Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Babyteeth”, czyli przepiękny debiut Shannon Murphy [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. materiały promocyjne filmu "Babyteeth"

Dotychczasowy obraz filmów zderzających nastolatków z śmiertelnymi chorobami, albo uzależnieniami, sam fakt nowotworu czy mukowiscydozy stawiał w środku całej narracji. Tak było w przypadku Gwiazd naszych wina (zarówno wydaniu powieściowym, jak i ekranowym), podobnie też sprawa wyglądała w Trzech krokach od siebie, gdzie, mimo dominującego wątku miłosnego, widz nigdy nie mógł zapomnieć o cieniu choroby. Od tej formy opowiadania postanowiła odciąć się reżyserka Babyteeth, Shannon Murphy, tworząc dzieło radykalne formalnie, a przy tym absolutnie przepiękne. 

Milli (Eliza Scanlnen) nie zostało już wiele czasu. Nie wiemy tego od początku, ale kiedy znikąd pojawia się nagły nawrót nowotworu zmuszający młodą dziewczynę do ponownej chemioterapii, każdy dzień przebyty bezboleśnie wydaje się na wagę złota. Jedynym pozytywnym impulsem, trzymającym bohaterkę na fali wznoszącej, jest przypadkowo spotkane pierwsze silne zauroczenie w postaci wyrzuconego z domu, uzależnionego od środków odurzających i starszego o kilka lat Mosesa (Toby Wallace). Ich relacja, jej budowanie, związane z wieloma rozczarowaniami, wątpliwościami moralnymi, starciami z rodzicami, będzie motorem napędowym całej opowieści. Historii przepięknej, w której reżyserka udowadnia, że w obliczu ludzkiej tragedii można zbudować narracyjnie coś poruszającego, nie korzystając bynajmniej z prostych form ekranowej ckliwości. 

Babyteeth
fot. materiały promocyjne filmu Babyteeth

Patrząc bowiem z perspektywy narracyjnej, rzadko kiedy widzimy Milę w stanie słabości chorobowej. Jej nocne eskapady, koncerty smyczkowe, wewnętrzny bunt i anarchizm emanują siłą, chęcią uzyskania wolności, oddechu od trudów codzienności. Murphy oszczędza nam wielu scen samej terapii czy przyjmowania leków – woli skupić się na pozytywach, a jeśli już przyjmuje ton konfliktowy, to opiera go głównie na problemach “typowych” dla osób w wieku głównej bohaterki: alkoholu, imprezach, walce z rodzicami o autonomiczność, chęci poznania wolności. Dzięki temu możemy na Milę patrzeć jako na samostanowiącą jednostkę, której, mimo wiadomych ograniczeń, choroba w pełni nie określa.  

“Babyteeth” to jednak nie tylko opowieść o Milli, ale również o jej bliskich, którzy na skutek choroby musieli zredefiniować swoje życie. Tu również film Murphy wyróżnia się na tle innych produkcji opowiadających o chorobie i jej wpływie na rodziny. O ile w większości przypadków rodzice są postaciami kryształowymi, co najwyżej nadopiekuńczymi, tak tutaj zmagają się oni z poważnymi problemami egzystencjalnymi. Matka Mili, by przeżyć i funkcjonować na wyższym diapazonie, musi wspomagać się Xanaxem umożliwiającym jej trzeźwe myślenie (chyba że akurat przesadzi z dawką), ojciec natomiast, zaszyty nitką skłębionych w sobie emocji, robi wszystko, by dziewczyna nie widziała po nim trudów codzienności, co odbija się również na jego psychicznym stanie. Gdy do tego tria w pewnym momencie, na jeszcze bardziej pokrętnych zasadach, dołączy trapiony swoimi własnymi problemami i przeszłością Moses, akordy opowieści rozłożą się równomiernie, bo Murphy w żadnym momencie nie będzie stawiać konkretnych postaci na narracyjnym piedestale. 

Odważnym jest również sam sposób prowadzenia narracji. Zamiast zdecydować się na tradycyjną, linearną formę, otrzymujemy wręcz definicje “chwytania dnia” – reżyserka wybiera parę odległych od siebie momentów, sinusoidalnie przerzucając nas od euforycznych do tragicznych chwil w życiu bohaterów i tłumacząc poprzez ekranowe didaskalia konkretny stan w danym momencie. Poza zdynamizowaniem narracji, ten zabieg ma jeszcze jeden, bardzo znaczący dla całej produkcji cel: dzięki niemu możemy zapomnieć o smutnej codzienności, widząc jedynie te odbiegające od statusu quo momenty. 

“Babyteeth” to jednak nie tylko imponujące podejście do sposobu opowiadania historii, ale również onieśmielająca feria barw pojawiająca się na ekranie. Film Murphy zachwyca wizualnie – od neonowej sekwencji imprezy, gdzie wszystko skąpane jest w błękicie i fiolecie, po ciepły i zapewniający bezpieczeństwo dom głównej bohaterki. Odpowiedzialny za zdjęcia Andrew Commis paletę barwną rozplanowuje bowiem nie na poszczególne sceny, ale na cały film – rozpoczynający się od spokojnych kolorów, w środku intensyfikujący swoją wyrazistość i na sam koniec, w momencie wyciszenia, wracający do początku, by zostawić widza z pieniącymi się na wybrzeżu falami. 

fot. materiały promocyjne filmu “Babyteeth”

W swojej reżyserskiej etiudzie Eaglehawk Murphy opowiadała historię kobiety, która przebiera się za Yeti by umocnić przekonanie poszukiwaczy i tropicieli kreatur o istnieniu Wielkiej Stopy. Tak samo przebiera się każdy z bohaterów “Babyteeth” – zakładając maski, zszywając wewnątrz siebie uczucia, udając, by nie niszczyć innym humoru. Ale jednocześnie każdy darzy tutaj całą resztę szczerą miłością i roztacza opiekę nad swoimi bliskimi. 

Oczywiście wielu sceptyków, może powiedzieć, że sam schyłek opowieści Murphy jest znany. I pewnie mieliby oni rację, ale nie chodzi przecież o linearny koniec opowieści, a o zaburzające nieco chronologię narracji zakończenie. Ostatnią scenę, piękną, poruszającą, a także – co znamienne dla całego debiutu reżyserki – bardzo mądrą. I jeśli ktoś miałby znaleźć jeden, ostateczny powód dla którego warto zobaczyć “Babyteeth”, to byłaby to właśnie ta wieńcząca wszystko scena.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Eaglehawk, Swallow

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.