Advertisement
Recenzje

“Kraina miodu”, czyli krótki traktat o chciwości [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Idąc na Krainę miodu, żyłem w przekonaniu, że obejrzę wyjątkowy film ekologiczny o tradycyjnej uprawie miodu. Doświadczę parunastu zbliżeń na pracujące pszczoły, opowieści o tajnikach jego przetwarzania, czy też o trudach żywota w zgodzie z naturą, sprzeciwiając się nadmiernej eksploatacji w konsumpcyjnym świecie. Ku mojemu zdziwieniu, debiut reżyserski duetu Kotevska/Stefanov okazał się być czymś znacznie więcej; pięknym, moralizatorskim traktatem o tym jak przemijamy wraz z naturą i jak ważne jest życie w sposób godny i uczciwy.


Przeczytaj również: TOP 5 ze Spectrum na 10. American Film Festival – Amerykański arthouse, na jaki zasługujemy

Początkowo, pustkowie zwane kiedyś wioską, na jakim mieszka Hatidze wraz ze swoją schorowaną, sparaliżowaną matką, jest niezmąconą nowoczesną technologią oazą. Główna bohaterka przemieszcza się po górach, by zbierać wodę na posiłek, dogląda swoich skalnych uli, czy też wyleguje się na słońcu, by wypełnić swoje życie energią. Co jakiś czas kursuje do Skopje, gdzie sprzedaje miód i robi zakupy na najbliższe tygodnie. To okres, w którym Krainę miodu jedynie kontemplujemy. Spokojne, długie kadry, połączone ze zbliżeniami, fascynują i nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu. Dlatego też tym bardziej frapuje nas przyjazd “obcych” brutalnie kończący naszą medytację przed wielkim ekranem.

Kraina miodu

Matka bohaterki od początku informuje ją, że z przyjazdem “obcych” – wielodzietnej rodziny, mieszkającej w przyczepie kempingowej i wypasającej bydło, wiążą się problemy. Początkowo Hatidze i jej nowi sąsiedzi nie będą wchodzić sobie w drogę. Ona nadal będzie gospodarować górzyste tereny i swoimi przechadzkami umożliwiać nam kontemplowanie przyrody, oni natomiast będą inkorporować coraz większe łana terenu, budując stajnie, domki, czy wreszcie, inspirując się nie najgorzej zarabiającą sąsiadką, stawiając ule i rozpoczynając hodowle pszczół.

Przeczytaj również:  "Ema" – Wolność w rytmie reaggeton [RECENZJA]

Kraina miodu dokumentując rozwój gospodarstwa rodziny, jednocześnie kontrastując jego wielkość z minimalistyczną jaskinią protagonistki, opowiada o wpływie człowieka na naturę i procesie dzikiej eksploatacji. Tam gdzie Hatidze zostawia połowę miodu dla swoich pszczół, rodzina wybiera wszystko; co z czasem będzie skutkować rozjuszeniem i wygłodnieniem małych mieszkańców ich hodowli. Jednocześnie, duet reżyserski ma dużo ciepła również dla tej drugiej strony “płotu”. Rozumiemy bowiem skąd ich potrzeba nadmiernej konsumpcji; są naciskani przez ludzi z zewnątrz, mają więcej głów do wyżywienia, a prowadzenie wędrownego trybu życia nie nauczyło ich wieczystego szacunku do natury.


Przeczytaj również: “#Jestem M. Misfit”, czyli jak zostałem boomerem? [RECENZJA]

Momentami film Ketevskiej i Stefanova ogląda się ciężko. Nie chodzi jednak o podejście narracyjne, czy niedociągnięcia, a realizm z jakim dokumentują zachowania mieszkańców. Widzimy tutaj popychane, ciągnięte na sznurach bydło, którego jest nam po prostu żal. Widzimy biedne, pożądlone przez pszczoły dzieciaki, opuchnięte na twarzy. Wreszcie widzimy wiecznie kłócącą się familię, obrzucającą siebie nawzajem inwektywami. Fakt – niektóre wydarzenia, wywrotki i bójki wywoływały szmery zadowolenia na sali, nosząc w sobie znamiona humoresek. Problem w tym, że często jest to śmiech przez łzy.

W trakcie seansu często można było zapomnieć, że oglądamy film dokumentalny, bowiem Kraina miodu, dzięki pietyzmowi formalnemu i zmysłowi narracyjnemu, mogłaby spokojnie konkurować z najlepszymi fabułami roku. Tu również pojawia się problem całości, bowiem nieraz łapałem się na myśli, że to, co oglądam pod płaszczem dokumentu jest tak naprawdę “ustawką”, a z ekranu, mimo naturszczyków wcielających się w role własnego życia, bił momentami fałsz. Trudno uwierzyć w brak ingerencji duetu, gdyż część scen (szczególnie w drugiej części) wygląda na jawnie zainscenizowane.

Przeczytaj również:  “Asystentka” – Najlepszy film o Weinsteinie [RECENZJA]

Kraina miodu

Przede wszystkim, Kraina miodu to piękne, znakomicie przemyślane i zaprojektowane kadry. Operatorski duet Daut/Ljuma konsekwentnie tworzy poruszającą stronę wizualną, opierając się głównie na długich, statycznych kadrach w pełni wykorzystujących naturalne oświetlenie. Celebrują chwile, gdy do jaskini bohaterek przez loft wpada światło, by ukazać w pełni twarz Hatidze, innym razem nagrywają cykl jej życia z dystansu, wpisując ją tym samym jako część krajobrazu, a nie kluczowy element narracyjny. Wreszcie, tak nudne zazwyczaj mikroskopijne zbliżenia przyrodnicze, są tutaj powiewem świeżości – film stosuje je bowiem tak rzadko, że każdy kadr jest tutaj pasjonujący, a możliwość spojrzenia na życie pszczół (niekiedy wpisujących się w rytm życia i nastroje ludzi) jest czymś, po prostu, pięknym.


Przeczytaj również: “W Polsce jest miejsce na dobre horrory” – Rozmawiamy z Adrianem Pankiem, reżyserem “Wilkołaka” [WYWIAD]

Kraina miodu pozostawia nas z dwoma morałami: “Nie należy igrać z i ignorować natury” oraz, idąc za myślą Cervantesa, “Chciwość zbytnia worki drze”. Co dalej spotka Hatidze, której przyjazd rodziny całkowicie zreformował życie, możemy tylko przypuszczać. Podobnie jakie będą losy dalszej tułaczki nowych-starych sąsiadów, poszukujących swojego miejsca na ziemi. Jedno jest jednak pewne – najbardziej na ich losach ucierpiała natura. Bowiem ona, w przeciwieństwie do ludzi, nie może pewnego dnia wyjść z domu i zacząć życia na nowo.

 

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.