“Dzień czekolady”, czyli koniec ze słodyczami [RECENZJA]

Od kilku dni wpatruję się w pusty dokument tekstowy i zastanawiam się jak ugryźć tę niebywale niesmaczną tabliczkę czekolady, przypominającą bardziej wyrób kakao-podobny, dołączony do świadectwa z paskiem (który czym prędzej oddaje się młodszemu rodzeństwu), niż przywołującą na myśl dziecięcą beztroskę, wedlowską mieszankę zamkniętą w niepozornej kostce. Z jednej strony chciałoby się skrytykować każdy element tej produkcji, z drugiej każde słowo jawi się jako kolejny gwoźdź do trumny polskiego, aktorskiego kina familijnego. Ale jeśli ma ono wyglądać tak jak Dzień czekolady, to może lepiej by spróbowało zdefiniować siebie na nowo?

Zobacz również: “Black Mirror” – Piąty sezon bez ryzyka, ale i bez nudy [RECENZJA]

Najnowszy film Jacka Piotra Bławuta śledzi przygody dwójki dzieci – Moniki i Dawida – zamieszkujących małomiasteczkowe peryferia. On po śmierci siostry próbuje połączyć na nowo rozbitą rodzinę. Ona za wszelką cenę pragnie wyjechać na Hawaje, gdzie rzekomo zamieszkuje jej babcia (jak ma się okazać, Hawaje to opowieść wymyślona przez rodziców jako metafora śmierci). Pewnego dnia łączą siły  by razem pokonać Wiedźmę, czyli psychoterapeutkę, próbującą przepracować z Moniką żałobę po utracie najbliższej osoby.

Dzień czekolady

Plakat zwiastował pojawienie się wątków nadnaturalnych i rzeczywiście takie się dzieje. Jak bowiem ma się okazać, niczym w parafrazie prozy Lewisa, w Zegarze na strychu Dawida ukrywa się tajemniczy świat, który terroryzuje Wiedźma. Świat ten zamieszkują ludzie z pogranicza baśni i mitu – Skoczek Czasu, będący rodzimą odpowiedzią na Szalonego Kapelusznika, brodaty, posępny kelner i Pożeracze Czasu, którzy muszą konsumować każdą przeżytą przez ludzi minutę. Problem w tym, że sama historia drugiej strony zegara jest sprowadzona do jedynie 5-minutowej sekwencji, więc zamiast nadwiślańskiej Narnii, otrzymujemy podlaską wersję ulicy Pokątnej.

Przez cały czas czujemy, że to po drugiej stronie tkwi potencjał całej opowieści. Dlatego nie jestem w stanie pojąć dlaczego oś fabuły sprowadzona jest do paru krótkich scen, w tym jednej, by łagodnie to ująć, dość nieudanej. Czemu dostajemy obietnice ciekawych postaci – chociażby uzależnionego od czekolady Skoczka Czasu, z którego Dawid Ogrodnik próbuje wykrzesać wszystko co możliwe, jeśli nigdy nie poznamy stojącej za ich kreacją mitologii. Nie otrzymujemy odpowiedzi na nurtujące pytanie- dlaczego znajdują się po drugiej stronie zegara, w jaki sposób tam się znaleźli, skąd wzięła się tam Wiedźma? Szczególnie bolesny jest fakt, że przy finalnym rozwiązaniu (które nawet nas nie rozczarowuje, bo w ogóle nie jesteśmy w stanie poczuć opowiadanej historii) zbudowany nadnaturalny świat nie ma żadnego znaczenia. De facto równie dobrze tej części opowieści mogłoby nie być, a szkoda, bo to ona rozbudza wyobraźnie widza.

Zobacz również: “Cała przyjemność po stronie kobiet” – girl power! [RECENZJA]

Przecież – odwołując się do klasyki kina familijnego – bazuje ono na porywających sceneriach, kolorowych postaciach, dzięki którym można uchwycić uwagę najmłodszych i przekazać im pewne uniwersalne prawdy. To w przepięknej palecie barwnej tkwił przecież geniusz serii filmowej o Ambrożym Kleksie, czy też w serialach TVP dla całej rodziny. Co natomiast proponuje nam Dzień czekolady? Długie sekwencje wędrowania przez las, które bardziej nużą niż intrygują.

Dzień czekolady

Kino familijne zawsze stało znakomicie napisanymi protagonistami. Poldek z “Podróży za jeden uśmiech” był przebojowym kilkulatkiem, Tolek Banan ze swoją ekipą umiał przekonać każdego z nas do podjęcia anarchicznego trybu życia, nawet Kevin z “Home Alone” swoją pomysłowością czarował ekran. Kogo oglądamy w Dniu Czekolady? Dawida, który jest po prostu miłym chłopcem i nie da się więcej o nim powiedzieć oraz Monikę, która jest prawdopodobnie najbardziej nieznośnym dzieckiem jakie widziałem od dawna w kinematografii. Nie jestem w stanie zrozumieć jej zachowań, ciągłych zmian nastrojów w związku z Dawidem, czy też iście nihilistycznej postawy wobec świata i rodziców (których jest mi tu autentycznie żal). Początkowo myślałem, że twórcy celują w rys potterowskiej Hermiony, problem w tym, że nawet ona pohamowała swoją zarozumiałość w imię przyjaźni – u Moniki to nie następuje.

Słabości protagonistów nie rekompensuje nam drugi plan. Postacie rodziców są jednowymiarowe, gdyż ograniczony czas produkcji nie zostawia pola na rozwój charakterologiczny, a postacie nadnaturalne mają za mało ekranowego czasu by nas do siebie jakkolwiek przekonać. Jedynie wujek policjant jest światełkiem w tunelu, głównie przez szarmancką, komediową grę Tomasza Kota (reminiscencje “Disco Polo” są zawsze mile widziane).

Zobacz również: “Tyrel” – Nie jestem twoim murzynem [RECENZJA]

Trudno jednak winić za taki stan rzeczy aktorów, bo każdy wkłada w tę historię całego siebie (w szczególności Dawid Ogrodnik, którego szarża jest najbardziej porywającą częścią całej opowieści), a scenariusz, będący zlepionymi starą taśmą klejącą fragmentami historii. Trudno uwierzyć, że stoi za nim jedna z najbardziej utalentowanych autorek powieści dla najmłodszych, Anna Onichimowska, której książki miały na mnie wielki wpływ w dzieciństwie. Choć z drugiej strony powodem takiego stanu rzeczy może być brak doświadczenia, bo Dzień czekolady swoją formą często przypomina parę rozdziałów powieści połączonych w jedno.

Dzień czekolady

Bławuta przed całkowitą klęską uratował jeden z najbardziej niedocenianych operatorów w Polsce, czyli Radosław Ładczuk (odpowiedzialny chociażby za “Babadooka” i “Salę samobójców”). To on kreuje magiczne kadry zegara w mitycznym świecie, to on znakomicie łączy ze sobą kolory złotej, polskiej jesieni, wreszcie to on jako jedyny chyba, ma pomysł jaką historię chcę przekazać swoimi obrazami. I to dzięki niemu ta godzina z nawiązką jest w miarę znośna.

Co jednak najważniejsze, Dzień czekolady nie spełnia podstawowych nadziei jakie pokładam w kinie familijnym. Nie jest zachętą dla najmłodszego widza do zgłębiania kina, do sięgania po inne produkcje, do zachęcania swojego rodzica na zabranie go na kolejny film, albo na zobaczenie samego “Dnia..” jeszcze raz. Ba – skutek seansu może być wręcz odwrotny.


1/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.