Kino Marka Webbera, czyli filadelfijska autokreacja [FELIETON]

W jednej ze scen Z krwi i kości, dotychczas najbardziej docenionego filmu w swoim dorobku, Mark Webber przemierza ulice Filadelfii niczym Bruce Springsteen w teledysku. Podobnie jak kultowy amerykański piosenkarz, będzie próbował wyspowiadać swoje rodzinne miasto z jego wszystkich grzechów. Odkrywając je na nowo, zarówno z perspektywy postaci, świeżo wypuszczonego z więzienia recydywisty, jak i z perspektywy Webbera reżysera, autora wracającego po niespełna 10 latach do rodzinnych stron i swoich ludzi. Pokutą dla jednego z największych miast Pensylwanii będą filmy twórcy, gorzko rozliczające się z jego korzeniami, relacjami, nierównościami społecznymi, ale co najważniejsze – z samym sobą.

I

Gdy w roku 2008 Mark Webber, wtenczas dość rozpoznawalny aktor drugoplanowy i epizodyczny amerykańskiego kina niezależnego, mający na swoim koncie role u Jima Jarmuscha (Broken Flowers) i Woody’ego Allena (Koniec z Hollywood), debiutuje reżysersko Wszystkimi naszymi chorobami, nikt nie śmiał przypuszczać jaką drogę obierze w późniejszej twórczości. Prawdopodobnie nawet on sam – może to dlatego nie odważył się jeszcze wówczas reżyserować samego siebie, stawiając na bardziej sprawdzone grono aktorskie – Paula Dano, będącego świeżo po sukcesie Aż poleje się krew, Rosario Dawson czy Naomi Harris. Z tego też względu, to jedyny raz, kiedy jego film ogląda się… zwyczajnie.

Explicit Ills to film polityczny, stanowiący pewnego rodzaju lewicowy manifest. Splatając ze sobą przypadkowe epizody, Webber kreśli portret ubogiego życia na filadelfijskich ulicach: od sprzedawania narkotyków, przez zbieranie psich odchodów za pieniądze, aż po rozpaczliwe próby kupienia po zniżce lekarstwa na astmę. Zresztą on sam słowo “portret” będzie traktował dość dosłownie – przebitki na namalowany obraz od początku będą nam sugerować, że losy bohaterów w jakiś sposób, prędzej czy później, się splotą.

Kadr z filmu “Wszystkie nasze choroby”

Choć jego debiutancki film będzie formą znacznie odstawać od kolejnych, połączonych interpretacyjnie ze sobą dzieł, już tutaj dało się wyczuć pewien styl Webbera – autora. Po pierwsze twórca Wszystkich naszych chorób jest w swoich zakusach bardzo dosłowny. Gdy nagle uśmierca jednego ze swoich bohaterów, uwidacznia się ideologiczne nacechowanie zapowiadanego plakatami od samego początku Marszu – będącego buntem przeciw porzuceniu obywateli, braku wsparcia ze strony aparatu państwowego oraz pozbawienia biednych szansy na godną opiekę medyczną. Mowa przecież o czasach tuż przed wprowadzeniem “Obamacare”.

Tu również uwidacznia się drugi, kluczowy dla jego filmografii trop: aktualność. To ona będzie naznaczać jego historie i kształtować ich bieg. Co jednak ważne, nie zawsze będzie to aktualność związana z sytuacją geopolityczną – z czasem jego dzieła przerodzą się w formę autoterapii i radzenia sobie z własnymi demonami: rozstaniem i samotnym ojcostwem, powracającą figurą rodzica, czy toksycznymi, zabójczymi relacjami, w jakich tkwi.

W finalnej sekwencji Marszu, jedną z osób w tłumie jest sam reżyser. Z perspektywy czasu można ten fakt odczytywać symbolicznie, jako zapowiedź filmów, które dopiero nadejdą i które będzie w przyszłości kręcił; od teraz zawsze ze sobą w roli głównej. Skłaniałbym się nawet ku stwierdzeniu, że to jedyny film zrobiony w pełni dla widza. W przypadku jego kolejnych dzieł, Webber będzie je tworzył w równym stopniu dla siebie.

II

W kolejnych czterech filmach, orbitujących w okół tematyki ojcostwa i relacji damsko -męskich, Mark Webber będzie odgrywał główne role, a na resztę obsady będą składać się jego najbliżsi. Najczęściej wybór będzie badać na życiową partnerkę Theresę Palmer, ale przed obiektywem kamery zobaczymy chociażby mamę reżysera, czy bardzo młodego syna Bodhiego.

Mark Webber najczęściej obsadza się w postaci ojca stojącego na życiowym zakręcie. W Końcu miłości musi skończyć z życiem lekkoducha-aktora i zająć się swoim synem po śmierci żony, w The Ever After jego córka będzie spoiwem pogrążonego w kryzysie związku i przyczyną podjętej walki z uzależnieniem od narkotyków. Wreszcie, jego najnowsze dzieło – premierujące na AFF-ie The Place of No Words, to opowieść o pożegnaniu ze światem i próbie uchronienia syna przed wizją taty skrępowanego i zniszczonego przez nowotwór.

Kadr z filmu “Koniec miłości”

W swojej czwartej produkcji Webber, wychowywany przez całe życie jedynie przez matkę, postawi się po drugiej stronie i opowie o wizji tej relacji z perspektywy syna. W jednej z ostatnich scen Z krwi i kości, widzimy jak przyjeżdża pod dom niewidzianego od 30 lat rodziciela, by domknąć pewien rozdział w swoim życiu. I ta scena okaże się autobiograficzna – w trakcie przygotowań do filmu faktycznie spotkał się z nieobecnym od lat ojcem, który porzucił jego i jego bardzo młodą matkę, skazując ich na bezdomność. Znamienna jest jednak myśl, która przyszła mu do głowy gdy zobaczył go pierwszy raz i gdy mógł z nim porozmawiać: “Żałuję, że tego nie nagrywam”.

Ten cytat obrazuje metodę reżyserską Webbera, polegająca na, w mniejszym lub większym stopniu, odtwarzaniu faktycznych sytuacji z jego życia. Inscenizacja nie odbiera jednak nic ze szczerości ojcowskiego powrotu do życia syna, szczególnie gdy, niby mimochodem, Mark zwraca się do niego “tato”. Nie ma w tym patosu, wielkich uścisków i płaczu. Jest bardziej smutek dwóch ludzi, którzy przegrali większość swojego życia – on, młodszy, chroniąc kumpli skazał siebie na długą odsiadkę w pensylwańskim więzieniu, on, stary, pozbawił się ciepła rodzinnego ogniska, wydając ostatnie pieniądze na kolejne działki narkotyków.

W swoich autokreacjach Webber ma sobie wiele do zarzucenia. Najlepszym świadectwem niech będzie scena z The Ever After – gdy nawet nie sili się, by sprawić swojej córce przyjemności i mamrocząc recytuje kwestie jednego z bohaterów rockowego musicalu o Czerwonym Kapturku. Brak w nim zaangażowania czy chęci – zasłania się natłokiem pracy, by wreszcie wybuchnąć i, niczym sfrustrowany nastolatek, zamknąć się w pokoju. Odwrócone zostaną również tradycyjne role – to córka przekroczy próg pokoju i spróbuje uspokoić jego strapioną duszę, by wreszcie się do niego przytulić; motyw dotychczas zarezerwowany dla postaci rodzica.

Kadr z filmu “The Place of No Words”

Tylko raz webberowski ojciec będzie postacią kryształową duchowo – w The Place of No Words. W jego ostatnim filmie nie chodzi o kolejną terapeutyczną grę ustawień, kreowanie postaci taty zmagającej się z różnymi demonami. To najbardziej poruszający traktat o odchodzeniu, który wreszcie nie bazuje jedynie na performatywnej koncepcji aktora-postaci, a istocie relacji rodzic-dziecko. Łącząc świat fantasy (w którym kreuje się na Ragnara, obrońcę swojego syna) i rzeczywistości (gdy jest osłabiony i przerażony widmem śmierci, a ratuje go noszona maska uśmiechu i wiecznie snuta opowieść, w której może być w pełni dla niego), próbuje ochronić swoją pociechę przed nadchodzącą traumą – będąc jednak świadomy, że jest ona nie do uniknięcia. Temat tabu, temat śmierci, wywołuje jednak na samym początku jego potomek , pytając “Dokąd idziemy gdy umieramy?”. Webber oczywiście nie chce odchodzić, chce cieszyć się każdą chwilą, szybko próbuje zmienić temat. Parę chwil później wyciąga syna z parującego bagna. Bodhi, mimo bardzo młodego wieku, spojrzy na niego z wyrzutem i powie: “Tę drogę miałem przejść samemu”. Podobnie będzie z żałobą, ojcowskim opuszczeniem – tak jak i jego tata, będzie musiał to przepracować samodzielnie.

III

Równie ważne w filmografii Webbera będą jego relacje z kobietami, ale o ile w przypadku dzieci kreowane historie będą bardziej jednoznaczne, to tu twórca Explicit Ills będzie eksplorował i opowiadał o nich z najmniej oczywistych perspektyw. Począwszy od nadużywającego alkoholu, fotografa-bon vivanta z The Ever After, przez poszukującego bliskości, młodego wdowca z Końca miłości i ustatkowanego, dobrego męża z The Place of No Words, kończąc na przytłoczonym emocjami społeczniku-recydywiście z Ciała i skóry. Każdy jednak na swojej drodze ma, bądź ma dopiero spotkać “ją”, która znacząco wpłynie na jego życie.

Najbardziej rozbudowany wątek romantyczny mamy w The Ever After, choć ekranowa miłość nie ma w sobie nic z romansu. Ava i Thomas, małżeństwo z pewnym stażem (grane przez Webbera i Palmer, wówczas dopiero rozpoczynających partnerskie życie), nie mogą ze sobą wytrzymać, a nić porozumienia co chwila zrywana jest przez jednego z nich. Dogadują się jedynie w dwóch przypadkach: gdy są pod wpływem narkotyków, bądź alkoholu, oraz w łóżku – gdzie rozładowują narastające napięcie brutalnym seksem i erotycznymi grami. Nawet wówczas, w najbardziej intymnych sytuacjach, na ich twarzach nie widać radości z bycia ze sobą, gdy naprzemiennie wyżywają na sobie całą agresję wynikającą z mieszkania pod jednym dachem.

Kadr z filmu “The Ever After”

My oglądamy ich w chwili gdy oboje w dwa diametralnie różne sposoby rozpoczną się ze sobą coraz bardziej rozmijać. Thomas w trakcie wyjazdu na zlecenie do Nowego Jorku będzie próbował uwieść napotkane kobiety. Nie uda mu się to z Rosario Dawson (tym razem wcielającą się w samą siebie), nie uda mu się to z zaręczoną agentką, która ma się nim w trakcie jego wyjazdu opiekować. Wreszcie, sfrustrowany seksualnie, przesadza z narkotykami i ląduje na podłodze jednego z branżowców. Tam nagi zostaje seksualnie wykorzystany i sfotografowany. W tym samym czasie Ava poznaje swoją duchową przewodniczkę, prowadzącą ją przez demony życia z uzależnieniowcem, oraz walczącą o jej samostanowienie.

Webber, choć The Ever After nie jest spełnionym filmem, podejmuje bardzo intrygujący temat – rozgraniczając “kochanie kogoś”, a “kochanie się w kimś”. Rozważania, które podejmował już w literaturze chociażby Leopold Tyrmand (“Siedem dalekich rejsów”), przeniesione na ekran nabierają bardziej dramatycznego wydźwięku. Scena, w której Ava kolejno zadaje pytania: “Kochasz mnie?”, “Czy kochasz się we mnie?”, w rytm “Creep” od Radiohead, stanie się chyba najlepszą w jego dorobku – szczerą, wypełnioną dialogową ciszą sumowaną rozlegającym się, zblazowanym głosem Thoma Yorke’a. Tu też Webber wreszcie przestanie grać Thomasa i zacznie być sobą, a w jego oczach pojawi się szczery ból i niezręczność – jak gdyby nie tylko nie wiedział co odpowiedzieć Avie jako postaci, ale również czy może szczerze przytaknąć swojej życiowej partnerce.

Co często podkreślał, najważniejszą kobietą w jego życiu przez długi czas była mama. I choć na kanwie filmowej często unikał tego tematu, skupiając się bardziej na postaci ojca (choć – fakt, faktem – to matka zawsze była tym dobrym rodzicem, szczególnie w The Ever After), to nie mógł uciekać od niego w nieskończoność. Dlatego też, w najbardziej autobiograficznym Z krwi i kości zaprosił przed kamerę swoją matkę, Cherry Lynn Hokalę, bardzo znaną aktywistkę partii Zielonych, kandydatkę na vice-prezydent w roku 2012 (informację o tym fakcie inscenizuje w filmie, gdzie Hokala przedstawia mu ją w natłoku innych zadań – Webber zapewnia, że jest to scena odwzorowująca całą sytuację 1:1, gdy mama powiedziała mu o tym jak gdyby nigdy nic).

Kadr z filmu “Z ciała i krwi”

Naturalna chemia, którą widać na ekranie, uwiarygadnia całą filmową sytuację: powrót do domu rodzinnego świeżo wypuszczonego z więzienia Marka i próbę odnalezienia się w nowej rzeczywistości: od nowego ojczyma, do diagnozy jego brata. Często też mamy wrażenie – jako, że w Z krwi i kości Mark Webber gra siebie ze zmienioną biografią, wszystkie zarzuty, które kierują z matką w swoją stronę, są pozanarracyjne. Od blokowania kontaktu z biologicznym ojcem, przez ignorowanie problemów jego brata – zmagającego się z chorobą Aspergera – wszystko w imię społecznej aktywności i dobrostanu bezdomnych (reżyser wraz z matką przez swoje doświadczenia z bezdomnością, są jednymi z najgłośniejszych aktywistów zmian w sprawie mieszkań socjalnych). Hokala swoje wyrzuty również będzie kierowała w stronę kamery – jednak nie tej kierowanej przez Webbera, a Rico, tworzącego na potrzeby filmu własny dokument o dziejach rodziny. Tak jest łatwiej.

IV

Mark Webber w tym roku na American Film Festival otrzyma nagrodę Indie Star, a jego produkcje wreszcie zostaną pokazane na dużych ekranach w naszym kraju. Pomijany dystrybucyjnie – zarówno u nas jak i za oceanem – twórca, sam skazuje się na taki los, kreując produkcje często przypominające archiwum domowe i pojedyncze filmowe inscenizacje w gronie rodziny i przyjaciół. Ta jednak forma umożliwia mu (jak i jego żonie, jednej z bardziej cenionych australijskich aktorek ostatnich lat) stworzenie czegoś, na co nie ma miejsca nawet w najbardziej niezależnych produkcjach, do których zostaje zatrudniony jako aktor – wykreowanie sobie kinowego mikrokosmosu, w jakim zawsze chciał wystąpić. Na ukazanie swoich postulatów politycznych i społecznych. Nakręcenie własnej wizji relacji i związków.

Webber, zarówno aktor jak i reżyser, nigdy nie będzie pretendował do miana najwybitniejszych – jego produkcje czy ekranowe kreacje, choć nigdy nie wybijają się ponad solidność, nigdy również nie schodzą poniżej pewnego poziomu. W jego karierze ważniejsza jest jednak inna cecha form audiowizualnych – szczerość. A tego – czy gdy wciela się w dobrego kumpla Scotta Pillgrima u Edgara Wrighta, czy gdy autokreuje się w swoich dziełach – nigdy nie można mu odmówić.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.