“Dumbo”, czyli słoń w stroju disco-barokowym [RECENZJA]

Rok 1919. Świat powoli oswaja się z zawartym w Wersalu pokojem kończącym pierwszą wojnę światową. Pokój oznacza jednak nie tylko zaprzestanie otwartej walki, ale również zmusza ludzi do powrotu do codzienności, często oczekując od nich całkowitego wyparcia z pamięci obrazów z frontu, swoistej akceptacji statusu quo ante bellum. Niestety niektóre skutki są nieodwracalne – Kapitan Holt Ferrier wraca do dzieci bez ręki, by dowiedzieć się, że jego żona stała się ofiarą epidemii hiszpanki, antagonizmy społeczne i żądza krwi jest nadal wszechobecna, a napięcia na tle klasowo-warstwowym nasilają się. Nic dziwnego, że ludzie poszukują pozytywnego impulsu, a w tym swojej szansy upatruje Max Medici wraz z trupą cyrkową. Nie spodziewa się jednak, że kluczem do jego sukcesu będzie latający słoń, Dumbo.

Zobacz również: „Leaving Neverland”, czyli koniec z iluzją [RECENZJA]

Nie będzie to jednak afirmacja cyrkowego życia, gdyż zewsząd wylewa się mrok i rozpacz – od skatowanych zwierząt, przez zatrważającą biedę, aż do samych przedstawień jawiących się bardziej jak demoniczny freak show niż rozrywka dla najmłodszych. Jedyne co pozostanie naszym bohaterom to marzyć – Holtowi o ponownym wskoczeniu na siodło, Mediciemu o sławie, Milly Ferrier o wyrwaniu się z rutyny życia i zostaniu następną Curie-Skłodowską, a samemu Dumbo o powrocie do odebranej mu matki.

Kiedy jednak oczekiwany przez wszystkich punkt zwrotny nadejdzie i zdjęcia latającego słonia obiegną świat, na horyzoncie pojawi się krwiożerczy król rozrywki V.A. Vandermere, który składa propozycję nie do odrzucenia i inkorporuje rodzinny biznes Mediciego, czyniąc go wiceprezesem swojej korporacji. Niestety obietnice szklanych domów okazują się obłudą, a Dumbo w rękach właściciela parku rozrywki stanie się eksploatowaną maszynką do zarabiania, podczas gdy reszta mniej znanych artystów zostanie wyrzucona z pracy.

Tim Burton, do czego zdążył nas już w swojej twórczości przyzwyczaić, podejmuje temat społecznej alienacji i stygmatyzacji. Dumbo do czasu ukazania swoich nadnaturalnych zdolności jest obiektem drwin i prześladowań, Holt nie potrafi dogadać się ze swoimi dziećmi przez blokady emocjonalne, a w Milly i jej naukową karierę nie wierzy nikt, przez sam fakt tego, że jest kobietą. Do tego – i tak już ciężkiego gatunkowo tematu – twórca “Edwarda Nożycorękiego” dokłada wątek handlu ludźmi (historia Collette zmuszonej do związku z Vandermerem), znęcania się nad zwierzętami, a w pewnym momencie zacznie rozprawę nad moralnością samej branży cyrkowej.

Zobacz również: Jagoda Szelc: „Ludzie boją się, że im kradnę rozkosz” [WYWIAD]

Jednak sam fakt podejmowania tak trudnych i pozornie nieprzystępnych dla dzieci tematów, nie oznacza, że Dumbo nie jest skierowany do najmłodszych. Wręcz przeciwnie – Burton po raz pierwszy decyduje się ograniczyć swój katastrofizm i mrok, by trafić do jak najszerszego grona odbiorców. A to, że udaje mu się do historii wpleść morał o konieczności poszanowania praw zwierząt (w szczególności prawa do wolności) działa tylko na jego korzyść.

Ograniczenie mroku pozwoliło Burtonowi na rozwinięcie swoich artystycznych skrzydeł i zaprojektowanie jednego z najpiękniejszych światów w swojej karierze. Od magicznego świata rozrywki, przy którym Disneyland to miejski plac zabaw, przez iście barokowe stylizacje i kostiumy, aż do choreografii, których pozazdrościć mógłby Circus De Solei. Ta niespotykana od dawna świeżość w twórczości autora “Batmana” przypominała czasy, gdy z każdą jego nową produkcją rewolucjonizował on gatunki i re-definiował kinematografię. A także pozwoliła mi uwierzyć w zasadność powstawania disnejowskich remake’ów.

Burton nie byłby sobą, gdyby nie pozostał wierny swoim umiłowanym aktorom. Bo choć w głównego bohatera wciela się nie Johnny Depp, a nowy w uniwersum Colin Farrell, to na drugim planie spotkamy znane twarze – szaleńczego Michaela Keatona (znamienne są tutaj reminiscencje jego roli z “Soku z żuka”), Danego DeVito i perfekcyjnie rozumiejącej wizję reżysera Evę Green. Co jednak ważniejsze i pozytywnie zaskakujące, pomimo korzystania ze sprawdzonej obsady, wreszcie udało się stworzyć poczucie czegoś nowego, a nie kreować te same postaci i dokonywać warsztatowych repetycji. I tej świeżości bardzo brakowało w wielu wcześniejszych filmach twórcy Dumbo.

Trudno nie podjąć również próby porównania burtonowskiej wersji z oryginałem – Po raz pierwszy w historii reinterpretacji kultowych produkcji markowanych nazwiskiem Walta Disneya, to ta nowsza wydaje się być mi bliższa. Może ze względu na bardziej wyrazisty, pro-zwierzęcy wydźwięk całej opowieści, a może przez humanizowanie całej opowieści – gdzie dramat ludzki świetnie uzupełnia dramat tytułowego bohatera.

Zobacz również: „To my” – America U.S. [RECENZJA]

Kluczowy jest również aspekt samego CGI, gdyż Dumbo jest prawdopodobnie najlepszym, najbardziej realnym animowanym słoniem jakiego widziałem na ekranie. Od samego początku, gdy nieporadnie zrzuca sobie z głowy sianko, kupuje nasze serca. Trudno bowiem, patrząc mu w słodkie oczy, nie trzymać kciuków za jego sukces i za to, by mógł wrócić do umiłowanej matki (geniusz Burtona tkwi w tym, że grając na emocjach równie mocno co Holtowi i jego familii współczujemy naszemu słoniątku). I podobnie jak dzieciaki w filmie szturmowały pólki sklepowe Vanderemere’a, tak samo po seansie najnowszej produkcji Disneya każdy będzie chciał mieć Dumbo jako przytulankę – nieskrywanie powiem, że 10 lat temu na pewno zaliczałbym się do tego grona.

Jeśli macie młodszego brata lub siostrę, którzy czują się krzywdzeni przez swoich rówieśników, wyszydzani ze względu na swój wygląd, bądź czują się jakby nie pasowali do otaczającego ich świata, weźcie ich na Dumbo, bo od dawna w kinie nie było produkcji, która tak nienachalnie opowiada o tym, że każdy zasługuje na szacunek i na to, by być kochanym. Bo można mieć wielkie, nieproporcjonalne uszy, ale czasem dzięki tym wadom stajemy się faktycznie piękni.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.