“Pan T.”, czyli pocztówka z Warszawy [RECENZJA]

Uczesane włosy z lśniącą pozostałością po żelu, czarne okulary zasłaniające nie tylko zmęczone po nocnym życiu oczy, ale i pełne wyższości spojrzenia. Wychudzona twarz z pięknie zmarszczonymi policzkami, uwydatniającymi dość smukłe wargi. Podniesiony kołnierz zachwycającego elegancją płaszcza dopełnia wygląd zblazowanego amanta, którego nazwiska boi się wymieniać nawet reżyser. I choć wszyscy go znają, poprzestają na pseudonimie Pan T., którego nie waży się rozwinąć nawet miłościwie panujący Bolesław Bierut. Bowiem Pan T. to nie tylko znudzony casanova, uznany pisarz, ale i stąpająca po śródmiejskich ulicach żywa ikona, która może w stolicy zrobić wszystko, nie mając jednocześnie nic.

“Pan T.” to dość krótki wycinek z życia tytułowego bohatera. Parę posiadówek, spacerów, rozmów, nalotów Urzędu Bezpieczeństwa. Norma życia artysty na początku lat 50-tych w wciąż kształtującej się Polsce Ludowej. W tle górujący nad stolicą Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina, który jawi się na horyzoncie każdej, pogrążonej w ruinie, dzielnicy Warszawy. Wszystko w monochromatycznych kolorach, gdzie “Źli” czają się w cieniu, a “Dobrzy” zamknięci w pokojach hotelowych cierpią, nie robiąc nic.

“Leżę na łóżku, przyjaźnię się z sufitem i męczy mnie świadomość, jak wiele rzeczy w życiu potrafiłbym dobrze robić.”

Należy nareszcie odkryć chyba najbardziej oczywistą tajemnicę filmu Marcina Krzyształowicza i napisać, że tytułowy, mocno zblazowany bohater, to tak naprawdę ekranowa inkarnacja Leopolda Tyrmanda, jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. Konkretniej, Tyrmanda w okresie tworzenia najbliższego memu sercu dzieła, czyli “Dziennika 1954”, bolesnej wiwisekcji bierutowskich lat w postaci notek, zapisków na marginesie i opowieści towarzyskich, których nie powstydziłby się Truman Capote.

Zresztą inspiracja i stylizacja na “Dziennik” jest również znakomitym usprawiedliwieniem filmowych pseudonimów, które zastępowały Tyrmandowi faktyczne personalia przyjaciół i znajomych opisywanych na łamach jego głośnego dzieła. To również przyczyni się do bodajże najciekawszej rozgrywki, w jaką reżyser grał z oglądającymi seans – próbującymi jednocześnie wychwycić i odkryć prawdziwe tożsamości ekranowych kreacji. I tak Zbyszek grany przez Jacka Braciaka, jest faktycznym Zbyszkiem, tyle że Herbertem, a pojawiający się na chwilę u głównego bohatera Kisiel to oczywiście Stefan Kisielewski. Podobnie z nowo powstałym tygodnikiem dla katolickiej inteligencji, znanym nam jako Tygodnik Powszechny.


Zobacz również: “Niewiarygodne”, a stało się naprawdę

Muszę jednak zaznaczyć, że gra w odnajdywanie i odkrywanie kart Krzyształowicza to jedynie wisienka na torcie konstrukcji fabularnej “Pana T.”, który od początku będzie przekraczał granice wszystkich możliwych gatunków. Bo choć najlepszym określeniem byłby chyba komediodramat noir – bo w końcu w tle będzie dział się alegoryczny zamach na górujący, stołeczny monolit przyjaźni radziecko-polskiej – to reżyser tak sprytnie wymyka się rygorowi i ograniczeniom konkretnych stylów, że trudno mu narzucić konkretne ramy; zupełnie jak prozie głównego bohatera.

“Odwieczną istotą i tworzywem filozofii oraz sztuki zawsze były i ciągle są wieloznaczność i ambiwalencja głębi, a nie oczywistość powierzchni.”

Seans “Pana T.” ogląda się na dwóch warstwach. Pierwszą jest ta stricte komediowa – jak chociażby słynna już scena z Bolesławem Bierutem jako zwolennikiem palenia marihuany. Druga ukryta jest w dialogach, zlepkach tyrmandowskich słów, odrealnionych sekwencjach wprowadzających na ekran element pięknej dziwności. Choć już ten komizm i humor zapewniają genialny seans, bo Pan T. jest bezczelnie zabawnym, neurotycznym bon vivantem, to dopiero sięgając głębiej dostrzeżemy geniusz opowieści Krzyształowicza i Gołdy.

Przykładem niech będzie najpiękniejsza sekwencja filmu, dziejąca się w klubie jazzowym, do którego Pan T. zabiera swojego sąsiada Filaka, całkowicie zafascynowanego twórczością żywej legendy. Reżyser rezygnuje wówczas ze słów, zawieszając kamerę na twarzy Sebastiana Stankiewicza i zawierza resztę saksofonowi Michała Urbaniaka. Za każdym taktem improwizacji stoi wolność, wyzwolenie, piękno życia. Gdy na twarzy Filaka pojawia się łza wzruszenia, uświadamiamy sobie, że w świecie komediowych opowieści o czasach socjalistycznych, Krzyształowicz jako pierwszy zdecydował się sięgnąć po serce widza ukazując piękno jakim była muzyka przez władzę uznawana za rewolucyjną. Nie sili się na eksplikację, dosłowność – po prostu pozwala nam odpłynąć do Nirwany, pozwolić uciec od bolączek codzienności.

“Prosta prawda, że elegancja to nie to samo, co kosztowne naśladownictwo bieżącej mody, że elegancja to własne sympatie, uwydatnione w dobrze dobranym do własnej osoby ubraniu.”

Rok 2019 w kinematografii stoi pod znakiem listów miłosnych do przeszłości. Almodóvar napisał list miłosny do swojego dzieciństwa w “Bólu i blasku”, Quentin Tarantino do lat 60-tych w “Pewnego razu w Hollywood”, a Marcin Krzyształowicz do ciężkich lat stalinowskich.


Zobacz również: Serial w bardzo angielskim stylu

Podobnie jak pozostali reżyserzy, w trakcie tworzenia listu miłosnego zdecydował się na wykorzystanie wielu cytatów i stylizacji. Mamy tu klasyczne hollywoodzkie ujęcie z boku ukazujące samochód prowadzony z gracją przez Małgorzatę Sochę, wiele inspiracji prozą samego Leopolda Tyrmanda, fotografiami Tadeusza Rolke (znamienna ostatnia stopklatka), czy wreszcie silną inspirację dwoma filmami: “Słodkim życiem” Felliniego, oraz – a może przede wszystkim – “Wielkim Pięknem” Paolo Sorrentino, nie tylko w sposobie narracji i zabawy formą filmową, ale i kreowania zblazowanego, inteligenckiego głównego bohatera.

Mnogość cytatów nie powoduje jednak zawrotu głowy i nie męczy. Mimo tego, że Krzyształowicz często sięga po stylizacje, ani przez chwilę nie przestaje być prawdziwym, kinowym estetą, co jak często powtarzał wspomniany wcześniej Capote, jest w światku artystycznym rzadkością.

Zachwycającą stronę wizualną najłatwiej opisać jednym epitetem: elegancka. Każdy dogłębnie przemyślany kadr można byłoby zawiesić u siebie w pokoju na ścianie, każdy światłocień wzbudza w odbiorcy ekstatyczne dreszcze, a każdy ruch i cięcie wydają się być na miejscu, niczym perfekcyjnie uszyty płaszcz spoczywający na barkach Pawła Wilczaka.

“Ludzie czekający w życiu na coś dzielą się na dwie kategorie: na tych, którzy wiedzą, na co czekają, i na tych, którzy tego nie wiedzą, a tylko czekają.”

Wywołałem Pawła Wilczaka nie bez kozery bowiem to on, mimo moich długich zachwytów nad rolą Kryształowicza w wykreowaniu genialnego dzieła, jest kluczowym elementem układanki. Powracający po dłuższej przerwie do poważnego kina aktor, który poza kamerą przeszedł diametralną transformację fizyczną nijak już nie przypominając tak spojonego z jego personą Tomka z kultowego sitcomu, jest absolutnie zjawiskowy, przez co nie sposób oderwać od niego oczu. Jest równie elegancki co szarmancki, zblazowany co bezczelny i wreszcie znudzony co dynamiczny. Nie potrafię przypomnieć sobie równie zniuansowanej roli neurotyka w polskim kinie; w światowym byłoby łatwiej – nie wątpliwie tę samą formę aktorską przyjmuje do swoich ról Toni Servillo wchodząc na plan u Sorrentino. On sam zresztą w wywiadach podkreśla, że czekał na tego typu rolę, nie wpisującą się w jego emploi, pozwalającą na rozpoczęcie czegoś nowego. I, jeśli ma teraz grać tylko tak jak w “Panu T.” nie mogę się doczekać co przyniesie przyszłość filmografii Pawła Wilczaka.

Kryształowicz resztę ról kreuje w oparciu o kontrasty z Tyrmandem. Filak, w którego wciela się znakomity Stankiewicz, będzie zafascynowany i wycofany w kontakcie ze swoim artystycznym mistrzem, Dagna (Maria Sobocińska) będzie kontrastem pokoleniowym – ona młoda, gniewna, on: w wieku średnim, potwornie zmęczony swoim losem. Nie znaczy to jednak, że drugi plan wypada blado, bo i Stankiewicz i Sobocińska tworzą ciekawe i pamiętne role – podobnie zresztą jak postacie pojawiające się jedynie przez moment na ekranie, od Topy do Balcerowicza.

“Jak pusto, jak pusto, mimo pozorów, że coś się kręci i świeci.”

W jednej z ostatnich scen Tyrmand znów wygląda za okno. Po raz pierwszy jednak nie widzimy tam górującego PKiN-u i gwarnego Śródmieścia, a ruiny i opuszczone rudery. Nikt nie musiał wysadzać Pałacu – Warszawa już jest w zgliszczach. W zgliszczach wydaje się być także główny bohater, zmęczony, znudzony, pozbawiony chęci. Za chwilę napisze “Dobrego”, przejdzie do panteonu polskich pisarzy, znów będzie wychwalany pod niebiosa. Pan T. wie jednak, że finalnie i tak skończy patrzą w sufit – taki ot, los pisarza.


4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.