“Berlin, Barcelona”, czyli “wiem jak bardzo nie lubisz niespodzianek” [RECENZJA]

Nie istnieje na świecie chyba lepsza wymówka by coś zrobić, niż urodziny. Będące dla każdego własnym felix felicis, dniem, w którym wszystko powinno układać się po naszej myśli. Podobnie myślał Comas, planujący obchodzić ukończenie 35. roku życia we własnym towarzystwie, przy piwie i tlącej się w lewej dłoni fajce. Niestety jego starzy przyjaciele – Olivia, EloiGullie z partnerką – postanowili wykorzystać jego święto jako przyczynek do sprawienia mu niespodzianki i niezapowiedzianego przyjazdu. Problem w tym, że dawno niewidziani znajomi nie byli świadomi sytuacji w jakiej znajduje się Comas i tego – by zacytować genialny utwór KRÓLA – “jak bardzo nie lubi niespodzianek”.

Zobacz również: TOP 30 najlepszych filmów z lat 2000-2009

Pozornie bezinteresowny przyjazd trójki znajomych z czasem okaże się jednak sposobem na poradzenie sobie ze swoimi własnymi problemami. Eloi potrzebuje ucieczki z domu swoich rodziców, który codziennie przypomina mu o jego porażce życiowej, braku stabilnej pracy i stałego dochodu, dla Olivii będzie to ostatnia szansa spotkania bardzo bliskiego jej Comasa, zanim zostanie zmuszona do zajmowania się noszonym w swym łonie dzieckiem, a Guilly wraz z Anną będą chcieli po prostu odpocząć i spędzić razem czas w stolicy Niemiec. W tym wszystkim nikt nie myśli o dobru solenizanta, który jest dla nich jedynie dobrą wymówką by coś zrobić.

Berlin, Barcelona to od początku znakomita gra pozorów. Każdy, z coraz bardziej sztucznym uśmiechem na swojej twarzy, będzie wypominał sobie przekleństwa przeszłości – a to impotencję seksualną, a to stosunek z przypadkowo napotkanym w Tajlandii transwestytą, a to całkowite odcięcie się od znajomych i brak chęci spotykania się we wspólnym gronie. W powietrzu unosi się niewypowiedziany żal, który jednak będzie stopniowo wylewał się ze wszystkich – dzięki zabójczej mieszance piwa, chipsów i dymu nikotynowego.

Kiedy jednak trójka mężczyzn decyduje się na wieczorny wypad do lokalnego pubu, sytuacja diametralnie ulega zmianie. Eloi, w typowy dla siebie sposób, przekracza granicę tolerancji alkoholowej i w natarczywy sposób zagaduje do lokalnych kobiet, wyniszczony mentalnie Guilly co chwila raczy się e-papierosem (podkreślając jednak, że te nie zabijają). W pewnym momencie oboje zapominają o Comasie, który w akcie rezygnacji decyduje się wyjść z klubu i zniknąć….

Zobacz również: „Jutro albo pojutrze”, czyli „Boyhood” na deskorolce [RECENZJA]

W tym momencie rozpoczyna się główny wątek dzieła Eleny Trapé – próby ustalenia co stało się z gospodarzem. Będzie ona wysyłać nam sprzeczne sygnały – czasem podejrzewać będziemy najgorsze, czasem otrzymamy sygnały, że solenizant nie wytrzymał i po prostu uciekł – nie tylko od natarczywych przyjaciół, ale i Marion i ładunku emocjonalnego jaki jest związany z jej przybyciem.

Z wyjściem Comasa film Trapé z gry towarzyskich pozorów przemienia się w festiwal niedopowiedzeń i nieporozumień. Problem w tym, że to co z założenia wydaje się intrygujące (i takim też początkowo jest) w pewnym momencie dramatycznie się rozmywa. Bo o ile wątek Olivii jest perfekcyjnie poprowadzony od początku do końca, a jej rozchwianie emocjonalne jest przejmujące, o tyle historia Eloiego z czasem zatraca swój sens i prowadzi donikąd (choć jest to może też symboliczne, gdyż uchodzi za czarną owcę całej grupy). Kwestionować można irracjonalność zachowań bohaterów – jakże często frustrującą i niezrozumiałą, szczególnie w przypadku Guilly’ego początkowo jawiącego się jako postać bardzo nieoczywista, który z czasem okaże się zwykłym bucem, a chyba nie takie było założenie charakterologiczne scenariusza.

Zobacz również: „Przedszkolanka”, czyli przekleństwo nadgorliwości [RECENZJA]

Problemem Berlin, Barcelona jest złożenie widzowi zbyt wielu obietnic – czy to przy pojedynczych sygnałach zmuszających nas do interpretacji (niczym w “Płomieniach”),  czy przy urwanych dialogach gdy próbujemy wysnuć wnioski co było dalej – które niestety w momencie spełnienia nie są na miare naszych oczekiwań. Każde rozwiązanie jest w pewien sposób rozczarowujące – albo zbyt oczywiste, co przy wcześniejszej subtelności całkowicie burzy narrację Trapé, albo oderwane od rzeczywistości i niczym nieumotywowane.

Niestety, opowieść o grupie znajomych traci również gdy ustawić ją w kontekście innych, głośnych produkcji kina europejskiego. Bowiem wszystko co najlepsze w dziele twórczyni “Bloga” już widzieliśmy – narastające konflikty między przyjaciółmi zamkniętymi w określonej lokacji przywodzą na myśl “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Genovese, wakacyjny rozkład związku “Turystę” Ostlunda, a alienacja w obcym mieście “Pomiędzy słowami” Antoniak.

Choć nie mogę również przesadnie mieszać produkcji z błotem, bo “Berlin, Barcelona” to idealny przykład bardzo poprawnie zrealizowanego kina. Czuć tu znakomity zmysł dramaturgiczny przy pisaniu dialogów, a jedynym bardzo widocznym brakiem jest wtórność całej opowieści. Całe szczęście, że Trapé miał do swojej dyspozycji bardzo utalentowanych aktorów, a w szczególności znakomitą Alexandrę Jimenez, która kreśli poruszający portret zagubionej kobiety u bram macierzyństwa (kwestionując również fakt gotowości do zostania rodzicem).

Zobacz również: „Turn Up Charlie”, ale jednak nie graj tego jeszcze raz, Charlie [RECENZJA]

Jest jednak jedna rzecz, która całkowicie – i do tego bardzo pozytywnie – mnie zaskoczyła. Tytułowy Berlin (choć to jedynie wina naszego tłumaczenia), powodował że spodziewałem się kolejnej laurki dla stolicy Niemiec, długich kadrów obejmujących Bramę Branderburską, gmach Bundestagu i pozostałości Muru Berlińskiego. Na całe szczęście stołeczne miasto jest tutaj jedynie tłem, które nie staje się w każdym kadrze pocztówką zachęcającą do przyjazdu. I ta normalność świetnie potęguje rozterki uczuciowe bohaterów.

Trapé odziera przyjaźń z jej wieczności i opowiada o tym jak czas zmienia ludzi. I mimo że sama obserwacja nie jest niczym oryginalnym czy też zaskakującym, jest tu pewna, bardzo zauważalna, dawka szczerości i przepracowywania osobistych traum. A od tego chyba właśnie jest filmoterapia.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.