FestiwaleFilmyKinoRecenzje

Rozprawa nad upadkiem, czyli „Anatomia upadku” [RECENZJA]

Maciej Kędziora
kadr z Anatomii upadku
fot. kadr z filmu „Anatomia upadku”

Najnowszy film Justine Triet – Anatomia upadku – zaczyna się od rozmowy o granicy między fikcją a rzeczywistością. O tym, skąd biorą się nasze inspiracje; jak wiele z bohaterów książkowych okazuje się tak naprawdę zniekształconymi personami z otoczenia. I gdy wydaje się, że właśnie o istocie sztuki, swoistości narracji, literaturze maski będzie opowiadał najnowszy film autorki Sybilli, dochodzi do upadku. Mąż głównej bohaterki ginie – nie wiadomo w jaki sposób, nie wiadomo w jakich okolicznościach. Przynajmniej początkowo…

Reżyserka od samego początku mówi nam, że w sądzie i w kryminale nie liczy się prawda. Pytanie „Kto zabił?” sprawdza się w klasycznych historyjkach, nie ma jednak wiele wspólnego z rzeczywistością. Gdy główną oskarżoną w sprawie tajemniczej śmierci stanie się protagonistka, jej obrońca od razu tłumaczy: wszystko jest spektaklem. Skądinąd, ów spektakl, jakim jest Anatomia upadku, jest doświadczeniem absolutnie znakomitym.

Sandra Hüller w Anatomii upadku
fot. kadr z filmu „Anatomia upadku”

Narracja podzielona na dwie części – kryminalną i sądową – pozwala nabrać filmowi dynamiki. Pierwsza godzina, czyli poszukiwanie linii obrony, staje się przestrzenią na kwestionowanie winy. To pytanie nie opuszcza nas do końca projekcji. Tym razem nie jesteśmy jednak ławą przysięgłych; nikt nie próbuje nas przekonać, że Sandra Voyter na pewno tego nie zrobiła. Nie o to zresztą chodzi Justine Triet. Tak, jak kiedyś Lumet w 12 gniewnych ludziach walczył o prawdę każdym możliwym sposobem, francuska reżyserka nie znajduje arbitralnych dowodów za lub przeciw. Pozwala nam pytać: czy jeszcze w ogóle liczy się prawda?

Przeczytaj również:  „Club Zero" – Siedząc w dyskomforcie [RECENZJA]

Obie strony sporu nie próbują ukrywać, że będą tę prawdę naginać do swoich tez. Obrona będzie poszukiwała ziaren dobra, w jakie może uwierzyć sąd. Prokurator, w iście popisowym stylu, będzie tworzył swój własny monolog, wplatając w niego odwołania do książek bohaterki, żarty, a także pokłady patosu. Triet zwraca uwagę na filmowość całości. Proces w jej narracji staje się show, czymś wprost skrojonym na potrzeby kamery. Reżyserka pozwala sobie nawet chwilami na ucieczki od realizmu, pewne wytrychy, które każą nam zawiesić niewiarę. Ale gdy tylko to zrobimy, Anatomia upadku rozwija w pełni skrzydła.

Reżyserka sięga także po język, który z lubością wprowadzają produkcje true crime. Nie boi się eksperymentów, ekspertyz, retrospekcji (znakomicie wygrywanych przez całą obsadę). W jednej ze scen korzysta z metody uświęconej na tegorocznym Berlinale przez znakomite Reality – kadr z przeszłości jako odtworzenie stenogramu jeden do jednego. W tym kluczu nagrodzone Złotą Palmą dzieło jest bardzo przynależne swoim czasom. Sięga bowiem po jeden z najpopularniejszych gatunków, wprowadza klasyczną narrację, pozostawiając nas jednak z najważniejszą, moralną oceną. Czyni to w zgodzie z prawidłami kryminału, będącego na początku zagadkami testującymi logikę czytelnika.

Milo Machado Graner w Anatomii upadku
fot. kadr z filmu „Anatomia upadku”

Symbolem sukcesu tegorocznej canneńskiej edycji jest Sandra Hüller, odtwórczyni głównych ról zarówno w Strefie interesów Jonathana Glazera, jak i w najnowszym filmie Triet. Jej Sandra jest bohaterką jednocześnie pewną siebie, ale i zagubioną. Smutną, ale bawiącą się humorem, będącą tak u siebie, jak i na obczyźnie. W aktorce tkwi frustracja, często wyrażana niemożnością językowego odnalezienia się. Jest Niemką, a sąd zmusza ją do mówienia po francusku (zamiast – jak proponuje – w „ugodowym” angielskim). Trier z resztą chce poprzez rolę Hüller opowiedzieć o zagubieniu siebie; o roli, jaką pełnimy w związku. W tych aspektach dokonuje kolejnego przekroczenia – wybitna rola aktorska pozwala jej narracyjnie opowiedzieć o czymś więcej niż śmierci i żałobie.

Przeczytaj również:  „Dobrzy nieznajomi” – Banał goni banał [RECENZJA]

Anatomia upadku jest dziełem wyjątkowym, perfekcyjnie wypełniającym ramy obranego gatunku, zrealizowanym w sposób klasyczny, ale wybitnie zagranym i opowiedzianym. Nie mamy tu do czynienia z radykalizmami formalnymi. Dziełem konsekwentnym, nie dającym nam odpowiedzi; odważnym w swej niejednoznaczności, frapującym. Pisząc już z perspektywy czasu, mało które canneńskie dzieło tak bardzo ze mną rezonowało w tym roku. Rzadko kiedy miałem też przekonanie, że widziałem dzieło uniwersalnie dobre. Taka jest tegoroczna Złota Palma, wielki film Justine Triet.

Korekta: Jakub Nowociński
Anna Czerwińska

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.