Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Obrazy bez autora”, czyli historyczny fresk [RECENZJA]

Maciej Kędziora
Obrazy bez autora

Obrazy bez autora, wchodzące na ekrany rodzimych kin tuż po ich postpandemicznym otwarciu, choć w obrocie światowym krążą już prawie drugi rok, dopiero teraz są w stanie w pełni rezonować z widzem. Bo choć nieraz już autorzy filmów zwracali uwagę, że malarstwo, czy szerzej sztuka, to miejsce odkrywania prawdy o sobie samym, Florian Henckel von Donnersmarck (choć zupełnie nieświadomie, nie miał przecież szans przewidzenia daty polskiej premiery czy pandemii COVID-19), przypomina stęsknionym za salą studyjną widzom, że sztuka nie tylko jest drogą ku prawdzie, ale że sztuka może nas wyzwolić. 

Ponad trzygodzinny malarski fresk Donnersmarcka zaczyna się tuż przed II wojną światową, gdy młody Kurt Barnert, wybiera się ze swoją umiłowaną ciotką Elisabeth do muzeum “sztuki zdegenerowanej” w Dreźnie, wystawy stworzonej przez Nazistów, będącej próbą ukazania hańbiącej w ujęciu III Rzeszy sztuki współczesnej. Kurt, zafascynowany neoplastycyzmem i abstrakcją, w tym momencie zakocha się w sztuce, a wyprawa do muzeum stanie się powracającą często wizją pięknych chwil niewinności spędzonych z jedną z najważniejszych osób w życiu. 

Nie będzie jednak dane Kurtowi nacieszyć się dzieciństwem – za chwile rozpęta się wojna, a jego ciotka z podejrzeniem schizofrenii zostanie zamordowana w niemieckim programie eutanazji osób z zaburzeniami psychicznymi. Decyzję (o czym główny bohater nie będzie nic wiedział) podejmuje profesor Carl Seeband, który tuż po wojnie (i wyczyszczeniu nazistowskiej kartoteki) jako zwolennik socjalistycznego rządu NRD zostanie znienawidzonym z wzajemnością teściem Barnerta. 

Obrazy bez autora
fot. kadr z filmu “Obrazy bez autora” / Aurora Films

Inspirowany życiem malarza Gerharda Richtera, utożsamianego głównie z fotorealizmem i abstrakcjonizmem, dramat to próba monumentalnego rozliczenia z historią Niemiec, opowiadana przeplatającymi się stylami malarskimi. Na zmienność życia po dwóch stronach berlińskiej granicy patrzymy przez płótna, rzeźby, ekspresję twórczą – na zachodzie wyzwoloną i inspirowaną dziełami Pollocka, na wschodzie socrealizmem, którego początkowo mistrzem zostanie główny bohater. Von Donnersmarck pozwala sobie rozwlekać historię, prowadząc niespieszną narrację, jednak każda chwila spędzona w jego Niemczech nie jest dla nas nużąca, a przypomina bardziej skrupulatnie malowane na początku tło, by finalne, intensywne pociągnięcia pędzla zostały z nami na zawsze. 

Wydaje się jednak, że choć to Kurt będzie osią historii, reżysera znacznie bardziej intryguje postać oślizgłego profesora, ideologicznej i politycznej chorągiewki. Podobnie jak w głośnym Życiu na podsłuchu, i tu w postaci partyjniaka von Donnersmarck szuka możliwości ludzkiego odkupienia. Choć kapitan Gerd Wiesler na skutek odkrycia innej drogi zastanowił się nad słusznością obranej przez siebie drogi, tym razem Seeband będzie znacznie mniej oczywisty, nie zdecyduje się na odkupienie win, a na ucieczkę przed własnymi grzechami. 

Zarówno w swoim pierwszym arcydziele jak i w Obrazach, Donnersmarck znakomicie współdziała artystycznie z Sebastianem Kochem, niemieckim aktorem eksportowym. Tworzy on tu postać przerażająco spokojną, do cna wyrachowaną, która w każdej ekranowej minucie swoją pewnością siebie przeszywa widza. W szczególności w pewnej scenie medycznego zabiegu, prawdopodobnie najbardziej zatrważającej w całym i tak epatującym goryczą filmie, na jaw wychodzą jego wszystkie nabyte przez lata pracy pod orłem III Rzeszy tendencje. I to jedyny moment dosłowności na jaki pozwala sobie autor w całym filmie. 

Richter, którego myśli niejako umożliwiły powstanie filmu, powtarzał, że “sztuka jest najwyższą formą nadziei”. I tę nadzieję czuć tu w każdym momencie szczerej pracy Kurta – poszukującego prawdy o świecie przez sztukę współczesną, finalnie docierając do fotografii – czyli najbardziej obiektywnego wyrazu sztuk wizualnych. A jak mówiła mu tuż przed odejściem ciotka – “we wszystkim co prawdziwe, można znaleźć piękno”. 

Obrazy bez autora
fot. kadr z filmu “Obrazy bez autora” / Aurora Films

Von Donnersmarck jest również ciekawym głosem w kontekście umiejscowienia sztuki w dyskursie politycznym. Obrazy bez autora udowadniają, że każda sztuka (warto przypomnieć, że Reichart był zaliczany do nurtu “realizmu kapitalistycznego” jawnie kontestującego socrealizm) jest w swej istocie komentarzem społecznym, często krytycznym – jej wartość tkwi jednak w tym jak bardzo oczywisty jest to komentarz i jak zawarty w przestrzeni możliwości danego medium. 

Nie można sobie wyobrazić chyba lepszego filmu na powrót do sali kinowej niż Obrazy właśnie, bowiem otrzymujemy tu bezpośrednie zderzenie z czystą sztuką. Zderzenie nie zawsze łatwe, chwilami nużące, gubiące wątek, momentami nieuchwytne. Ale jednak, na skutek znakomitej pracy kamery Caleba Deschanela i świadomości twórczej Donnersmarcka, otrzymujemy dzieło kompletne i spełnione. Po którego zakończeniu i przeżyciu możemy sobie uświadomić jak bardzo za przeżyciami w tej małej sali z białą płachtą tęskniliśmy.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.