“#Jestem M. Misfit”, czyli jak zostałem boomerem? [RECENZJA]

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o trendzie Misfit i kolejnych wersjach powstających (póki co jedynie) w Europie, stwierdziłem, że warto będzie się przekonać o co w tym wszystkim chodzi. Bez dyskredytowania filmu ze względu na youtuberów, nowomowę, czy ckliwość opowieści o młodzieży – w końcu sam na liczniku nie mam jeszcze z przodu dwójki, High School Musical towarzyszył mi przez pewną część nastoletniego życia, a wspomnienie pisanej matury nadal jest świeże i niezmącone nostalgią. Jednak, mimo że według wszelkich założeń filmu ja również powinienem być #M przynajmniej pokoleniowo, okazałem się za stary. Choć może wina nie leży po mojej stronie, a to film był słaby?

Jeśli nie oglądaliście zwiastuna (pięknie recytującego całą fabułę), to Misfit w telegraficznym skrócie opowiada historię Julii Morskiej, wracającej z amerykańskich wojaży do Polski, choć jak woli ją nazywać protagonistka: “Bigoslandii”. Nowy kraj oczywiście oznacza nową szkołę, a w niej poszukiwanie nowych przyjaciół i “ekipy”, bowiem – jak dowiadujemy się na wstępie – szkoła do której trafia Morska gloryfikuje podziały: mamy zespół muzyczny “My3”, sportowców, vlogerów (wśród nich Nanami Chan, z najbardziej tripowym cameo w całym filmie) i wreszcie dwie najważniejsze dla całej opowieści: High techów i VIP-y; popularne trio trzech dziewczyn, dominujących i górujących nad całą szkołą.

Kadr z filmu “#Jestem M. Misfit” // materiały prasowe

Na rzekome nieszczęście Julii już na wstępie zostaje ona zaliczona do “Misfitów”. Jeśli jednak myślicie, że nazwa odmieniec jest wyjątkowo subtelna, faktyczne rozwinięcie powali was na kolana. Misfit oznacza bowiem “mało instagramową, snapchatową, facebookową i tępą”. W momencie rozwinięcia tego skrótu w narracji otwierają się bramy piekielne, a my trafiamy do alternatywnego uniwersum, które przez kolejną godzinę z paroma minutami będzie nas wewnętrznie rozdzierało – z jednej strony fascynowało, z drugiej odpychało.

By dodać całej opowieści kolejnej dawki surrealizmu, okazuje się, że punktem kulminacyjnym do którego prowadzą historie bohaterów nie będą finalne egzaminy, matury czy wielkie przedstawienie, a “Szkolne Mam Talent” (z najbardziej kuriozalnym jury w historii, w którym znalazły się Agnieszka Radwańska i Little Monster), w którym można wygrać roczne stypendium w USA. Toteż Julia będzie miała motywacje by wystartować, wrócić do ukochanego kraju i przyjaciół – a że przy okazji nad piosenką będzie pracowała z innym, urokliwym i zakłopotanym Misfitem Kubą, wszystko układa się po jej myśli.

Choć na papierze Misfit nie wygląda jeszcze tak źle; ot, typowa fabuła filmu dla nastolatków, z dziwnymi nazwami i nieudolnie odwzorowaną gwarą uczniowską, to prawdziwe piekło rozgrywa się gdy przyjrzeć się bliżej strukturze budowania narracji. Bowiem Misfit to film-perpetuum mobile, pędzące przez swoją historie niczym TGV. Nagłe zmiany sytuacji nie są niczym uzasadnione. By nie być gołosłownym – proces pisania piosenki Julii i Kuby, clou całej historii, podczas którego rodzi się nastoletnia, pierwsza miłość, zostaje zamknięty w kilku krótkich scenach (warto nadmienić, jednych z niewielu bezbolesnych), będąc jednocześnie kontrastowanym z sekwencjami teatru absurdu: siłowaniem się na ręce z Diablem z “Septagonu” jako sposobem aktywnej nauki angielskiego, product placementami z miśkiem z “Plusha” (który pojawia się w aż dwóch scenach, w tym raz załatwiając sprawy w damskiej toalecie), czy kolejnymi fragmentami koncertu miejscowej gwiazdy Jacka Diamonda, którego hit “Idziemy swoją drogą” będzie nas prześladował po seansie.

Kadr z filmu “#Jestem M. Misfit” // materiały prasowe

Absurdalność Misfit, połączona z koszmarnymi dialogami – tu szczególnie wypada wymienić wątek zakochanego w tanich frazesach i uzależnionego od picia mleka informatyka – powoduje jednak, że niektóre sceny są tu absolutnie fascynujące. Tomasz Karolak wcielający się w dyrektora placówki, ogłaszający na telebimach przybycie Julii Morskiej do szkoły fragmentem jej vloga, jest żywcem wyciągnięty z “Black Mirror”. Wiktoria tworząca techno-popularyzacyjny film na Instagramie przypomina formalnie twórczość Harmonego Korine’a. Wreszcie Nanami Chan na tle pulsującej tęczy z kotem na barku urwała się bardziej z planu Świętej góry Jodorowsky’ego, niż produkcji skierowanej do nastolatek i nastolatków.

Efekt filmowej hipnozy potęgują również widoczne na ekranie wszystkie kolory tęczy. Ekran zalany jest barwami, nie tylko nie przypominającymi realiów polskiej edukacji, ale i faktycznego życia. Wszyscy chodzą tu bardziej rozpasani designersko niż fani Placu Zbawiciela w ostatni dzień lata, każdy ma swój autorski, niezmącony deficytem budżetowym styl, a szafki błyszczą paletą barw, jakby trafiły tu prosto z atelier Wesa Andersona. Nie sposób wskazać klucz stylistyczny w jakim były dobierane poszczególne części scenografii, jak kolorystycznie wybierano kolejne elementy garderoby. Parafrazując Mowę ptaków: byle dużo, byle różnie.

Misfit bywa również w swej istocie bezczelne – jawnie szydząc z widza. Emocje ukazują w wyskakujących w rogach ekranu emoji, zapętlane są te same sceny, operuje się podobnymi piosenkami, wreszcie korzysta z tanich efektów dźwiękowych i przyspieszeń montażowych. Każdy trick jest tutaj szykaną, pstryczkiem w nos, testującym na jak wiele mogą sobie pozwolić. Czy zorientujemy się z pewnych błędów w deklinacji, dostrzeżemy recykling montażowy, a może fakt, że główni bohaterowie równie głośno śpiewają bez mikrofonu jak i z nim.

Jedno jest pewne. Nigdy nie widziałem filmu takiego jak Misfit. To nowość, całkowita nowomowa na rynku filmowym – film epileptyczno komercyjny, nastawiony na zysk niczym lokowanie produktu w telewizji śniadaniowej. To produkt, który w sposób wyrachowany celuje w gusta odbiorców, nie godząc się na jakikolwiek wysiłek, jakąkolwiek próbę pokazania czegoś więcej. Ale czegóż można było się spodziewać po produkcji Okiła Khamidowa, od lat produkującego telewizyjną pulpę paradokumentalną.

Wychodząc z kina po raz pierwszy poczułem się staro. Patrząc na rzekomo “moje pokolenie” nie potrafiłem się w nim odnaleźć. Wizja społeczności pranków, potencji finansowej, szastania emocjami i pustymi frazesami, nijak miała się do tego z czym miałem do czynienia na co dzień. Nie wiem jak długo muszę czekać by polskie kino wreszcie sumiennie opowiedziało o pokoleniu 00′, bo mimo że mamy wiele wad – Misfit to na pewno nie jest Euforia na jaką zasługujemy.


0.5/5


4 thoughts on ““#Jestem M. Misfit”, czyli jak zostałem boomerem? [RECENZJA]

  1. Wiem, że nie każda krytyka to hejt. Z drugiej strony, nie każda krytyka, która nie jest hejtem, jest krytyką konstruktywną. Jendka w tym filmie mamy do czynienia z hejtem i taką mocną potrzebą i chęcia wyrażania siebie. Myślę, że produkcja jest fajnym społecznie – kulturowym wzorcem do nasladowania dla mlodzieży .

  2. Trochę nie rozumiem tego hejtu, to jest fajny i lekki film dla nastolatków, który nie jest odzwierciedleniem polskich szkół, tylko fabularyzowanym filmem. To nie jest naukowy dokument – tylko film, który ma być rozrywką i taką też rolę spełnia – rozrywkową, żeby się pośmiać i zrelaksować przy czymś lekkim…

  3. Kto nam tak zepsuł słowo “hejt”. Poproszę przykłady, gdzie autor prezentuje podejście nienawistne, bo nie widzę go. To co widzę natomiast to próba zrozumienia, fascynacja czymś nowym, teoretycznie skierowanym do autora właśnie (ze względu na wiek) a z drugiej zupełnie nieprzystającym do jego rzeczywistości. Chcę wierzyć, że komentujące Panie to faktycznie osoby, a nie wpisy agencji marketingowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.