Advertisement
Recenzje

“Crystal Swan”, czyli house, wódka i marzenia o wizie [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Gdy w 2013 duet Daft Punk nagrywa wespół z Pharellem Williamsem głośną płytę “Random Access Memories” wszyscy zdają się zwracać uwagę na “Get Lucky”, który funkowym bitem przeprowadza przez lato miliony osób. Całkowicie pomija się jednak inny utwór, pięknie afirmujący wyzwalającą stronę muzyki: “Lose Yourself to Dance”. Jedną z osób, która zgodnie ze słowami francuskiego duetu zatraca się w tańcu jest Velya, dwudziestoparoletnia dziewczyna, w housie i narkotykach znajdująca ucieczkę od realiów codziennego życia w postsowieckiej Białorusi. Każdej nocy w repetytywnych basach dobiegających z subufera zostawia smutki egzystencjalne, konflikty z matką o nacjonalistycznych poglądach i brak perspektyw na przyszłość.

Stąd też jej główne marzenie, które dzieli nie tylko z innymi mieszkańcami Mińska, ale i pozostałych, przechodzących proces transformacji, demoludów. Marzenie proste, banalne, zapisane w kodzie kulturowym każdego mieszkańca Europy Wschodniej: amerykański sen o lepszym życiu w państwie Coca-Coli, NBA i czystego kapitalizmu. Velya jednak nie pragnie przeprowadzki do Nowego Jorku, wielkiej kariery w Los Angeles, czy przejechania się Route 66 – jej największym pragnieniem jest odwiedzenie Chicago i… imprezowanie, słuchanie ukochanej muzyki, DJ-owanie dla lokalsów, oddychanie pachnącym dolarami powietrzem.

Życiowy cel czyni Velyę bohaterką transpokoleniową. Utożsamiam się z nią ja, zakochany w techno od czasu “Legendy Kaspara Hausera”, siebie zobaczą w niej wielbiący “Radio Armageddon” Żulczyka i zapętlający na DVD “Berlin Calling”, wreszcie swój pierwiastek w dziewczynie dojrzy pokolenie wychowane w cieniu Żelaznej Kurtyny, marzące o kraju Roberta Redforda. A gdy do uniwersalnego celu dodamy cechy charakteru Eweliny: przebojowość, niezłomność i bezczelny urok, zaczyna jawić nam się jako bohaterka, której kino wschodnio-europejskie potrzebowało jak wody.

Na samej brawurze Velyi i znakomitej grze Aliny Nasibuliny, stającej się ekranowym synonimem wyzwolenia, debiutująca Darya Zhuk nie mogła oprzeć całego filmu. Potrzebowała przeciwności losu, która wyrzuci główną bohaterkę z jej nudnego, acz bezpiecznego gniazdka w stolicy Białorusi. Na ratunek przyszło jej przekleństwo wielu generacji: wizy, a właściwie konieczność posiadania stałego, najlepiej jak najwyższego zarobku.

Dziewczyna i na to znajduje sposób – na stołecznym bazarze kupuje zaświadczenie o pracy. Jednak pech, połączony z zaburzoną narkotykami wizją partnera Velyi, Alika, powoduje, że wpisuje ona niewłaściwy numer telefonu (na który to konsulat dzwoni w celu upewnienia się czy dane są poprawne, i czy rzeczona Velya pracuje na stanowisku kierowniczki), a zamiast firmowej centrali, wskazuje telefon stacjonarny wielodzietnej familii w Chrystalu, miejscowości znanej z produkowania najpiękniejszych, masowo eksportowanych dóbr ze szkła.

Przeczytaj również:  Checked! TOP10 Netflixa - "High Score: Złota era gier" [RECENZJA]

Jedyną decyzją wydaje się więc przekonanie rodziny, by pozwoliła jej czekać w ich mieszkaniu i odebrać telefon, który jednocześnie będzie jej przepustką do lepszego świata. Od tego momentu rozpoczyna się długa, godzinna sekwencja prowincjonalnego teatru absurdu, zakrapianego wódką, ale w przeciwieństwie do znanych i zapisanych w annałach kinematografii produkcji, wyzbyta z komizmu, a zastąpiona ludzkim dramatem.

To właśnie odróżnia film Zhuk od innych dzieł opowiadających o prowincji. Tam gdzie wszyscy twórcy na ludzi pochodzących z małych miasteczek i wsi mają szykany, bicz krytyki (by wspomnieć tutaj koszmarną Twarz Szumowskiej), reżyserka Crystal Swan opowiada o nich z ciepłem i zrozumieniem. Oczywiście możemy mówić o pewnej “bareiczności” życia codziennego czy niezrozumieniu “obcego” w postaci Velyi. Zhuk jednak nie opowiada się po żadnej ze stron – zarówno lokalne społeczeństwo traci w oczach widzów przez swój tradycjonalizm i przymusowe wydawanie młodych za mąż, jak i protagonistka czująca się często lepsza od mieszkańców Chrystalu.

Zhuk kontrastuje wizję nowego startu, w postaci wyjazdu do USA Velyi, ze zbliżającym się wielkimi krokami ślubem Stepana i Viki, u których to mińska dziewczyna musi się zatrzymać czekając na telefon. Reżyserka świadomie korzysta z utartego schematu, wpisując relację głównej bohaterki z przyszłym panem młodym w kliszę “przyciągających się przeciwności”. Ona – niedoszła prawniczka, zanurzona w kontrkulturach, miłośniczka zachodu. On – były żołnierz, po powrocie z kamaszy oczekujący spokojnego zestarzenia się w swoim, znanym na pamięć mieście. I gdy wydaje się, że wszystko zmierza do finalnego pocałunku, ucieczki Stepana sprzed ołtarza, Velya mówi “nie”.

Parę scen później wydaje się, że wszyscy: my widzowie, jak i bohaterowie, przeszliśmy z tym faktem do porządku dziennego. Wtedy Stepan rzuca się na główną bohaterkę i siłą wymusza akt seksualny. Zhuk nie będzie pokazywała jednak samego gwałtu – woli skupić się na tym co nastąpiło po. Na milczeniu rodziny chłopaka, na zapijaczonym paroletnim Kostku przeżywającym traumę wydarzeń poranka, wreszcie na Velyi, tłamszącej w sobie ból, gniew i cierpienie, marzącej o telefonie, który nie będzie już tylko symbolem Ameryki, ale również wybawieniem z Chrystalowa.

Przeczytaj również:  Nolens volens TVP. Recenzja "Ziei" Glińskiego.

Zhuk nie operuje absurdem w celu rozbawienia widza, a zamknięcia Velyi w coraz ciaśniejszych ryzach reżimu jakim jest życie kobiety na Białorusi. Od ograniczeń w postaci rekrutacji wizowej w konsulacie, przez ucisk komunistycznej matki besztającej jej na każdym kroku (znamienna rozmowa telefoniczna, w której skreśla swoją córkę na straty), aż do Stepana zmuszającej ją do współżycia. Nie ratuje jej nawet Alik, przebywający wiecznie pod wpływem albo narkotyków, albo matki dziewczyny. Pozostaje jej jedynie house – ale ile można przeżyć zadowalając się wyłącznie substytutem wolności.

W wieńczących kadrach dokumentujących Mińsk jest coś dołującego. Podobnie jak w przekonywaniu Kostka, by nie uciekał z nią, by został w domu – nie skazując się tym samym na jej los. Velya zostawia mu nawet kasetę ze swoją składanką, na pamiątkę tego, że może być (kiedyś) wolny. Ona o tym już wie i wydaje się, że w tych ostatnich spojrzeniach na stołeczne centrum żegna się z Białorusią. W końcu dobry house jest też w Berlinie i może to tam ucieknie z Alikiem za parę lat.

Crystal Swan to film w pełni gospodarujący zapotrzebowanie kina państw nadbałtyckich na “technocore”. Jednocześnie trudno nie czuć żalu, że film ten nie powstał w Polsce – przecież nie trudno wyobrazić sobie Ewelinę, świętującą otwarcie warszawskiej Piekarni i marzącą o wyjeździe do Stanów na koncert Prodigy, czy Morodera. Absurdu, patriarchatu i smutku u nas przecież dostatek. Tylko odwagi na takie kino brak.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.