“Ciemno, prawie noc”, czyli Film, prawie dobry [RECENZJA]

W tym czarnym, czarnym lesie jest czarny, czarny dom – w rytm tej koszmarnej rymowanki rzuca się przez sen w swoim rodzinnym domu Alicja Tabor. Mara nocna nawiedza ją po raz kolejny, przypominając traumatyczne dzieciństwo, znaczone chorobą psychiczną matki i obsesją ojca, szukającego zakopanych pereł księżnej Daisy. Niestety nie tylko ona będzie prześladowana przez zjawy, bo i ja od czasu seansu nie potrafię wyrzucić z głowy obrazów szaleńczej kakofonii twórczej Borysa Lankosza.

Ciemno, prawie noc śledzi losy protagonistki próbującej ustalić los zaginionej w krótkim odstępie czasu trójki dzieci. Oczywiście powrót w domowe strony będzie wiązał się również z innymi problemami Alicji – rozdrapywaniem zagojonych ran, odkrywaniem kolejnych sekretów familii i bliskich, a także zmusi ją do stawienia czoła realiom wałbrzyskiej biedoty.  Toteż podczas porannego joggingu natknie się na bezdomną kociarę (postać z pogranicza świata rzeczywistego i mitycznego), która zaproponuje jej koci chrupkę, od starego sąsiada Alberta usłyszy długą historię jego dzieciństwa, a od Marii Waszkiewicz usłyszy, że musi stąd uciekać.

Niestety śledztwo Alicji jest nim tylko na papierze. Trudno bowiem wskazać jakąkolwiek podjętą przez nią czynność, która skutkuje czymś pozytywnym – na zadawane przez nią pytania nigdy nie otrzyma odpowiedzi (by nie być gołosłownym przytoczę fragment dialogu z jedną z matek – “Jakie programy w telewizji ogląda pani córka?/Zwykłe, takie/ A jakieś szczególne?/ No bajki no/ To musi pani mało spać../Chyba nie ma pani dzieci/Muszę już iść”), większość jej zachowań balansuje między irracjonalizmem, a brakiem jakiegokolwiek umotywowania (pojawiający się dosłownie znikąd wątek erotyczny z Marcinem Schwartzem), a rzeczy, które robi są całkowicie bezcelowe, toteż gdy ogłasza w połowie filmu, że zebrała już cały materiał i wraca do stolicy nieśmiało wybuchamy śmiechem, gdyż z tego, co pokazuje Lankosz nie osiągnęła jeszcze nic.

Co więc reżyser “Rewersu” proponuje nam w zamian dochodzenia i próby rozwikłania sprawy zaginięć? Masę nieprowadzących donikąd retrospekcji. Oczywiście powód, dla którego mamy z nimi do czynienia jest jasny – proza Joanny Bator od zawsze przepełniona była wieloma dygresjami, kreślącymi portrety charakterologiczne każdej z postaci. Niestety indolencja inscenizatorska małżeństwa Lankoszów powoduje, że długie opisy Bator są tutaj przełożone na ekran w wymiarze jeden do jednego. I choć Jerzy Trela bardzo się stara, by owe opowieści nam urozmaicić swoim głosem, nadal są one całkowicie bezcelowe. I choć jesteśmy utrzymywani przy nadziei, że doprowadzą one do konkluzji w postaci historii Adalberta Schwartza to gdy już za chwilę mamy ją usłyszeć, dowiadujemy się, że pewne rzeczy powinny zostać przemilczane – co jest równoznaczne z tym, że cały ten wątek był całkowicie niepotrzebny. Bo to, co w wydaniu książkowym skłaniało nas do refleksji na temat duchowości i obcości w relacjach, przełożone na duży ekran wzbudza w widzu jedynie frustrację.

Lankosz czerpie tutaj garściami z wielu reżyserów – począwszy od “Zodiaka” Davida Finchera (szczególnie inspirując się sceną w piwnicy), przez trzeci sezon Twin Peaks – gdzie kociary wyglądają jak żywcem wyciągnięte z ósmego odcinka, aż do stylistyki będącej mieszanką Stricklanda i von Triera. Niestety, mnogość inspiracji twórcy “Ziarna prawdy” przyczynia się do tego, że nie otrzymujemy nic, co przełamuje gatunkowe schematy. Brak autorskiego spojrzenia przyczyni się również do największej bolączki całej produkcji – zbyt kurczowego trzymania się literackiego pierwowzoru. Proza Bator, przez swoją groteskowość i nietypową narrację nie jest filmowym samograjem i wymaga twórczej świadomości, a na swoje nieszczęście Lankosz próbuje przełożyć ją słowo w słowo na ekran, co skutkuje fatalnymi dialogami, papierowymi bohaterami i niezrozumiałymi decyzjami postaci.

Co jednak najbardziej bolesne dla całej produkcji, Lankosz nie jest świadomy swoich warsztatowych braków. Ba – stawia się tutaj na pozycji demiurga co i rusz rzucając górnolotne frazesy, puste bon-moty, prowadząc filozoficzne rozprawy żywcem przepisane od Paulo Coelho, przy których trierowska katabaza z “Domu, który zbudował Jack” jawi się jako wykład nieletniego podlotka. Trudno o lepszy przykład filmowej grafomanii i pychy, przez który tak ważna i trudna tematyka molestowania i gwałtu zostaje sprowadzona do absurdalnej groteski, a morał zamiast skłonić nas do rozważań, zostaje zaszlachtowany przez koszmarny dobór słów. Nie sposób bowiem inaczej traktować scenę, w której to Magdalena Cielecka mówi “Będę do Ciebie mówić tak długo aż sobie przypomnisz”, by potem przez minutę milczeć.

Najbardziej w tym wszystkim żal aktorów. Magdalena Cielecka jest znakomita w roli straumatyzowanej Tabor, Jerzy Trela stara się jak może, by swoim głosem utrzymać uwagę widza, a Piotr Fronczewski udowadnia, że nadal potrafi wspinać się na wyżyny. Każdy próbuje tutaj tchnąć życie w nijakie postacie, uratować honor całej produkcji. Niestety ich starania zostaną szybko zamordowane przez wyrwane z innej bajki dźwięki muzyki Marcina Stańczyka, dzięki któremu “Ciemno, prawie noc” może spokojnie konkurować z “Moim pięknym synem” jeśli chodzi o najmniej pasujący soundtrack w 2019 w naszych kinach. Na osłodę pozostają jedynie piękne zdjęcia Marcina Koszałki, szkoda, że tak często okraszone pustymi monologami.

Gdy Lankosz pod koniec filmu przypomina sobie, że tworzy kryminał i znikąd (a właściwie przez wykorzystanie tradycyjnego Dorociński Ex Machina) ukazuje rozwiązanie całej sprawy kotojadów, trudno nie załamać rąk, gdyż po raz kolejny projekt z tak wielkim potencjałem i świetnym pierwowzorem spalił całkowicie na panewce. Choć trudno winić reżysera za sam epilog, bo jak pisała Bator Czasem skręca się w jakąś stronę tylko dlatego, że trzeba iść do przodu, choć wszystkie drogi wydają się równie beznadziejne.

1.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.