FilmyKinoRecenzje

“Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)”, czyli w chaosie nie ma metody [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. materiały promocyjne filmu "Ptaki nocy"
Gdy w 2016 roku DC wypuściło na świat szalony Legion samobójców konsensus krytyczny był jasny –  David Ayer nie podołał, ale wprowadził znakomitą Margot Robbie w roi Harley Quinn do uniwersum. Trzy lata później, wchodząc na ekrany kin na fali wznoszącej, spowodowanej sukcesami Aquamana i pozytywnym odbiorem “Shazama!”, Robbie wraca, by ponownie wcielić się w jedną z najbardziej intrygujących kreacji w swojej karierze. Szkoda tylko, że reszta filmowego świata za nią nie nadąża.

Wszystko rozpoczyna się od początku – tymi słowami zaczyna narratorka i główna bohaterka opowieści, Harley Quinn, wdrażając nas w realia jej świata po zakończeniu Legionu samobójców. Jak jednak szybko się okaże, narracja z perspektywy Quinn nie będzie akademicko rozpisaną opowieścią od początku do końca. Harley często o czymś zapomina, miesza retro z prospekcjami, urywa wątek, płynie w strumieniu własnej świadomości. Bez chwili na oddech dla widza.

Pierwsze 15 minut to wielki drink złożony z cytatów filmowych, klisz scenariuszowych i mieszającej się bez harmonii stylistyki. Czasem Quinn wykorzysta kreskówkową animację, a czasem wrzuci nas w narkotyczny trip rodem z Trainspotting Danny’ego Boyla, by potem opowiadać o realiach jej świata tanim slapstickiem rodem z komedii lat 90-tych. Naszym zadaniem będzie pozlepiać sobie to wszystko w całość – oddzielić kluczowe dla fabuły ziarna od nieśmiesznych albo fragmentarycznych plew.

Na całe szczęście, później Ptaki nocy decydują się trochę wyhamować, a my będziemy w stanie wreszcie poznać clou fabuły. Quinn zrywa z Jokerem – nadmieńmy, że w bardzo wybuchowym (dosłownie) stylu, przez co całe miasto, na czele Romanem Sionisem (znanym również jako Black Mask), próbuje ją zabić. Sionis da jej jednak drogę wyjścia – Quinn musi odzyskać skradziony przez młodziutką Cassandrę Caine brylant, prowadzący do ukrytego majątku familii Bertinelli.

Przeczytaj również:  "Outsider", albo nieudana próba wskrzeszenia "Detektywa" [RECENZJA]
fot. materiały promocyjne filmu “Ptaki nocy”

Paradoksalnie, w tym nowoczesnym formalnie i narracyjnie filmie (przynajmniej z założenia), sama nić fabularna jest wyświechtana do bólu. Historie Quinn, Cassandry i trzech pozostałych bohaterek – tajemniczej Łowczyni, mszczącej się na zabójcach rodziców, niewierzącej w system sprawiedliwości policjantki Renee Montoi, oraz czułej na ludzkie dobro śpiewaczki z klubu Sionisa Black Canary – w pewnym momencie się przetną, a los zmusi ich do stworzenia kolektywu demolującego patriarchalny ład mafijnego świata Gotham City.

Cathy Yan w podtytule ukryła metodę reżyserską filmu. “Ptaki nocy” są kinematograficzną emancypacją ze wszystkich zbiorów filmowych reguł, scenariuszowych zasad. Wyzwolenie niesamowicie tu imponuje – achronologiczność, przeszyte popartową kreską komiksową neologizmy formalne, ciągły pęd akcji i intertekstualnych odniesień. Problem w tym, że ciągłe napięcie i wartkość narracyjna musi iść w zgodzie z intrygującym, dobrze rozpisanym scenariuszem. A tego w opowieści reżyserki Yan i producentki Robbie zabrakło.

Kliszowość jedno, ale scenarzystka Christina Hodson bazuje tu na najprostszych kulturowych skojarzeniach. Symbol patriarchatu – Black Canary śpiewająca It’s a man’s world w klubie Sionisa. Symbol wyzwolenia – KeSha i Women. Wątek brylantu – cytat z Mężczyźni wolą blondynki. Wątek wewnętrznego dialogu – aluzja do kultowego Taksówkarza. A może kreacja wyjętego spod prawa gliny – wstaw dowolny film gangsterski z połowy lat 80-tych. Wszystko i wszyscy, którzy otaczają Harley Quinn, są sprowadzeni do prostej, pojedynczej cechy, rysu charakterologicznego, intertekstualnego odniesienia.

Oczywiście jest to uzasadnione wytrychem scenariuszowym – Quinn, jako narratorka po macoszemu rozwija historie innych postaci. Niemniej jednak, brak tu opowieści o postaciach, które chwilami wydaja się być ciekawsze od samej protagonistki – w szczególności mam tu na myśli Łowczynię (nazywaną przez opinie publiczną “Zabójczynią z kuszą”), tajemniczą, ukrywającą się w cieniu, znakomicie kreowaną przez Mary Elizabeth Winstead. I gdy wydaje się, że jej wątek będzie powoli rozwijany, Huntess znika, by pojawić się w kulminacyjnym dla fabuły momencie. A szkoda, bo w narratorskim, komiksowym chaosie wprowadzała ona dramaturgiczny sznyt noir, będąc miłym kontrastem dla całej opowieści.

Przeczytaj również:  “Żegnaj, mój synu” – chińska epopeja o bezradności [RECENZJA]

Dramaturgicznego sznytu zresztą będzie tu jak najmniej. Yan woli serwować widzom szejk popkulturalno-wizualny, rzucając w naszą twarz neonami, ostrym montażem i pełnym hitów soundtrackiem. Brakuje tu trochę wyhamowania, doktrynalnego podejścia do emancypacji, oddechu i lepszego poznania bohaterek. Może wówczas ten sprint przez wybuchy z lektoratem Margot Robbie potrafiłby rezonować z widzem na parę minut po seansie, a nie ulatywać wraz z napisami końcowymi.

fot. materiały promocyjne filmu “Ptaki nocy”

Yan jednak mistrzowsko obrazuje postacie wyłamujące się ramom charakterologicznym – zarówno główną bohaterkę (emancypacja Harley Quinn jest bardzo wiarygodnie ukazana) jak i Sionisa, mizogina, przerysowanego grubą kreską przez Ewana McGregora, bawiącego się tą rolą w każdej scenie. Oczywiście cała fabuła będzie zero-jedynkowa (Kobiety – dobre, Mężczyźni – źli), ale zarówno konwencja, jak i przesłanie girl power powoduje, że tę polaryzację można usprawiedliwić i wytłumaczyć. Swoją drogą, McGregor jest również postacią silnie queerową i jego wielowarstwowe, karykaturalne kreowanie Black Maska jest jedną z najciekawszych ról w jego coraz bardziej poplątanej karierze (po dłuższym epizodzie z amerykańskim kinem niezależnym, wreszcie – wraz z Krzysiu, gdzie jesteś? i Doktorem Snem – wraca do głównego nurtu).

Chciałbym bardziej pokochać Ptaki nocy, podobnie zresztą jak pozostałe dzieła nowego, wyzbytego z dziedzictwa Snydera DC: Wanowskiego Aquamana i Sandbergowskiego Shazama!. Niestety, niedociągnięcia narracyjno-formalne, brak stylistycznej konsekwencji i zatracenie się w chaosie powodują, że opowieść o Harley Quinn ulatuje parę minut po seansie. A szkoda, bo był potencjał na coś znacznie mocniejszego.

Ocena

5.5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Aquamana, Legion Samobójców, Shazama

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.