Advertisement
Recenzje

I nie wódź nas na pokuszenie, czyli współczesne kino wątpiące [FELIETON]

Maciej Kędziora

Trudno uwierzyć, jak bardzo zdewaluowało się określenie “kino religijne” – niegdysiejszy symbol najwyższej formy kinematografii, przeplatający ze sobą ewangelickie nauki, hagiografię i wysoką jakość samych produkcji. Nie sposób nie wspomnieć chociażby o znakomitej “Ewangelii wg. świętego Mateusza” Pasoliniego, intrygującej formalnie “Biblii” Hustona, czy nawet głośnej “Pasji” Gibsona. Jednak ostatnia dekada, a z nią trend nowego kina biblijnego, którego głównym zadaniem jest nawracanie wątpliwych (plus zarabianie ogromnej ilości pieniędzy), doprowadziła do tego, że termin “film religijny” stał się pojęciem pejoratywnym, oznaczającym produkcję nudną, tanią, nieudolnie wykonaną, podającą morał i głoszącą tezy w sposób “łopatologiczny”.

Zobacz również: “Wywiad z Bogiem” [RECENZJA]

Filmy pokroju “Bóg nie umarł”, “Niebo istnieje naprawdę”, czy polskie jak “Karol, który został świętym”, to produkcje żerujące na wycieczkach ze szkół w ramach lekcji religii. Nie ma w nich niczego fascynującego, każdy operuje utartymi schematami, przeradzając się szybko w farsę i osiągając tym samym rezultat całkowicie odmienny od oczekiwanego. Gdy we wspomnianym “Karolu..” Piotr Fronczewski po raz wtóry wspomina o swoim przyjacielu, przyszłym papieżu, nawet dzieci – do których owa produkcja jest skierowana – ziewają ze znudzenia, bądź odwracają twarz od przerażająco obskurnych animacji. To właśnie trend niskobudżetowych tasiemców, bazujących na postaci wtenczas beatyfikowanej/kanonizowanej, przyczynił się do tego, że pierwszym skojarzeniem idącym za sformułowaniem “kino sakralne” jest kicz.

Kadr z filmu “Karol, który został świętym”

Na całe szczęście współczesna kinematografia podejmująca tematykę duchową nie wychodzi jedynie spod rąk wątpliwej jakości wyrobników. Swoje eseje teologiczne, rozprawy na temat moralności prowadzą również najwięksi twórcy, często kwestionując w nich instytucję kościoła, nie negując przy tym samej wiary. Od tych najbardziej religijnych – Wendersa (“Papież Franciszek – człowiek, który dotrzymuje słowa”) i Scorsese, przez wchodzących w otwarty dialog z religią Schradera i Łazarkiewicz, ukazujących przekleństwa oraz choroby Kościoła McCarthy’ego i Smarzowskiego, aż do jawnie kwestionującego istotę boską Aronofsky’ego i atakującego fanatyzm Edgertona (“Wymazać siebie”). To oni są prawdziwą twarzą kina religijnego. Kina, które nie boi się wątpić.

I – Przerwane “Milczenie” Martina Scorsese

Religia przez długi czas była nieodzownym punktem filmów Martina Scorsese. To ona powodowała dylematy moralne Charliego, głównego bohatera “Ulic nędzy”, rozdartego między chrześcijańskim dewotyzmem a niegodziwą pracą dla wuja. To ona była podstawą kodeksów moralnych wszystkich postaci u twórcy “Taksówkarza”. Wówczas wydawało się, że Scorsese i Kościół tworzą nierozerwalną więź, a on pozostanie na zawsze czołowym przedstawicielem progresywnego, symbolicznego kina katolickiego. Tak było do czasu premiery “Ostatniego kuszenia Chrystusa”.

Kadr z filmu “Ostatnie kuszenie Chrystusa”

Recepcja, skądinąd znakomitego dzieła Scorsese przerosła nawet samego mistrza. Nikt jednak nie atakował go za formę opowieści o Jezusie Chrystusie, a sam zamysł, by uczłowieczyć Mesjasza. W jednej chwili prysła cała magia twórcy “Ulic nędzy”, który z jednego z największych autorów kina uduchowionego stał się heretykiem, jego film został zakazany, a na lekcjach religii katecheci zabraniali sięgania po tę pozycję, nazywając ją owocem zakazanym. Co z tego, że morał i finalna sekwencja całkowicie zmienia wydźwięk “Ostatniego kuszenia..”, gdy Zbawiciel decyduje się umrzeć za grzechy. Opinia publiczna skazała go na wieczne potępienie, a sama produkcja do dziś wywołuje w wielu poczucie zgorszenia, czy nawet zhańbienia.

Nie wiadomo czy sam fakt negatywnego odbioru, czy też incydent w kinie świętego Michała w Paryżu, gdy w ramach protestu grupa wiernych podpaliła jedną z sal, na skutek czego 13 osób doznało obrażeń, spowodował, że Scorsese porzucił na długo temat Kościoła w swoich filmach. Nawet sama wiara będzie pojawiała się w jego filmach rzadko (głównie w “Kundunie”), albo będzie ukryta pod gęstą warstwą symboli, jak w “Ciemnej stronie miasta”. Mało kto spodziewał się, że “nawrócenie” nastąpi po jednym z najbardziej szalonych i obrazoburczych filmów reżysera – “Wilku z Wall Street”.

Zobacz również: “Grâce à Dieu”, czyli Ozon o zranionych duszach [RECENZJA]

“Milczenie” to jeden z najważniejszych projektów w życiu Martina Scorsese. Po raz kolejny nie unika trudnych pytań – o sens męczeństwa, o istotę apostazji, oraz aspekt trwania w wierze, gdy cały świat jest przeciwko nam. Jego powrót w sferę sacrum nie ma jednak na celu kwestionowania religii, a jest jedynie próbą spojrzenia na nią z szerszej perspektywy. W końcu nawet, gdy opowiada o buddyzmie, nie wartościuje poszczególnych systemów duchowych, co zapewne wynika z jego długich studiów nad postacią Dalaj Lamy.

Kadr z filmu “Milczenie”

Najciekawsze jednak, że Scorsese w swoim filmie, poza ukazywaniem ludzkiego okrucieństwa ubolewa nad słabością słów. Nad tym, jak nie potrafią one oddać Boskiej istoty, jak w swej ulotności nie są w stanie uchwycić esencji wierzeń ludzkich. Zarówno Sebastião, jak i Francisco podejmują próby nawrócenia miejscowej ludności, ale wypowiadane przez nich kwestie często pozostają bez odzewu. Jedynym, słyszalnym echem będzie sam Bóg, objawiający się jako głos znikąd.

Co jednak najwspanialsze w wydźwięku “Milczenia” Scorsese, to zawarta tu myśl tomistyczna, gdyż twórca “Ulic nędzy” zdaje się ufać i żyć w zgodzie z zasadami świętego z Akwinu. W “Sumie teologiicznej” Tomasz napisał “Nie wolno zmuszać niewiernych do wierzenia, ponieważ wiara musi pochodzić z wolnej woli.” Tak samo reżyser jak i najważniejsza postać, czyli ojciec Ferreira, nie będą nikogo zmuszać do nawrócenia, żyjąc jednocześnie w przeświadczeniu, że tylko Bóg może zmienić człowieka.

II – “Uchowaj, Panie Boże, takiej pobożności!”, czyli dewocja oczami Łazarkiewicz

“Powrót” początkowo może wydawać się kolejną uproszczoną historią ukazującą trudny żywot Polski B, trapionej biedą, przemocą i patologią. Wcale by mnie takowe podejście nie dziwiło – jak pokazuje przykład Małgorzaty Szumowskiej, w ten oto sposób można najłatwiej przekazać swój punkt widzenia. I tak w “Twarzy” operuje ona samymi karykaturami, na czele z komicznym portretem księdza i parodystyczną sceną egzorcyzmu. Nie miałbym jednak z takim podejściem dużego problemu – w końcu moralizatorski pastisz jest niejako wpisany w ten nurt (chociażby w produkcjach z Charliem Chaplinem). Problem w tym, że slapstick, kicz, w klasycznych produkcjach ma być wprowadzeniem do pewnych rozważań.  Czy w “Twarzy” skłania nas do analiz i moralnych retrospekcji? Nie.

Kadr z filmu “Powrót”

Kino Łazarkiewicz cechuje jednak większa powaga w podejściu do tematu. Historia Uli, dziewczyny zmuszonej do sprzedawania swojego ciała za granicą, która wraca po dwóch latach do domu, również mogła przerodzić się w mieszankę poverty porn i grubiańskich żartów, zakrapianych hektolitrami żytniego napoju wysokoprocentowego. Twórczyni niedocenianego “Ostatniego dzwonka” wiedziała, że w ten sposób nie trafi do grupy docelowej – ortodoksyjnych katolików – choć, co należy zaznaczyć, morał całej opowieści jest uniwersalny i dotyka wszystkich wyznań.

“Powrót” to film ascetyczny. Każdy kadr przepełniony jest bólem, czy to na skutek korzystania z chłodnej palety kolorów, czy też wiecznego umartwiania bohaterów. Niektórzy będą sami skazywali się na cierpienie, zalewając swoje żale wódką i samookaleczając się; inni będą zadawać ból swojej rodzinie, katując syna pasem, czy zamykając córkę na klucz w swoim pokoju bez możliwości wyjścia, nawet do toalety.

Zobacz również: Ostatni dialog filmowy – “Syn Szawła”

Zamiast przypowieści o synu (a w tym przypadku – córce) marnotrawnym dostajemy parafrazę legendy o św. Aleksym, nierozpoznanym przez rodzinę po latach. Podobnie Ula, mimo bycia ponownie przyjętą do domu, nie jest tam już mile widziana. I choć zmowa milczenia i tabuizacja jej przeszłości jest chlebem powszednim, to można wyczuć, że lepiej by było, gdyby już nie wróciła. Łazarkiewicz pokazuje tym samym trochę inną stronę oczekującego na zaginioną domu niż tą z “Fugi” Agnieszki Smoczyńskiej.

Kadr z filmu “Powrót”

W “Powrocie” jest tak naprawdę dwóch antagonistów – uosobienie szatana w postaci eks Uli, który zmusił ją do wyjazdu oraz ksiądz Jerzy, człowiek upadły moralnie, erotoman-alkoholik. Najmocniejszy wydźwięk ma scena, w której Jerzy w stanie całkowitej nietrzeźwości próbuje przeprowadzić jedno z najważniejszych nabożeństw w ciągu roku liturgicznego. Dramatyczna próba powstania po kolejnym upadku, gdy otrzymuje całun od Anny, jak ma się dopiero okazać nie tylko w tym aspekcie przypominającej Marię Magdalenę, jest symbolicznym upadkiem instytucji w oczach Uli.

Łazarkiewicz w żadnym momencie nie atakuje w swoim filmie wiary, nie stygmatyzuje katolików. Punktuje jedynie wady człowieka, brak zrozumienia dla swoich słabości. I tak jak Scorsese w opowieści o męczeństwie odwoływał się do św. Tomasza, tak w “Powrocie” reżyserka odwołuje się do samej Biblii, przypominając, że “Wino to szyderca / alkohol jest nieokiełznany / a kto błądzi pod wpływem trunków, nie jest mądry” (Przysłów 20:1). A także, że wyznanie nigdy nie powinno nas zaślepiać, a dobro bliźniego to najwyższa wartość.

III – “Pierwszym naszym krokiem na drodze wyjścia z grzechu jest uznanie grzechu, uznanie go w jego strasznej powadze, przebudzenie się ze snu..”, czyli Kościół grzeszny

Mimo podjęcia podobnego tematu pedofilii w Kościele Katolickim Tom McCarthy i Wojciech Smarzowski przyjęli diametralnie różne założenia formalne. Jeden postanowił obnażyć prawdę w sposób chirurgiczny, ani razu nie spuszczając z tonu, w każdym dialogu oddając hołd ofiarom. Smarzowski natomiast postanowił być Smarzowskim.

Kadr z filmu “Spotlight”

W “Spotlight” McCarthy naświetla śledztwo Boston Globe, niejako je “globalizując”. Podobnie jak Mike Rezendes i Sacha Pfeiffer próbuje dotrzeć z nim do każdego wierzącego i pokazać, że w instytucji, której tak bardzo ufają, dzieją się złe rzeczy. Pokazać, że ich dzieci mogą być zagrożone. Bo choć – jak w jednej ze scen – słyszą głosy, że “to tylko 6 procent” (sam fakt takiego zdystansowanego podejścia do zbrodniczego procederu przeraża), muszą sobie uświadomić, że za niepozorną cyfrą stoi 90 księży, którzy dopuścili się napaści fizycznej. Księży, z którymi Kościół nic nie zrobił, księży, którzy nadal mogą dopuszczać się pedofilii – księży, których należy zatrzymać.

Kluczowym pytaniem, jakie wynosimy z oscarowego filmu jest “W jaki sposób te afery były tuszowane przez taki długi okres?”. Paradoksalnie odpowiedź na nie pada dość szybko, gdy Peter Canellos mówi “Akceptowałem to, bo księża mieli być tymi dobrymi”. Oczywiście Canellos nie będzie odpowiadał za całą instytucję, a samo upublicznienie faktów, do których doszli dziennikarze na skutek ich śledztwa, nie zatrzyma zbrodniczego rytuału relokowania pedofili. “Spotlight” natomiast osiąga inny, jakże ważny cel – powoduje, że przestajemy bezgranicznie ufać instytucjom, bo owa ufność może przerodzić się jedynie w zaślepienie.

Zobacz również: “Varda według Agnès” – Piękna retrospektywa od samej twórczyni [RECENZJA]

Znacznie większy dysonans mam przy ocenianiu “Kleru”. Ba, uważam, że znacznie bardziej niż sam film, do ważnego procesu kwestionowania religijności w naszym kraju przysporzyła się recepcja widzów. Trudno wskazać drugą produkcję (może swego czasu “Pokłosie” Pasikowskiego), która rozpoczęła tak głośną debatę w naszym kraju. Pójście na najnowsze dzieło Smarzowskiego od początku nie było jedynie chęcią zapoznania się z pejzażem Kościoła Katolickiego malowanym ręką jednego z lepszych obserwatorów naszego społeczeństwa, ale również formą manifestu. Nikogo nie dziwiły głośne reakcje na sali (podczas mojego pierwszego seansu, doszło nawet do słownych utarczek między opcją pro i antyKLERykalną), ukazujące przekonania polityczne ubrania (od koszulek z “Konstytucją”, po “Nie wstydzę się Jezusa”), czy też próby bojkotowania seansów. Nie przypominam sobie również innego przypadku, w którym krytycy zaczęli spierać się o pokazy prasowe – tu oczywiście piję do fascynującej utarczki na linii Raczek – Isakowicz-Zaleski.

Kadr z filmu “Kler”.

Sam film natomiast zmaga się z jednym problemem, czyli stylem narracyjnym Smarzowskiego. Choć wątek księdza Trybusa i jego wystąpienia z pełnienia posługi kapłańskiej jest świetną rozprawą na temat zwątpienia w swoje powołanie, to postać Arcybiskupa Mordowicza powoduje, że trudno mi brać “Kler” na poważnie. Podobnie jest z symboliką. Z jednej strony mamy starcie na wiedzę biblijną w bardzo subtelny sposób ukazuje podejście poszczególnych duchownych do Słowa Bożego, gdzie Lisowski i Kukuła traktują je z dystansem, a postać grana przez Roberta Więckiewicza jest nim przepełniona – co nie znaczy, że nie trapiona słabością ludzką. Z drugiej sama końcówka gdzie Lisowski niczym Ryszard Siwiec podpala się w ramach manifestu, nie wybrzmiewa tak mocno, gdyż reżyser decyduje się – niczym Spike Lee w epilogu “BlacKKKlansman” – wymusić konkretną interpretację. Czyni to poprzez ustawienie tłumu w kształt trójkąta, z płonącym okiem-proboszczem w środku. A czasem – szczególnie w przypadku tak trudnych tematów – subtelność jest remedium na wszystko.

Zobacz również: „José” – nagrodzony w Wenecji dramat [RECENZJA]

“Kler” ukazał również jeszcze jeden, bardzo negatywny trend w mechanizmie ludzkim. Pokazał jak szybko można odwrócić się od bliźniego, którego chwilę wcześniej nazywało się przyjacielem. Jeszcze dwa lata temu, Smarzowski był kreowany na wielkiego bohatera prawicy, przyjaciela od “Wołynia”. Zbawcę polskiej kinematografii. Jak się jednak okazało, wystarczy podjąć niewygodny dla pewnej strony temat, by zostać zrzuconym z piedestału i stać się ibsenowskim wrogiem ludu. Szkoda, że ta opcja zapomina, że errare humanum est nie jest usprawiedliwieniem, bo jak powiedział Augustyn z Hippony “Błądzenie jest rzeczą ludzką, ale dobrowolne trwanie w błędzie jest rzeczą diabelską.”.

IV – Ecce Deus, czyli Aronofsky w roli Boga

Trudno o wskazanie bardziej jawnego wykorzystania symboliki biblijnej niż “Mother!” Darrena Aronofsky’ego. Twórca, który często poruszał tematykę sacrum, czy to w postaci sekty z “Pi”, czy też ekranizacji opowieści o Noe w “Wybranym przez Boga”, postanowił sparafrazować Księgę Rodzaju i opowiedzieć o sobie, Artyście, przez pryzmat Najwyższego.

Różnice w interpretacjach “Mother!” wynikają najczęściej z klucza jaki podejmiemy. Jeśli uznamy, że Pan (S)Twórca Aronofsky, stawiając siebie w roli Demiurga, po prostu łechta swoje ego i puszcza wodze fantazji, by pokazać, że może wszystko, zapewne wybuchniemy śmiechem. Wówczas jego ostatnie dzieło będzie wydawać się nieświadomą autoparodią, wyrazem obłąkania i szaleństwa, a monolog Jego – wygłoszony tubalnym głosem przez Javiera Bardema – stanie się twórczym testamentem artysty straconego.

Kadr z filmu “Mother!”

Jeśli natomiast nie będziemy utożsamiać bardemowskiej postaci z reżyserem, wówczas “mother!” stanie się okrzykiem rozpaczy Boga-artysty (wizerunku znanego z Księgi Jeremiasza), który przegrał w dążeniu do perfekcji. Wtedy – patrząc na globalne ocieplenie, napięcia między państwami i nadal ciążące na ludziach reperkusje wojen światowych – film Aronofsky’ego stanie się ciekawą rozprawą nad obecnym światem. Przestaniemy bowiem mieć pewność, że za chwilę On nie pstryknie palcami, a cały świat nie zacznie się od początku. A może, poprzez niezatrzymywalną pętlę historii świat odradza się co chwilę na nowo, wbrew temu, co myśli Fukuyama?

Ktoś może powiedzieć, że w tym momencie interpretuję “mother!” wbrew zamysłowi reżysera, przeinaczając scenariusz i treść. A czy przypadkiem w ten sam sposób nie postępują martyrologiczno-katolickie filmy Kondrata i Ludwiga, przekłamujące rzeczywistość i wyrywkowo posługując się Biblią?

V – “Pierwszy reformowany”, czyli “Dziennik miejskiego proboszcza”

W życiu każdego człowieka przychodzi kiedyś moment zwątpienia. To przez nie rozpadają się długoletnie związki (gdy pewnej nocy zastanawiamy czy i teraz powinniśmy pozostać wierni), ludzie porzucają dotychczasową pracę, a także zmieniają miejsce zamieszkania, licząc, że gdzieś indziej będzie im lepiej. Tragizm kwestionowania siebie pojawia się jednak dopiero wtedy, gdy zaczynamy wątpić w sens własnej egzystencji.

O tych rozterkach będzie mówić w swoim arcydziele Paul Schrader. “Pierwszy reformowany” to mix dwóch genialnych filmów o wierze i powołaniu – “Dzienników wiejskiego proboszcza” Bressona i bergmanowskich “Gości wieczerzy Pańskiej”. Pastor Toller będzie zmagał się zarówno z problemami Proboszcza Ambricourta – poważną chorobą i masową laicyzacją społeczeństwa, jak i z zawodową porażką Ericssona, w postaci niemożności uchronienia swojego wiernego przed odebraniem własnego życia.

Kadr z filmu “Pierwszy Reformowany”

Wszechobecny kryzys wiary nie dotknie jednak samego Pastora (wątpiącego jedynie w sens utrzymywania kongregacji). Wszyscy – począwszy od jego przełożonych – traktują Kościół jako jedną wielką firmę, stworzoną do zarabiania pieniędzy. Parafia Tollera częściej niż przez wiernych, będzie odwiedzana przez gości zwiedzających stare mury niczym muzeum. I choć z dumą będą potem nosić czapkę z napisem “Kościół reformowany”, nie będzie ona oznaczała deklaracji religijnej, a jedynie będzie dobrym dodatkiem do “Outfitu’ – niczym wpychany wszędzie krzyż.

Zobacz również: Czy warto obejrzeć serial “Gentleman Jack” od HBO?

W świecie otaczającym Tollera brakuje refleksji. Nie ma momentu zatrzymania się, spojrzenia na świat i uświadomienia sobie, w jak bardzo zaawansowanym stanie rozkładu się znajduje. Bo o ile worki pieniędzy wrzucane do kościelnego sejfu są bardzo mile widziane, nie powinny one pochodzić z zakrapianego brudem ropy naftowej miejsca, gdyż nic nam po nich, gdy nadejdzie klimatyczny koniec naszej Ziemi. Schrader w swoich tezach nigdy nie posuwa się do grandilokwencji, prosząc jedynie widza (poprzez dramatyczną końcówkę, gdy protagonista jest o krok od podjęcia nieodwracalnej w skutkach decyzji), by nie pozostawał obojętnym wobec rzeczywistości. Bo nie każdy dobrodziej musi nosić sutannę.


Patrząc z perspektywy osoby niewierzącej na współczesne, artystyczne kino katolickie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przywraca ono duchowe kino na właściwe ścieżki. Nie chodzi bowiem o to, żeby przestać opowiadać o świętych, Kościele czy religii. Trzeba natomiast – a sztuka zawsze była idealnym do tego medium – konfrontować przekleństwa i grzechy naszych społeczności, bo tylko w ten sposób możemy dojść do wewnętrznego oczyszczenia. Nie bójmy się więc mówić o problemach i kontestować statusu quo. Żyjmy w zgodzie ze słowami św. Augustyna – “Jeśli chcesz być wielki, zaczynaj od rzeczy małych. Zakładaj głęboki fundament pokory, skoro zamierzasz budować wysoko.”. Nie strońmy od dyskusji i nie bójmy się zwątpień, bo to one umacniają nas w swoich przekonaniach.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.