Advertisement
KinoRecenzje

Bolesne powroty. Recenzujemy “Powrót do tamtych dni”

Maciej Kędziora
fot. materiały promocyjne filmu "Powrót do tamtych dni"

Uwaga: Zarówno tekst jak i film Konrada Aksinowicza podejmuje temat uzależnienia od alkoholu i przemocy domowej. 

Miałem w pokoju wiadro Lego. Nie było ono wielkie, ot pojemnik z uchwytem, w którym mimowolnie łączyły się kolekcje i kolory. Klocki zajmowały moją głowę, izolowały od zewnętrznego świata. Układałem je, często bez ładu, łączyłem nieprzystające, wymieszane części. To, co robiłem, nie było składne; w porównaniu z innymi budowlami – wręcz pokraczne. Ale jednocześnie sam fakt układania przybliżał mnie do rówieśników, pozwalał liczyć na akceptację z ich strony. 

Magiczne były okazje, gdy dostawałem nową kolekcję klocków. Świeże, zafoliowane zestawy, podzielone na woreczki, segmenty i etapy, zawsze posiadały instrukcje. A my, Maciek ośmioletni i Maciej piszący, potrzebujemy takich instrukcji. Lubimy kroczyć utartymi ścieżkami, znajdując w nich bezpieczeństwo. W nowym zestawie Lego znajdowałem obietnicę, że uda się coś stworzyć. Być może coś w swym wyglądzie tak pięknego i trwałego, że za parę miesięcy, na parapecie, zdążyłby osiąść na nim kurz. Ale i tak nie potrafiłbym go ruszyć – każdy zestaw był dla mnie świadectwem, że może być coś, co wytrzyma próbę czasu. 

I

Gdybym kiedyś miał okazję poznać Tomka Malinowskiego, zapewne zazdrościłbym mu jego zręczności w ustawianiu ludzików. Kunsztu w wytwarzaniu mniejszych i większych budowli. Mam jednak nadzieję, że byłoby mi dane zapytać go, skąd czerpie takie niesamowite pomysły. 

Główny bohater Powrotu do tamtych dni, wsłuchując się w nagrania wysyłane przez ojca, za pośrednictwem Lego odtwarza jego amerykańską rzeczywistość. Stawia własny wieżowiec, buduje windę łączącą przekraczające możliwości polskiego budownictwa, nieziemsko wysokie kondygnacje. Korzystając z klocków, Tomek śni własny, amerykański sen. Sen o byciu razem z tatą i mamą po drugiej stronie oceanu, o lepszej wersji „5, 10, 15” w telewizji, o brzmieniach nowych zespołów, które jego ojciec, radiowiec, na pewno odkrył buszując po lokalnych vinyl shopach.

Tomek, jak stereotypowy wręcz bohater filmów o dojrzewaniu, ma paczkę przyjaciół, rzuca nieśmiesznymi żartami, równie łatwo obraża się i wybacza. Szybko się zakochuje, by później trawić w sobie uczucie młodzieńczej miłości i ujarzmiać pierwszy, podskórny lęk przed odrzuceniem. Opowiada o swoich pasjach, gloryfikuje rodziców, broni ich do ostatniego tchu. Tęskni, kocha i chce być kochany. Jak każdy. 

Jak każde dziecko lubi także niespodzianki. Nie tylko prezenty, ale i niespodziewanych gości – i taki czeka na niego pewnego dnia pod blokiem. Ojciec wrócił, przywożąc ze sobą ducha Ameryki. Przyciemniane okulary, wyhodowanego na emigracji wąsa, walizkę wypchaną rzeczami oraz dolarami, dżinsową kurtkę i plan na lepsze jutro. Jest jakby nam znany, ale całkowicie odmieniony. Podobnie odgrywający go Maciej Stuhr, niby ten sam co zawsze, ale jednak całkowicie inny. 

Nietrudno Tomkowi patrząc na Aleksandra, jak i nam, widowni, patrząc na Stuhra, uwierzyć że zrobił za granicą karierę. W końcu przywykliśmy już do jego ekranowej brawury, showmańskiego drygu, który trząsł fasadami filmowych konwencji. To on był Tomkiem Wilczyńskim, gwiazdą w samym centrum Planety singli – być może bucowatym, ale jednak ubóstwianym prowadzącym popularnego talk-showu; to on tanecznym krokiem i brawurowym swingiem w Excentrykach Majewskiego przedstawiał w Polsce jazz; wreszcie to on w Listach do M. był ciepłym głosem ogrzewającym w świąteczne wieczory w Radio Zet. Dotychczas w krwiobiegu ekranowych bohaterów granych przez Stuhra płynął sukces, był oczywistością, czymś, czego nie powinniśmy kwestionować. Więc i tu nie kwestionujemy; sądzimy, że Alek Malinowski to jeden z niewielu wygranych transoceanicznych migracji. 

Z każdą sceną w Alku zaczyna coś jednak narastać. W jego historii pojawiają się rysy, status majątkowy coraz bardziej pozwala kwestionować jego historię, a w tle zaczynają migać coraz wyraźniej demony przeszłości. Alkohol, słowo zakazane, pojawiające się w domysłach i przypuszczeniach. Słowo, wybrzmiewające między wierszami w rozmowach syna z matką Heleną (w tej roli znakomita Weronika Książkiewicz). Słowo ukryte w warstwie lukru, wypalone przez intensywnie świecące słońce, szarość przeszłości, skontrastowana z rozbuchaniem kolorystycznym nowych kurtek i sukienek. Dla każdego, kto jednak doświadczył choroby alkoholowej, pewne jest, że ono prędzej czy później powróci. 

II

Przeczytaj również:  Tinderowe romanse, ciężary rodzicielstwa i kreatywne animacje. Przegląd programu Short Waves Festival

Alkohol w polskim kinie był bohaterem prawie od samego początku. Czasem pojawiał się w scenach slapstickowych, jako najzabawniejszy moment filmu. Chyboczące się nogi, lekko zaciągający, dukający głos. Był formą eskapizmu w romantycznym micie – w Eroice latający, opróżniony przez głównego bohatera tokaj uderza w czołg, co komicznie akcentuje odtwórca roli Edward Dziewoński. Parę lat później ten sam aktor, wraz z Bogumiłem Kobielą, znów w oparciu o slapstickową konwencję (tym razem w Zezowatym szczęściu), rozbijają się podpici po klatkach schodowych, głośno zaśpiewując. Zresztą ten wątek przewija się do dziś – by nie sięgać zbyt daleko, w Teściach rozlewane przez zwaśnione rodziny shoty mają leczyć nerwice, rozbawić, a także odpowiedzieć na wracające jak mantra pytanie: „To co, napijemy się?”. 

Obok komizmu alkoholu i jego efektów, pojawia się także drugi motyw – radykalnego ukazywania picia. Trudno bowiem inaczej nazwać to, co dzieje się w filmach Wojtka Smarzowskiego. Tam wódka staje się wręcz mitotwórczym duchem: otwiera wrota zła, jest dla reżysera alegorią polskości, którą zatruwają się bohaterowie. Proces ten rozpoczął się w oryginalnym Weselu, zalanym hektolitrami gorzały. Odegrał rolę w Domie złym, gdzie pędzenie bimbru było preludium do mordu. Był także w Klerze, gdzie wyścigi alkoholowe miały nas bawić, szydzić, ale i pozostawić przestrzeń na aktorskie grymasy, odchylenia karku, co bardziej wymyślne sposoby spożywania substancji. 

Przede wszystkim był w Pod mocnym aniołem. Filmie, który bazował na sekwencjach wlewania w siebie trunku, zbliżeniach na Więckiewicza posuwającego się do coraz większego ekstremum. W adaptacji spowiedzi Jerzego Pilcha nie było nic z empatii. Ot, kolejne przesuwanie granic, pozbawione dramatyczności, pozostające w podziwie dla własnych możliwości technicznych. Popis Roberta Więckiewicza, popis montażowy. Popis inwencji, zachwyt nad formą. 

Polskie kino – jak widać na przykładzie tego ostatniego filmu – lubiło się w opowiadaniu o osobach chorujących na alkoholizm. Dbało o rozpisanie brawurowej roli dla głównego aktora (jak w Żółtym szaliku, często z rozrzewnieniem wspominanym ze względu na monologi Janusza Gajosa o „zmrożonej substancji”), o jak najszerszy zakres przedstawienia jego upadku. Tkwiło w pewnej pętli – narzuconej przez Wojciecha Jerzego Hasa w zapisanej złotymi zgłoskami w historii rodzimego kina adaptacji opowiadania Marka Hłaski (o czym wspominała prof. Iwona Kurz w podcaście “Co ćpać po odwyku”). Pętli symbolizującej zamknięty krąg, w jakim tkwią protagoniści. Wieczne cyrkulowanie w tej samej narracji, wieczne opowieści o samowyniszczeniu. Cząstka „samo” jest tu zresztą bardzo istotna – rzadko kiedy w narracji skupiano się na otoczeniu, rodzinie protagonistów. 

III

Dla Konrada Aksinowicza alkohol, stojący w centrum historii, nie musi stać w centrum kadru. Dlatego nie pokazuje często przed kamerą sekwencji picia, nie zmusza Macieja Stuhra do wlewania w siebie płynów, do krzywienia się po każdym łyku. Nie to jest bowiem najważniejsze w cyklu nałogu. Nie sam proces jest jego sednem. Najważniejsze jest to, co powoduje w bliskich, a także jak zmienia Alka, jak go wyniszcza, jak wyżera jego rozum. 

fot. kadr z filmu “Powrót do tamtych dni”

Reżyser, wywodząc historię z własnych doświadczeń, opowiada o chorobie z punktu widzenia Tomka. Syn, nie mający jeszcze świadomości swego współuzależnienia, przejmuje w chorobie taty rodzicielską rolę. To on staje się jego opiekunem, pomaga mu, wnosi go na łóżko, zmienia ubrania. Zrzucona na jego barki odpowiedzialność przerasta go – nikt nie powinien musieć znajdować się w jego sytuacji. 

Życie osoby współuzależnionej to nie tylko konieczność odpowiedzialności za chorego członka rodziny, często to gra w alkoholowego chowanego, polegająca na odkrywaniu wciśniętych w zakamarki mieszkania pełnych butelek, jak i nocny strach, lęk przed dźwiękiem przekręcanego klucza w zamku. Aksinowicz ten strach wygrywa bardzo przejmująco, a dla osób dotkniętych traumą nałogu w rodzinie, boleśnie realistycznie. W ciemności nie mamy gdzie odwrócić wzroku, a nasz słuch, bardziej wytężony, wyłapuje każde słowa kłótni, każdy krzyk, wrzask. W Powrocie do tamtych dni czuć pulsujące serce Tomka lękającego się tego, co dzieje się za ścianą, bojącego się o życie swoje oraz matki.

Aksinowicz odziera spożywanie alkoholu z jakiegokolwiek komicznego wydźwięku – w piciu nie ma nic śmiesznego. Nie oznacza to jednak, że w samej opowieści unika humoru; wręcz przeciwnie, w trakcie dnia zakłada Tomkowi maskę, by wśród znajomych mógł nadal próbować egzystować. Te formy ucieczki dają i nam, widowni, chwilę oddechu – gdy możemy pod nosem uśmiechnąć się z żartu o miłości do Depeche Mode. 

IV

Przeczytaj również:  Urwane eseje Kogonady

W formę i jakość Powrotu do tamtych dni, patrząc na filmografię Aksinowicza, trudno uwierzyć. Zamiana była filmem co najwyżej fatalnym, przeżartym tanim humorem i koszmarnym poziomem aktorstwa. W spirali to przykład nieudanej artystycznej próby spełnienia. Nic nie zapowiadało, że zła karta się odwróci, brakowało ikry reżyserskiej, inwencji, ale co najważniejsze brakowało szczerości. Oba filmy były wyzute, wykoncypowane – raz komercyjnie, raz artystowsko. 

Aż wreszcie sprawdziła się zasada, że dzieło angażuje dopiero wówczas, gdy przepuścimy je przez własną wrażliwość. Zwrócimy kamerę na siebie; czasem w formie dosłownej, autodokumentalnej, czasem potraktujemy własne doświadczenia jako filtr naszej opowieści. To czyni Aksinowicz – DDA odkrywający się na ekranie ze wszystkiego. Tytularny powrót jest powrotem autora – reimaginacją dzieciństwa. 

Na Youtubie wciąż można znaleźć filmiki, które pomagały reżyserowi i jego ekipie rekreować świat. Aksinowicz, będący ich narratorem, pokazuje w nich zrekonstruowane z Lego mieszkanie – wskazuje jakie było jego rozlokowanie, odbudowuje meblościankę, zastanawia się nad ustawieniem kamery. Skupia się na pojedynczych szczegółach, newralgicznych aspektach podziału pokoi. Patrząc na Powrót do tamtych dni faktycznie zauważamy, że wizja zapisana na tych nagraniach została przeniesiona na ekran kina; Lego wewnątrz narracji ożyło. Jednocześnie analiza tych prac wskazuje na to, że nic nie zostało tu pozostawione przypadkowi, wszystko ma swoją rację bytu, znaczenie, istotę. Słowem, każda część opowieści pochodzi z niego, z reżysera. Jest wyrazem potrzeby tworzenia. 

Osobisty wymiar narracji nie przysłania jego uniwersalności. Scenografia Tomasza Bartczaka jest zarówno rekreacją wspomnień autora, jak i podróżą do mieszkań naszych dziadków i rodziców. W wyprawie tej, wbrew zapewnieniom osób piszących o filmie Aksinowicza, nie ma jednak miejsca na nostalgię. Oczywiście wkraczamy w świat przeszłości, ale raczej z punktu widzenia retrokrytyki niż potoku wspomnień i odniesień. 

Wymiar krytyczny Powrotu do tamtych dni nie skupia się tylko na chorobie alkoholowej, ale także na znieczulicy społecznej. W posttransformacyjnej, najntisowej Polsce każdy sobie, według swojego metrażu w mieszkaniu. Znieczulica własnościowa – to, co we własności wspólnej (cierpienie, krzyk, błaganie o pomoc) ma usunąć się na rzecz własności prywatnej – wówczas, w urojonym spokoju własnej duszy można zamknąć się we swoich czterech kątach. Ślepota sąsiedzka przeraża, kłuje, ale zarazem, jak żarzący się węgiel, zaczyna palić nas, zmusza nas do zastanowienia się, czy jesteśmy czuli na problemy innych, czy chcemy je zauważać. 

Tu być może tkwi istota filmu Aksinowicza. Był moment, na parę dni po wstrząsającym dla mnie seansie na Festiwalu w Gdyni, gdzie wówczas funkcjonujące jako Powrót do Legolandu dzieło stało się objawieniem konkursu głównego, kiedy zacząłem się zastanawiać, co to dzieło daje w zamian. Czy jest jakiś punkt, jakaś chwila , w której asocjująca nasze wszystkie emocje opowieść, boląca i kłująca daje coś nam, odbiorcom. Czy z tych zadanych ran coś wynika? I chyba właśnie w tym punktowaniu znieczulicy wyciągamy lekcje, naukę z całego seansu. Być może naukę wtórną, ale przypominającą nam, jak ważne jest koegzystowanie i wspieranie innych. 

***

Proces zmiany narracji w podejściu do choroby alkoholowej jest zauważalny. Wraz z książką Aleksandry Zbroi i filmem Aksinowicza, a także – z drugiej strony – z podcastem Juliusza Strachoty i Jakuba Żulczyka, dyskurs o nałogu i współuzależnieniu jest otwarty, ale też wreszcie poszerzający opowieść poza jednostkę. Być może dzięki nim zrezygnujemy ze stygmatów i uproszczeń, a także zaczniemy zastanawiać się nad losem Tomków i Helen. I zaczniemy ich wreszcie dostrzegać.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.