tego z “Alicją w krainie czarów”, a widząc głęboką, krwistą czerwień pokrywającą ekran nie widzieć inspiracji kinematografią Dario Argento. Każde odniesienie nie jest jedynie intertekstualną zabawą – wpisuje się bowiem w konwencję oniryczności filmu, będącego pewną formą snu i rozliczenia bohaterki.

Przeczytaj również:  "Nieśmiertelny Hulk" - Najstraszniejsze co w nas żyje [RECENZJA]

Rozliczenie się z przeszłością jest niewątpliwie istotą fabularną filmu. Oczywiście objawia się wspomnianym już powrotem do domu (zazwyczaj wiążącego się w kinie z próbą zmierzenia się z własnymi, dziecięcymi traumami), ale również koniecznością wejścia do świata fantastycznego, by tam spróbować odnaleźć zmarłą siostrę. W alternatywnej rzeczywistości bohater Udo Kiera, będący pierwszym mrokiem w jasności i ostatnią jasnością w mroku, daje protagonistce zadanie. By odnaleźć Elizabeth, musi uzyskać klucze od chroniących je demonów – demonów przeszłości samej Margaret, w postaci jej rodziców i jej samej.

Kontekst lęku przed przemocową rodziną wpisuje “Gorejący świat” w nurt filmów grozy, podejmujących problematykę familii. Oczywiście przychodzi tu do głowy “Dziedzictwo. Hereditary” Astera, być może najbardziej formacyjny film tego nurtu ostatnich lat, albo równie fascynujący “Relikt”, który niestety ominął rodzime ekrany kin. Nie oznacza to jednak, że film Young jest wtóry – to całkowite przeciwieństwo, coś absolutnie świeżego, fuzja wizualnej stylistki giallo, z psychodelicznym kinem fantasy; dodatkowo w znakomity sposób dotykający kwestii patriarchalnych relacji i alkoholizmu (we współczesnym amerykańskim kinie bardzo rzadko pokazywanego w zniuansowany sposób).

Gorejący świat, The Blazing World
fot. mat. prasowe / Octopus Film Festival

Warto podkreślić, że “The Blazing World” jest niejako kontynuacją idei Young z jej krótkiego metrażu pod tym samym tytułem, Opowiadając o nim w wywiadzie z Sundance Institute, reżyserka podkreśliła istotę kolorów w jej twórczości. To właśnie od nich – jak i od pewnej przyśnionej sceny, rozpoczęła kreowanie filmu. I choć sama scena nie pojawia się w jej pełnometrażowym debiucie, to kolory, wyraziste, kreujący cały odbiór filmu pozostały. Kiedy bowiem Margaret przenosi się już do alternatywnej rzeczywistości, jest ona przesiąknięta czerwienią, zielenią, każda ze scenerii ma swój własny, uniwersalny klimat. Nawet tak powszechna wizualnie neonowość, tu w postaci rozświetlonego kwadratu-więzienia jest frapująca, świeża. Podobnie sposób kadrowania, wykorzystujący techniki klasyczne dla kina grozy (walka z ojcem chwilami staje się jednym wielkim jump scarem), jak i korzystający z poetyki kina epickiego (zwłaszcza w kontekście wspinania się po pustyni), staje się najbardziej wybijającym punktem filmu. Jak bowiem na kino fabularnie nazwane metafizycznym przystało, to właśnie strona wizualna, plastyczna jest kluczem i centrum do zrozumienia całości.

Przeczytaj również:  Najważniejszy film w karierze Sorrentino? Recenzujemy “The Hand of God”

“Gorejący świat” to również ciekawy przykład produkcji, która broni swoich niedoskonałości budżetowych samą istotą fabuły. Chwilowa taniość efektów, groteska może być prosto wytłumaczona przez zwodzącą protagonistkę podświadomość kształtującą sen, a kiczowatość przerysowaniem, które często przecież sprowadza naszą nocną wyobraźnię na manowce. A może to ja po prostu, ze względu na ogromną sympatię chcę zawzięcie bronić filmu?

Dzieło Young zostanie we mnie, czy to przez przerażającego bohatera Kiera, czy też znakomite wyczucie plastyki obrazu. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie nam dane oglądać jej kolejne filmy, łączące horror z fantasy, a być może przenoszące nas już w świat sci-fi. Jest to bowiem radykalnie octopusowo-sundance’owe kino. Połączenie równie fascynujące co sam film.

Zapraszamy do całej naszej relacji z festiwalu. 

Ocena

7.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.