Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Demony prerii”, czyli “Winds of change” [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. materiały promocyjne, Velvet Spoon
Opętany pastor, opuszczony dom na środku prerii, nowi sąsiedzi, przytłaczająca samotność, oraz dziwne odgłosy po zmroku. Jeśli to wszystko brzmi dla Was jak wymarzony materiał scenariuszowy pod horror, to Demony prerii nadciągają do kin już za chwilę. Jeśli nie, to bądźcie pewni, że debiutanckie dzieło Emmy Tammi przekona Was, że jesteście w błędzie.

Demony prerii wrzucają nas w sam środek akcji. Oto w długim, statycznym kadrze, powoli z ciemnej, drewnianej chaty, wyłania się zakrwawiona Elizabeth, trzymając martwe dziecko. Bez płaczu, bez cierpienia, na twarzy wymalowany jest tylko szok, zdrętwienie. Podobnie wśród dwóch świadków – męża Lizzy, Isaaca (imię biblijne jest tu kluczowe), a także niedoszłego ojca Gideona Harpera. Chwilę później zostanie ono pochowane wraz z matką Emmą, o której początkowo Tammi opowiada jedynie kadrami, ukazując śmiertelną ranę postrzałową.

Nie spodziewajcie się, że pytania, które rodzą się w trakcie seansu, uzyskają szybką odpowiedź. Emma Tammi będzie rozwiewać tajemnice swojego debiutu powoli, w sposób radykalnie achronologiczny, przeplatający ze sobą trzy, czasem cztery linie czasowe, zazwyczaj trudne do zidentyfikowania przez widza. Wprowadza to bardzo niepokojący rytm seansu, gdy z każdym cięciem zastanawiamy się, który etap historii oglądamy i choć oczywiście są pewne weryfikatory jak ubrania czy fryzury, z czasem zatracamy się w opowieści niczym główna bohaterka i przestajemy czuć chęć odpowiedzi na pytania “czasoprzestrzenne”.

Reżyserkę najbardziej interesuje postać Lizzy, to z nią spędzimy najwięcej czasu, to ona będzie naszym przewodnikiem po świecie szaleństw i samotności amerykańskich pustkowi. Wydaje się, że tylko ona zauważa ich prawdziwą duszę – potwory czyhające za rogiem, kroczące za ludźmi cienie, a także monstra, którym oddaje się swoje dusze. Nie ma w tym jednak nic dziwnego; tylko ona przeczytała ulotkę Demony prerii ostrzegającą mieszkańców przed niebezpieczeństwami, które przychodzą po zmroku.

Przeczytaj również:  "A potem tańczyliśmy" – Express yourself [RECENZJA]
fot. materiały promocyjne Velvet Spoon

Z czasem jej fascynację mitologią miejsca przejmie Emma, stopniowo osuwając się w szaleństwo, związane ze strachem czy też potworami, których imiona wykrzykuje w nocy. Jej opętanie nie skończy się nawet po śmierci, wówczas będzie nachodzić Elizabeth w nocy, prześladując ją  w koszmarach jako pogrobowy duch, symbol uciskającego główną bohaterkę sumienia.

Tammi porusza się w ikonografii bardzo typowej dla horroru – gravid obsoleta, inaczej “ciąży obumarłej”. Podobnie jak w Dziecku Rosemary, czy filmach Andrzeja Żuławskiego (w szczególności Opętaniu z Isabel Adjiani), to ciąża będzie popychała główne bohaterki w zwątpienie i szaleństwo. Nie oznacza to jednak, że reżyserka nic do utartego schematu nie dodaje – łącząc utartą konwencję z całkowicie zapomnianymi dla horroru realiami dzikiego Zachodu przypominającego scenerię z Dyliżansu, osiąga efekt niespotykany, fascynujący i – co rzadkie w horrorach arthouse’owych – prawdziwie przerażający.

Odwołuje się ona również do jednego z najbardziej pierwotnych lęków człowieka, strachu przed żywiołami. Jak sygnalizuje ona w paru scenach, a także angielskim tytułem “Wiatr”, to właśnie nocne podmuchy powietrza będą budowały sferę zgrozy. Kto bowiem, będąc zmuszonym do spędzania samotnych nocy na bezludziu, nie przeraziłby się ogromnej wichury tłukącej szyby, otwierającej drzwi i przewracającej książki? Stąd też bliskość i zrozumienie jakim otaczamy Lizzy, znacznie większe niż bohaterkę graną przez Mię Farrow w klasyku Polańskiego.

Demony prerii płynnie operują kontrastami (tu wyróżnić należy idealnie wyważony montaż, płynnie przeskakujący między powolnymi ujęciami, a tymi pełnymi dynamiki) i konwencjami gatunkowymi. Tammi czerpie garściami nie tylko z horrorów, ale także z westernów, dramatów psychologicznych, oraz filmów o tematyce paranormalnej. Przypomina w tym aspekcie Czarownicę Roberta Eggersa, równie mocno zanurzoną  w folklorze i wierzeniach pierwotnych – które jak pokazuje reżyserka, rezonują nawet po średniowieczu.

Przeczytaj również:  “Asystentka” – Najlepszy film o Weinsteinie [RECENZJA]
fot. materiały promocyjne Velvet Spoon

Wielkie brawa należą się szczególnie Caitlin Gerard, która wreszcie, w niskobudżetowym, artystycznym horrorze, udowodniła, że można wykreować wielopłaszczyznową psychologicznie postać i jednocześnie zagrać ją na najwyższej aktorskiej nocie. To dzięki niej wierzymy w szaleństwo Lizzy, jej stopniową ekranową przemianę, burzenie się jej codziennego świata. A po pierwszej sekwencji przepełnionej akcją, pomyślałem nawet, że w sequelu Cichego miejsca wolałbym widzieć w roli głównej ją, a nie Emily Blunt.

Demony prerii nie dają nam ujścia, nie pozwalają na wyzwolenie się kłębiących emocji. Tammi pozostawia nas samemu, jak swoją główną bohaterkę – to my musimy mierzyć się z demonami, jaki pozostawi w naszej podświadomości jej debiut. I, co jest świadectwem kina grozy najwyższej próby, pewne pojedyncze kadry pozostaną w widzu przez bardzo długi czas. Taki ot, pełen zgrozy, “Wind of change”.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"To przychodzi po zmroku", "Czarownicę, bajkę ludową z Nowej Anglii"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.