“Stuber”, czyli filmowy UberPOP [RECENZJA]

W jednej z pierwszych scen, Stu, kierowca Ubera z autem z wypożyczalni, pyta Vica, podstarzałego oficera LAPD, o wszystkie klisze związane z kinem policyjnym. O przestrzelone opony, wybuchające silniki, zasłanianie kul ciałem i ratowanie życia bogu ducha winnym cywilom. Choć Manning na początku go szorstko zebszta, że takie rzeczy nie mają prawa mieć miejsca, z czasem reżyser Michael Dowse udowodni nam, że jednak się dzieją – podobnie jak wszystkie inne klisze typowego, wakacyjnego buddy movie. Bowiem Stuber jest jak danie zamówione w Uber Eats w godzinach szczytu – niby smakuje dobrze jak zawsze, ale było za drogie i przyjechało zimne.

Cała struktura fabularna opiera się na bodajże najbardziej wyświechtanym schemacie jaki możemy sobie wyobrazić. Ot przypadek (a właściwie algorytm aplikacji) skazuje na swoje towarzystwo dwójkę mężczyzn z dwóch biegunów; lewicowego feministę marzącego o związku ze swoją przyjaciółką, z którą to chce otworzyć siłownie dla kobiet, oraz radykalnego tradycjonalistę, wyzbytego z emocji “prawdziwego mężczyznę”, próbującego unieszkodliwić gang narkotykowy, choć sprawę odebrali mu już federalni. Gdyby narracyjnej wtórności byłoby wam jeszcze mało, z czasem oczywiście znajdą wspólny język i przejmą od siebie pozytywne cechy.

Nie mogło zabraknąć również wątków miłosnych. Na tym polu jednak nie jest aż tak źle, bo o ile relacja Vica z córką przypomina typową, schematyczną opowieść o samcu alfa nie potrafiącym znaleźć wspólnego języka ze swoją już dorosłą córką, o tyle miłosne wojaże Stu nie są aż tak oczywiste. Relacja jaką ma z Beccą (kradnąca ekran Betty Gilpin), wiążąca się z niewypowiedzianą miłością, przez którą to nie może zbudować żadnego poważnego związku, licząc na iluzoryczna szansę zmiany statusu quo, jest prawdopodobnie jedynym wątkiem, w którym “Stuber” próbuje być czymś więcej niż zgraną od lat kasetą VHS. Bo choć będzie on jedynie na drugim planie, to – przynajmniej dla mnie – każde połączenie przez Face Time’a między dwoma przyjaciółmi stanie się motorem napędowym i najbardziej wyczekiwanym elementem produkcji.

Zobacz również: Felieton Mai o Peterze Parkerze

Michael Dowse po raz kolejny w swojej karierze udowadnia, że jego twórczość cierpi na chroniczną przypadłość bolesnej poprawności. To dążenie do ugładzonego treściowo filmu, powoduje, że staje się on całkowicie nijaki, operujący utartymi kalkami charakterologicznymi bazującymi na stereotypach. Tak też Stu będzie wyzbytym z jakichkolwiek innych cech lewicowcem, wciąż odnoszącym się do ruchów non-violence i medytacji (był tak przekoloryzowany, że nawet mimo moich inklinacji nie potrafiłem się z nim utożsamiać), a Vic grubiańskim, podstarzałym policjantem bez serca, którego swego czasu spokojnie mógłby zagrać Mel Gibson, albo Steven Seagal.

Jedynym co ratuje pisany na kolanie przez Trippera Clancy’ego scenariusz jest chemia między Dave’m BautistąKuamilem Nanjianim. Oczywiście bazuje  ona na znanym – chociażby z tegorocznego, netflixowego “Shafta” – komizmie przeciwności, ale nie sposób nie docenić naturalności z jaką ścierają się słowni nasi bohaterowie. I choć lepszy aktorsko jest tu Kumail, tworzący postać idealnie wpisującą się w jego emploii – skądinąd mam nadzieję, że nie będzie dożywotnio skazany na role kierowców Ubera (vide “The Big Sick”) – to i Bautista udowadnia, że ma potencjał by udźwignąć dramaturgicznie film jako główny protagonista.

Co do samego aspektu komediowego – zaskakująco nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście nie uświadczymy tutaj wyżyn humoru, ale zdarzają się perły – tak jak w przypadku intertekstualnego gagu z “Kiedy Harry poznał Sally”, który jest urokliwie wulgarny. Nie jest to jednak zasługa lotnych żartów napisanych w scenariuszu, a przebojowości i komicznej brawury dwojga głównych aktorów, wkładających w nawet najbardziej dziecinne sceny (przypominające produkcje Adama Sandlera) całe swoje serce.

Zobacz również: Tekst o “Marzeniach w przestrzeni”

O poziomie najbardziej wtórnego i generycznego filmu roku świadczy w szczególności symptomatyczny wobec poziomu tytuł. “Stuber” bowiem to niesamowicie błyskotliwa gra słów – bo jeśli jeszcze nie załapaliście jest to fuzja imienia głównego bohatera “Stu” i aplikacji “Uber”, pseudonim, który nadał mu jego “zły” szef. I o ile nawet w scenariuszu ten żart ma wypaść pretensjonalnie, to idealnie komentuje film, który miał być czymś udanym i świeżym – a podobnie jak w przypadku rzekomo “zabawnego” pseudonimu, po prostu nie wyszedł.

2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.