Advertisement
PublicystykaRecenzjeTemat Miesiąca 12/19

Roman Polański: “Autor widmo”

Maciej Kędziora

W trakcie całego seansu Autora widmo jak mantra powtarzane jest zdanie: “szukaj na początku”/”szukaj początków”. Gdy więc spojrzymy na sam początek filmu, odnalezione na portowej łajbie puste BMW, jak ma się okazać należące do zmarłego Michaela McAry, wieloletniego współpracownika Adama Langdona, ukaże się nam najważniejsza postać – nieobecny ciałem, acz spajający całą narrację duchem McAra, polityczny skryba. To on jest powiernikiem prawdy, to on będzie o nią walczył, poświęcając tym samym własne życie. Polański już w pierwszej scenie pokazuje, że tylko pustka jest prawdziwa, a każde miejsce zapełnione, zagospodarowane przez człowieka, będzie nosić w sobie fałsz.

Fałsz utożsamiany jest początkowo z postacią ghostwritera. Sama jego funkcja jest pewnym rodzajem kłamstwa. Oto człowiek, często nieznany szerszej publiczności, podpisuje się milionami nazwisk: magika, gwiazdy ekranu, czy, jak w przypadku nowego zlecenia, byłego premiera Zjednoczonego Królestwa. Jest on odarty z wszelkiej godności, w trakcie trwania całego seansu nikt nie zwraca się do niego po imieniu; jest duchem stąpającym śladami utartymi przez poprzedników i samego Langdona.

Jak jednak stąpać po utartych przez polityka śladach, gdy nie ma się pojęcia o sytuacji geopolitycznej, a pamiętniki są napisane w nudny, akademicki sposób. Ghost, znużony swoją pracą, zasypia nad manuskryptem, upija się w lokalnym pubie, albo ogląda telewizję. Pech chce, że w telewizji głównym bohaterem zostaje jego nowy, chwilowy przełożony – oskarżany o tworzenie tajnych więzień i tortury podejrzanych wespół z CIA.

Przeczytaj również:  Nolens volens TVP. Recenzja "Ziei" Glińskiego.

Polański tym samym próbuje wówczas pozostać aktualnym twórcą. Dość wspomnieć głośne w Polsce doniesienia na temat tajnych więzień CIA, które tworzyć mieli prezydent Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller, a Polska w tych czynnościach nie miała być odosobniona. Twórca “Noża w wodzie” tym samym – podobnie jak w przypadku tegorocznego “Oficera i szpiega”, postanowił opowiedzieć o niecnym człowieku, który w zderzeniu z traumatycznym wydarzeniem (dowody o niewinności Dreyfusa/notatki McAry) decyduje się walczyć o prawdę.


Zobacz również: Opowieść o “Chinatown”

“Autor Widmo” w tym kontekście wytaczał pewne szlaki, które kontynuować będzie dwa lata później Kathrin Bigelow głośnym “Wrogiem numer jeden” dokonując bolesnej i brutalnej dokumentacji działań CIA w trakcie ich poszukiwań Osamy Bin Ladena. Ona postawi na brutalizm i realizm, Polański natomiast tworzy portret agentów na wzór mistycznych organizacji, jakby żywcem wyciągniętych z książek Dana Browna. Decyduje się uwieść nas tropami rodem z teorii spiskowych, bawiąc się – z perspektywy czasu naiwnie i niezdarnie – sekretami poukrywanymi w mrocznych zakamarkach internetu.

To też nie pierwszy raz, gdy Polański będzie odwoływać się do tajnych organizacji, działających poza kontrolą protagonisty. Podobne tropy było widać chociażby w ikonicznym “Dziecku Rosemary”, gdzie główna bohaterka została złapana w diaboliczne sidła, niczym Ewan McGregor w polityczną machinę Ruth Langdon. Lekko spoilerując, choć usprawiedliwiając się kwestią historyczną jak i prozatorską, podobnie będzie w “Oficerze i szpiegu” gdzie na przeciw głównemu bohaterowi stanie szajka generałów.


Zobacz również: Opowieść o “Tragedii Makbeta”

Oglądając ponownie, po paru latach przerwy od wiecznego zapętlania go na swojej nagrywarce cyfrowej, “Autor widmo” wyklarował mi się jako najlepszy film gatunkowy Romana Polańskiego. To czysty thriller, z mrocznym klimatem potęgowanym atmosferą wyspy, znakomicie rozpisanymi postaciami i zwrotami akcji (finalna sekwencja podawania kartki to dramaturgiczne mistrzostwo).

Przeczytaj również:  Dom woskowych Mansonów. Recenzja płyty "We Are Chaos"

Oczywiście zacząłem dostrzegać jego większe wady, takie jak sporą, scenariuszową naiwność. Trudno bowiem za coś innego uznać finalny zwrot akcji, czy też chwilowe zaniki świadomości bohatera, nie potrafiącego połączyć w całość rozsypanych przed nim nitek. Dziwi również fakt, że dopiero w ostatniej sekwencji decyduje się on rozmawiać ze współpracownikami Langdona, a przecież to właśnie zadając pytania szybciej doszedłby do prawdy.

Ale te wątpliwości pojawiają się na długo po seansie, bo w jego trakcie nie potrafimy nie docenić uroku wyspy Uznam fotografowanej przez Pawła Edelmana. Zdjęcia, połączone z muzyką Desplata, robią tutaj zresztą zdumiewające wrażenie – na ich tle Ewan McGregor wygląda nie jak zmęczony ghostwriter, a zagubiony na mroźnej plaży romantyk poszukujący sensu życia. A może, w końcu na tyle nie poznamy jego portretu psychologicznego, był tak naprawdę i tym i tym?

Finalna minuta, całkowicie zmieniająca wydźwięk filmu, jest iście Fincherowskim zakończeniem opowieści. Pozostawia nas z niepokojem tego, co nastąpi w kolejnych, już nieopowiedzianych na ekranie kadrach. Kolejnych godzinach, dniach, miesiącach życia bezkarnych bohaterów, unikających odpowiedzialności wraz z każdą rozsypaną kartką. Słynny Ghost stał się prawdziwym duchem.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.