“Na plaży Chesil” – Recenzja

Gdy 11 lat temu Saoirse Ronan debiutowała na dużym ekranie w Pokucie, wszyscy byli zachwyceni. Ba – pojawiały się głosy, że objawił się nowy wielki talent aktorski. I jak się okazało, owe głosy się nie pomyliły. W tym samym roku autor książkowej Pokuty Ian McEwan wypuścił kolejną, bardzo ciepło przyjętą powieść pod tajemniczym tytułem Na plaży Chesil. Jak się miało dopiero okazać, ścieżki aktorki i pisarza przetną się znowu, właśnie na tych plażach.

Kadr z filmu “Na plaży Chesil”

Film śledzi losy nowożeńców, a właściwie ich pierwszej nocy poślubnej. Cały wątek tzw. czasu rzeczywistego pokazuje próby, jakie podejmuje Edward Mayhew (Billy Howle), by spełnić swój małżeński obowiązek i skonsumować swoje małżeństwo z Florence Ponting (Saoirse Ronan). By to uczynić musi opowiadać jej historie swojego życia, jak i budowania relacji ze swoją obecną żoną. W ten sposób zostają wplecione retrospekcje, będące maszyną napędową całej fabuły.

Każdy z bohaterów ma parę cech charakterystycznych. Edward jest biedny, porywczy, agresywny, ale również  zagubiony i niepewny siebie. Florence jest natomiast socjalistką, pochodzi z bogatego domu, jest dystyngowana, ale też bardzo oziębła. W skrócie – dostajemy typową dla anglosaskich romansideł opowieść o miłości mimo podziałów. W tym przypadku nie tylko finansowych, ale również intelektualnych.

Jeśli wierzyć innym (bo sam tego dzieła McEwana nie miałem szans przeczytać) film mocno bazuje na dialogach z powieści. I o ile momentami działa to na korzyść produkcji – tak jak w przypadku wybitnej rozmowy otwierającej na plaży Chesil, kiedy małżeństwo wymienia się opiniami o dźwiękach w rock n’ rollu – o tyle momentami wszystko wydaje się być zbyt sztywne czy też teatralne, a Dominic Cooke ciekawy melodramat zamienia w szkolną inscenizację, gdzie wszystko zasłania się pięknymi epitetami i metaforami.

Kadr z filmu “Na plaży Chesil”

Saoirse Ronan jest jak zawsze niezawodna, choć momentami – szczególnie podczas scen nocy poślubnej – wydaje się być całkowicie poza postacią. Po raz pierwszy w jej karierze aktorskiej miałem wrażenie, że była czymś spięta i chyba po raz pierwszy musiała wcielić się w bohaterkę całkowicie obcą sobie. Stąd też pewne wypowiadane przez nią kwestię brzmią bardzo nienaturalnie, przypominają bardziej wykute na pamięć regułki niż faktyczne słowa czy kwestie, które mogła by wypowiedzieć Florence.

Znacznie gorzej poradził sobie Billy Howle, operującego trzema minami i szaleńczą ekspresją. Miałem poczucie, że wziął sobie do serca słowa filmowej Florence: “Czasem robisz takie miny, że zaczynam się ciebie bać” i spróbował wyglądać agresywnie i strasznie przez większość historii. Co gorsza jego aktorska szarża spowodowała, że ciekawie napisana postać Edwarda straciła cały swój urok i był po prostu męcząca.

Dominic Cooke skupiając się na rozbudowie dwóch głównych postaci, całkowicie nie wykorzystał potencjału, jaki miał na drugim planie. O ile można jeszcze docenić udaną rolę Anne-Marie Duff (znanej z serialu Shameless), w roli chorej umysłowo mamy Edwarda, o tyle całkowicie nie jestem w stanie pojąć tak ograniczonych ról dla Emily Watson i Samuela Westa, będących przecież jednymi z bardziej cenionych drugoplanowych aktorów na Wyspach.

Zobacz Również: “Człowiek bez pamięci” – Recenzja

Nie spodziewałem się jednak, że w filmie, w którym główną rolę gra jedna z moich ukochanych aktorek młodego pokolenia, do gustu najbardziej przypadnie mi soundtrack, składający się z takich skrajności jak Chuck Berry czy Jan Sebastian Bach. Każdy utwór (w szczególności ten wypełniający napisy początkowe) świetnie uzupełnia scenerię południowego wybrzeża Wysp oraz londyńskich ulic. Warstwa muzyczna przyczyniła się również do powstania najlepszej sceny w filmie, kiedy to kwartet smyczkowy Florence wykonuje 1.Larghetto – Allegro od Mozarta. Największą miłością Na plaży Chesil darzył chyba operator kamery Sean Bobbit, który włożył w każde ujęcie bardzo dużo serca, tak naprawdę w pojedynkę budując napięcie większości scen.

Kadr z filmu “Na plaży Chesil”

Najgorsze jednak jest to, że ogólnie film niczym się nie wyróżnia. Wszystko jest tu przesadnie poprawne, Saoirse Ronan została stłamszona, potencjał historii na tak ciekawy temat seksualności został niewykorzystany, a Dominic Cooke nie pokazał nic autorskiego. Nie potrafiłbym w obecnym momencie wskazać jakiejkolwiek cechy jego stylu reżyserskiego poza ciągnącą się nijakością. W melodramacie najważniejsze jest uczucie. A tutaj zamiast przeniesionego z soundtracku duchu Beethovena, otrzymujemy ładną ale pustą w środku muzykę z windy. Ale – podobnie jak relacja naszych bohaterów – nie wszystko musi być tak piękne jak wskazuje początek.

2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.