„W rytmie Kuby”, czyli misja uJAZZowienia kraju Castro [RECENZJA]
Kiedy 17 grudnia 2014 roku Barack Obama i Raul Castro ogłosili ponowne wznowienie kontaktów dyplomatycznych, Ben Jaffe uświadomił sobie, że wreszcie będzie mógł spełnić swoje marzenie i zabrać Preservation Hall Jazz Band na trasę koncertową po bardzo bliskim mu kraju. Wreszcie będzie mógł poczuć klimat congi, hawańskich rytmów i muzycznej miłości obecnej jedynie w Santiago. O tym spełniającym się śnie jednego z najbardziej zasłużonych dla Nowego Orleanu muzyków opowiada W rytmie Kuby.
Zobacz również: „Tranzyt”, czyli wojna i tęsknota we współczesnej Francji [RECENZJA]
Na początku jednak krótki rys historyczny o samym jazz bandzie. Został on założony przez tubistę Allana Jaffee, który po przeprowadzce do stanu Luizjana za misję postawił sobie uratowanie zbłąkanych dusz najbardziej utalentowanych muzyków z całego „Big Easy”. Dlatego też kiedy objął stanowisko zarządzcy Preservation Hall, zdecydował się przekształcić go w melodyjną oazę wyzwolenia artystycznego. Na deskach Hallu grali najwybitniejsi muzycy swoich czasów, tacy jak George Lewis, De De Pierce i Sweet Emma Barrett. Po śmierci Jaffee’ego o dziedzictwo tego miejsca zaczął dbać jego syn, Ben, próbując niejako redefiniować jazz – zapraszając do współpracy Foo Fighters i Arcade Fire, a także kultywować ten piękny gatunek i go rozpropagowywać. W ten sposób dochodzi do samej wyprawy na Kubę i próbie jej ujazzownienia.

Sam sposób opowiedzenia historii wyprawy do kraju Castro, jest dość podręcznikowym przykładem zapisu trasy koncertowej. Ot – otrzymujemy połączenie samych wykonów na żywo, poznawania lokalesów, wraz z ich zwyczajami, a także mamy okazje zapoznać się z historiami najważniejszych dla Jaffe’ego muzyków z zespołu – tych, którzy przyczynili się do jego rozwoju duchowego i muzykalnego; a także tych, którym w jakiś sposób pomógł na swojej drodze. Wszystko spaja postać samego Bena, a właściwie jego wykład o pielęgnowaniu tradycji, dziedzictwie jego ojca i zbawiennej mocy jazzu.
Nie dostajemy jednak typowego przykładu martyrologicznego dokumentu ze Stanów Zjednoczonych, gdzie główni bohaterowie przyjeżdżają i zbawiają pogrążony w biedzie i uciemiężony przez autorytarne rządy kraj. Relacja między Preservation Hall i Kubańczykami opiera się bardziej na artystycznej symbiozie – ci pierwsi przywożą im specjalne instrumenty, ci drudzy natomiast odkrywają przed nimi tajniki ich tradycyjnych utworów – czy to w postaci pożółkłych manuskryptów, czy też wierzenia jakie stoją za każdymi nutami, gdyż conga łączy się z religią.
Zobacz również: “Terapia” – Niemiecki thriller w Sudetach [RECENZJA]
W rytmie Kuby w bardzo subtelny sposób odkrywa przed nami historie żyć prostych ludzi, którzy nie tylko muzyką żyją, ale również są w stanie oddać jej całego siebie. Dość wspomnieć historię kubańskiego lutnika, który mimo braku środków do życia, nadal próbuje konstruować instrumenty, by tradycyjna melodia z Hawany nadal mogła cieszyć serca mieszkańców. I w tych właśnie pojedynczych opowieściach film T.G. Herringtona ujawnia swój niepowtarzalny klimat, który jest przesiąknięty zapachem cygara i miłością do tego nadal nieodkrytego kulturowo kraju.

Narracja nie wytrąca tempa również przez barwność muzyków z Preservation Hall, a w szczególności samego Bena, który przed obiektywem kamery jeszcze bardziej się otwiera, kreśląc wzruszający portret swoich rodziców, będących jednocześnie mecenasami kultury, humanistami i nowo-orleańskimi patriotami. Rzadko kiedy w dokumencie poruszającym tematykę sztuki i śledzącym losy uznanych ludzi, nie mamy poczucia, że oglądamy pewne marketingowe kreacje – tutaj każda postać jest do bólu szczera, zafascynowana i wdzięczna losowi za możliwość spełnienia marzeń. Możliwość, przy której zapomina się o odciskach od klarnetu, opuchliznach po godzinach spędzonych na trenowaniu solówek na saksofonie, czy powyginanych od gry na pianinie palcach.
Zobacz również: “Pewnego dnia”, czyli w pułapce zwyczajności [RECENZJA]
Oczywiście Harrington nie zapomina, że w filmie o muzyce kluczowym jest ukazywanie powstawania pewnych aranżacji. Tu objawia się jego geniusz – narodziny poszczególnych kawałków składają się z pojedynczych dźwięków wyłapanych na ulicach; od stepującego na połamanej puszce chłopaka, przez pojedyncze półnuty wydobywające się z tuby, aż do uderzeń ręką w stół. Dzięki temu mamy poczucie, że melodia towarzyszy Kubańczykom nie tylko w chwilach występów, ale jest dla nich całym życiem.
Dzieło Harringtona koresponduje ze znakomitym „Buena Vista Social Club”, ponownie dokumentując pasję jaką mają ludzie do muzyki. I choć reżyser nie kryje się z nawiązaniami do filmu Wendersa, czuć tu również klimat innej bardzo ważnej produkcji podejmującej temat tworzenia i komponowania, czyli „Muzykantów” Karabasza. Podobnie jak nasz mistrz, Harrington daje artystom po prostu być sobą i cieszyć się chwilą i samym procesem dochodzenia do perfekcji.

W rytmie Kuby podobnie jak muzyka jazzowa, został niejako zepchnięty na boczny tor, gdzie na palcach jednej ręki można policzyć kina, w jakich można ten mały, piękny film zobaczyć. Ale jeśli, niczym Ben Affee z zespołem, macie okazje zanurzyć się w hawańskich klimatach siedząc przed wielkim ekranem, dajcie się rozpieścić. Bo dzięki temu zobaczycie, że istnieje inna twarz Kuby niż ta Che Guevary.
Krytyk filmowy zajmujący się popularyzacją rodzimej kinematografii oraz jej historią. Studiuje na Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ, publikuje w "Ekranach" i "Kinie". Prowadzi podcasty Filmawki, a także swoją stronę "Zapiski na bilecie.