“Ułaskawienie” czyli najpiękniejsza kartka z rodzinnego albumu w Popielawach [RECENZJA]

Na początek parę pozornie niepołączonych ze sobą ujęć. Lekko rozmazane pejzaże Popielaw, portrety przodków, archiwalne, powojenne zdjęcia okraszone snutą z offu narracją o ukochanych, rodzinnych stronach. Tak rozpoczyna się najnowsza opowieść Jana Jakuba Kolskiego. Jednak mimo że twórca Pornografii już nie raz pochylał się nad swoim rodzinnym albumem, wyciągając z niego wiele, często bardzo mrocznych, wspomnień, to Ułaskawienie zdaje się być tym najważniejszym i najbardziej mu bliskim. Ale nie powinno nas to dziwić – jak sam mówi  (a właściwie jego filmowe, 17-letnie alter ego, będące narratorem) na wstępie –  ta historia czekała na mnie całe moje życie.

Tym razem album rodzinny familii Kolskich przeniesie nas do roku 1946, kiedy to pewnej chłodnej nocy ukrywający się u Szewczyków (rodziców matki reżysera) Stefan Zając morduje ich syna, bohatera piłsudczyków, Wacława Szewczyka, pseudonim “Odrowąż”. Ze względu na jego militarną przynależność, nie może on zaznać spokoju nawet po śmierci, bowiem władze kształtującej się dopiero Polski Ludowej decydują się wykorzystać jego zwłoki jako symbol swojego sukcesu, trzykrotnie wykopując trumnę z jego ciałem z ziemi. Dlatego też, wciąż pogrążeni w żałobie rodzice Odrowąża, decydują się wyruszyć w 500 kilometrową podróż przez całą Polskę, by godnie pochować ich umiłowanego syna.

Kiedy małżeństwo Szewczyków opuści teren dobrze znanych i bezpiecznych Popielaw, rozpocznie się najciekawsza część Ułaskawienia, będącą metafizycznym kinem drogi. Szybko bowiem chęć pochowania syna zejdzie na drugi plan, a ich podróż przez opustoszałe i zrujnowane polskie prowincje (a właściwie pozostałości po nich), stanie się jedynym sposobem radzenia sobie ze stratą. Gdy jednak do ich samotnej wyprawy, w przypadkowych okolicznościach dołączy niemiecki jeniec, będą oni musieli sobie odpowiedzieć nie tylko na pytanie jak żyć bez “Odrowąża” pod ich strzechą, ale również jak żyć bez wojny gdy nie wiadomo, komu pomagać a kogo zabijać.

Teodor Adorno powiedział kiedyś, że nie wolno tworzyć wierszy po Oświęcimiu. Kolski w Ułaskawieniu pójdzie o krok dalej i zacznie rozważać czy po Oświęcimiu warto w ogóle żyć. Czy warto ratować obcego człowieka, który jeszcze tak niedawno był naszym oprawcą? Czy warto poświęcić swoje dotychczasowe życie dla iluzorycznego poczucia ulgi. I wreszcie – czy w obecnych czasach opłaca się być dobrym człowiekiem, gdy moralność to wciąż towar deficytowy?

Kolski jednak w swojej mądrości decyduje się nie odpowiadać na zadawane przez siebie pytania jednoznacznie, opowiadając swoją historię ustami dwóch kontrastujących ze sobą postaci. Dziadek Jakub (Jan Jankowski), z ręką wiecznie przywiązaną do papierosów, jest całkowicie zamkniętym w sobie mrukiem, chowającym we wnętrzu mrok obozu koncentracyjnego, straty pierworodnego i swój ciągły, nieodparty strach przed nawrotem wojny. Babcia Hanna (Grażyna Błęcka-Kolska) natomiast, reaguje na stres diametralnie inaczej, stając się agresywna, impulsywna i – co niestety będzie postępować – psychotyczna. Papierkiem lakmusowym nastrojów w tym wiecznie milczącym małżeństwie będzie Jurgen (Michał Kaleta), u którego to lata spędzone na froncie poskutkowały rozchwianiem emocjonalnym i atakami paniki, a co najbardziej przerażające, zdaje się, że uwierzył, że tylko praca może uczynić go wolnym.

O tym jak trudno rozstać się z tym co było, świadczyć będą dwa bardzo ważne w kontekście całego filmu symbole. Pierwszym będą zwłoki “Odrowąża”, których rozkład, i co za tym idzie trupi zapach co chwilę będzie przypominał bohaterom o wszechobecnej śmierci, mogącej nadejść w każdym momencie (czy to ze strony żądnych krwi dezerterów, czy też wojskowych karierowiczów). Drugim będą piękne, czyste i wypolerowane oficerki, jakby całkowicie odrealnione i niepasujące do świata brudu i ubóstwa. Ów buty były darem od pułkownika Armii Krajowej dla Jakuba. Oficerki, które miały być powojennym prezentem dla Wacława, nagrodą za jego dorosłość, świadectwem tego, jak bardzo jest z niego dumny. Czy jednak – jak zapyta Hanna – można być dumnym z syna, który nawet po wojnie szalał zamiast spędzać czas z rodziną?

Kolski, co jednak najważniejsze w kontekście całego filmu, nie popada w żadnym momencie w skrajności i nie próbuje gloryfikować swoich dziadków. Jedyne co stara się robić, to spróbować ich zrozumieć, a w szczególności spojrzeć na świat oczami dziadka Jakuba, który, jak dowiadujemy się w prologu, od zawsze uważał go za niegodnego wielkich czynów, znacznie gorszego od “Odrowąża”. Spróbować zrozumieć, skąd wzięła się jego nieustępliwość, zasadniczość i zajrzeć pod budowaną przez lata skorupę emocjonalną. Wreszcie oddać mu taki hołd, jakiego by chciał, chłodny, poważny, męski, ale także przepełniony niewypowiedzianym przez lata uczuciem miłości.

Muszę jednak zaznaczyć, że podobnie jak inne filmy Jana Jakuba Kolskiego, Ułaskawienie odznacza się bardzo specyficzną narracją i sposobem prowadzenia historii. Powtarzane jak mantra kwestie dialogowe, pozornie wtórne sceny, powolne przechadzanie się po opuszczonych ścieżkach, wreszcie długie i niedające emocjonalnego ujścia kadry. Jeśli jednak uda nam się – podobnie jak reżyserowi przy konstruowaniu scenariusza – przebić przez warstwę emocjonalnego zobojętnienia bohaterów, wtedy przeżyjemy jedną z najbardziej fascynujących, spirytualistycznych przepraw naszego życia.

O ile na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni aktorskie wyróżnienie za Ułaskawienie otrzymała Grażyna Błęcka-Kolska, o tyle dla mnie na wyżyny wznosi się tutaj nie ona, a Jan Jankowski, tworzący jeden z najbardziej pasjonujących męskich portretów ostatnich lat. W każdym zaciągnięciu się papierosem, każdym kroku, każdym wypowiedzianym słowie jest tyle niewyobrażalnego cierpienia. Gdy w jednej z pierwszych scen, Jakub godzi się na pomysł żony, w jego głosie czuć świadomość kolejnej życiowej porażki i przerażającego bezsensu egzystencji.

Kolski w Ułaskawieniu spełnia ukryte marzenie swojej babci o godnym pochówku Wacława Szewczyka, kontynuując jednocześnie swoje życiowe dzieło, w postaci zbioru popielawskich opowieści. W każdym kadrze, każdym dialogu czuć, jak wiele znaczy dla reżysera ten film, czuć każdy dzień trzydziestu lat pracy, czuć miłość do swojej ziemi ojczystej i wreszcie czuć, zatraconą w jego ostatnich filmach, radość tworzenia. Nie wiem jak szybko Kolski wróci w swoje rodzinne strony, ale póki co zostawił je z jednym z najpiękniejszych moralitetów rodzimego kina XXI wieku.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.