Advertisement
FelietonyPublicystyka

Historyk w mieście grzechu [FELIETON]

Maciej Kędziora

Rok 2006 stał pod znakiem masowych wycieczek na seanse i pełnych zbulwersowanych głosów dyskusji związanych z premierą kinową Kodu da Vinci – finalnie plasującego się na drugim miejscu światowego box office’u tamtego roku. To prawdziwe szaleństwo, dziś już trochę zapomniane, ugruntowało Dana Browna w pozycji unikatowej na rynku światowej literatury – króla teorii spiskowych i prozy kryminalno-przygodowej (śmiem nawet twierdzić, że dzierżył ją do czasu spopularyzowania internetowych forów skupiających fanów najbardziej kuriozalnych tez). Dzisiejszy tekst to próba powrotu do jednego z głośniejszych dyptyków kina postmilenialnego oraz trzeciej, mniej udanej i proporcjonalnie mniej popularnej, części opowieści o Robercie Langdonie, wiecznie ściganym profesorze historii sztuki.

Dan Brown w wielu wywiadach i opowieściach o tworzeniu swoich dzieł snuje historię o kreacji Langdona, złożonego z trzech rzeczywistych postaci. Pierwszą, od której zaczerpnął nazwisko, był profesor John Langdon, szczególnie znany ze swoich zdolności do tworzenia ambigramów (i ten aspekt wpisał w charakterologiczny rys protagonisty, w końcu ambigramem była nazwa Iluminatów w Aniołach i demonach). Drugą, od której zaczerpnął dostojność i racjonalizm w kontekście duchowości i teologicznych sporów, był Joseph Campbell, wykładowca komparatystyki religijnej i mitologicznej. Wreszcie, trzecią składową był sam autor, kreujący Langdona na wzór wymarzonej wersji siebie.

Wydaje się, że w przedstawianiu procesu kreacji bohatera Brown myśli o innym wzorze, zakorzenionym w amerykańskiej popkulturze: Indiana Jonesie. Cech wspólnych jest wiele, od pełnionej formalnie funkcji wykładowcy przez absolutną wszechwiedzę na tematy historyczne aż do wyglądu. Co do tego ostatniego fanowska wikipedia serii Langdonowskiej opisuje go jako “Harrisona Forda w tweedowej marynarce” – chyba nic więcej nie muszę dodawać.

Oglądając ponownie filmowe adaptacje, a zwłaszcza Anioły i demony, skojarzenia ze spielbergowskim archeologiem jeszcze bardziej się nasiliły. Ron Howard, znany hollywoodzki rzemieślnik, wydaje się tworzyć tutaj nie tyle inteligencką, co snobistyczną wersję klasyka nowej przygody. Szczególnie widać to właśnie w postaci protagonisty, operującego kodem kulturowym przeznaczonym jedynie dla ludzi z najwyższych sfer; niech świadectwem będzie scena z Kodu da Vinci, gdy ten niedoświadczony wtenczas w bojach szpiegowskich naukowiec, sprawnie odpowiada na pytania o herbacianą kulturę picia zadawane głosem podekscytowanego Iana McKellana.

Przeczytaj również:  Coca Cola jest napojem socjalistycznym. Omówienie "Good bye Lenin" Wolfganga Beckera

Langdon przez trzy części pozostanie w większej mierze niewzruszony swoim losem, wrzucającym go wciąż na trop mistycznych grup i pilnie strzeżonych sekretów. Fakt, w trakcie śledztwa o prawdziwą tożsamość obrazu Leonarda i mordercy z Luwru bywa momentami zlękniony i z czasem, na przestrzeni kolejnych produkcji tego strachu się wyzbywa, ale główny rys charakterologiczny, inteligenckiego stoika, pozostał na przestrzeni książek i ekranizacji nietknięty.

Równie niewzruszony na działania Langdona w filmach pozostaje świat, który nawet nie słyszy o jego przygodach. To właśnie zawsze najbardziej fascynowało mnie w historiach o historyku sztuki – fakt, że jego aktywność i ustalenia prawie nigdy nie wychodzą na jaw. Czy to odkrycie “sekretów kleru” w Kodzie…, czy prawdziwej twarzy Kamerlinga granego przez Ewana McGregora, który został w uniwersum filmu wzniesiony na ołtarze. Profesor pod koniec Inferno stał się tak naprawdę największym powiernikiem prawdy wszechświata, a ja – zapewne nie doczekawszy się spełnienia swoich marzeń – nadal nie mogę się doczekać części, w której Tom Hanks zgodnie z akademickim powołaniem, ujawnia wszystkie odkryte przez lata żywota i pracy tajemnice.

 

Dan Brown, kreując postać znakomicie wpisującą się we współczesny archetyp detektywa (często przypominając jego portret opisywany w Etnologu w mieście grzechu Czubaja), oraz osadzając ją w realiach teorii spiskowych, w pełni korzystał z miłości do tych teorii sporej grupy ludzi, obecnie zapętlającej i analizującej nagrania różnych typu spraw true crime. Na jego korzyść działał również nadal ograniczony dostęp do szybkiego internetu, przez co niektóre tezy, szybko zresztą obalone przez naukowców i publicystów (w tym Kod da Vinci i Anioły i demony zostały obnażone w specjalnie poświęconych im dokumentach!), zostały przyjęte ex cathedra.

Urok opowieści o Langdonie polegał również na znakomitych kontekstach historycznych. One, w połączeniu z dostępem do często faktycznych lokacji, umożliwiły Howardowi wespół z pisarzem skonstruowanie faktycznych miast grzechu i zamknięcie ich w antycznej zasadzie jednego dnia na czas akcji (stąd też swego czasu narodził się pomysł by Kod… zekranizować jako sezon kultowego, amerykańskiego serialu 24). Ich obrazy żywią się bogactwem Paryża, Watykanu czy Florencji, z istnym pietyzmem traktując i opisując (piórem bądź kamerą) każdy, nawet najmniejszy szczegół urbanistyczny i architektoniczny danego miejsca.

Przeczytaj również:  Anielska podróż w świat żywych. Omówienie "Nieba nad Berlinem" Wima Wendersa

Z rozmysłem w opisach postaci Langdona i kreacji miejsc mało wspominam o Inferno. Nie chodzi wbrew pozorom o sam zamysł sięgania po Piekło Dantego, gdyż Boska komedia jest zdecydowanie jedną z najciekawszych lektur. Nie chodzi również o ważny, acz tu niestety trawestowany, wątek zmierzającej zagłady w postaci katastrofy klimatycznej. W Inferno – zarówno filmowym, jak i literackim – uwiera wszechobecny kicz: czy to w efektach specjalnych, czy też w samym zamyśle narracyjnym.

Znamienne, że jedynym, co pozostało z ostatniej adaptacji serii Browna, jest historia związana z jego tłumaczeniem, brzmiąca zresztą jak jedna z przygód, w które Brown mógł wpakować Langdona. Oto 11 tłumaczy zostało zamkniętych w tajnym bunkrze w Mediolanie gdzie przez dwa miesiące, siedem dni w tygodniu, tłumaczyli przedostanią z dotychczasowych opowieści o słynnym symboliście. Ta radykalna decyzja wydawnictwa nie mogła przejść bez echa i choć sami zatrudnieni nie narzekali, a nawet zachwalali immersję i zaaranżowany podziemnie kolektyw, niedziwne, że stała się ona inspiracją do nakręcenia filmu o sile słowa i wolności artystycznej.

Kod Dedala wypełni pustkę, którą zostawił Langdon, odchodząc na ekranową emeryturę. Zagospodaruje miejsce ciągłych zwrotów akcji, literackich nawiązań, pozbywając się jednocześnie najgorszej części całości – ręki Rona Howarda. I choć tak sam Brown, jak i Inferno w filmie się nie pojawiają, nad stolikami tłumaczy unosi się pewien artystyczny duch słynnego pisarza – a w małym stężeniu Brown więcej wnosi, niż zabiera.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.