KinoRecenzje

Powrót do przeszłości, czyli „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” [RECENZJA]

Maciej Kędziora
Źródło: materiały prasowe

W fazie powrotów wielkich wytwórni do ozłoconych dystrybucyjnymi milionami tytułów nie mogło zabraknąć Indiany Jonesa. Zresztą, pod względem nostalgicznej fali wprost z lat 80., obecnej nawet na canneńskim Croisette, Artefakt przeznaczenia zajął billboardami i pozycją w rozkładzie pokazów miejsce zeszłorocznego Top Gun: Maverick. A Harrison Ford, podobnie jak Tom Cruise, otrzymał honorową Złotą Palmę. Oczywiście, waga gatunkowa wydaje się niewspółmierna. Tam gdzie pierwsza część Top Guna była pojedynczym klasykiem, Indiana Jones jest postacią kultową; symbolem Kina Nowej Przygody, ikoną, na której wychowały się pokolenia (w tym niżej podpisany). Bohaterem, na którego pomysł zdawał się już wyczerpany – czego przykładem była absolutnie niespełniona Kryształowa Czaszka, pożegnanie z serią Stevena Spielberga. Z Jamesem Mangoldem u steru Ford zakłada skórzany kapelusz po 15 latach. 

Przed seansem, a zwłaszcza po zwiastunie, spodziewałem się, że po raz kolejny pozostanie zmierzyć się z goryczą rozczarowania. Maverick był w końcu pozytywnym wyjątkiem od reguły – dziełem samodzielnie spełnionym, a nie żerującym na oryginale. Bez żadnych oczekiwań, na bardzo deszczowym Lazurowym Wybrzeżu okazało się, że jest w Jonesie jeszcze wiele siły. Choć nie od samego początku. Pierwsza sekwencja, jeszcze z czasów II Wojny Światowej (a właściwie jej kresu, gdy wszyscy są świadomi porażki), powraca do lat, gdy naczelny wojownik wśród archeologów był aktywnym poszukiwaczem skarbów.

Powraca także technologia – filtr na twarzy Harrisona Forda czyni go młodszym, ale podobnie jak miało to miejsce w Irlandczyku, mimo lepszego wykonania, mamy poczucie obcości. Komputerowa animacja wkracza w dolinę niesamowitości. Zwłaszcza, że w prologu Indiana otrzymuje umiejętności iście superbohaterskie: pokonuje każdego, przeżywa wybuch (w Kryształowej Czaszce była to bomba atomowa, tutaj zrzucona bomba), nikt nie jest mu w stanie zagrozić. I traci przy tym znak ejtisowego Indy’ego – jest bardziej pomnikowy, mniej zblazowany. 

Przeczytaj również:  „Spadek" – jakości polskiego kina [RECENZJA]
Źródło: materiały prasowe

Na szczęście prolog to jedyny moment sztucznego odmładzania Forda. Gdy Mangold pozwala mu być starszą wersją, emerytowanym doktorem Jonesem, zagubionym we współczesnym (1959) roku wykładowcą, Artefakt przeznaczenia nabiera własnej duszy. Przestaje być wygenerowany w sposób wyrachowany, a staje się klasyczną narracją; od pękniętego, lekko gburowatego protagonisty, do zmienionego duszą człowieka. Cała fabuła jest jak zazwyczaj pretekstem; zawieszenie niewiary musi być z miejsca bardzo wysokie – w końcu poszukiwany zarówno przez Indy’ego, jak i przez byłego nazistowskiego profesora, Schmidta, tytułowy artefakt stworzony przez Archimedesa, ma pozwolić podróżować w czasie, gdy tylko warunki pogodowe na to pozwolą. Reżyser tym samym czerpie także z innego klasyka Kina Nowej Przygody: Powrót do przyszłości wybrzmiewa w kilku momentach bardzo mocnym echem. 

Właśnie w tym kluczu należy czytać nową odsłonę serii. Jest to hołd dla czasów minionych. Chodzi o to, by zaakceptować jego kicz, kuriozalność, pewien pastisz, w którym Mangold nie zamierza się zatrzymywać. Tam, gdzie Spielberg w mistycyzmie opierał się pełnemu puszczeniu wódz fantazji, w Artefakcie przeznaczenia przekraczamy granicę absurdu. Jeśli ten przeskok, dość radykalny, przyjmiemy, będziemy się świetnie bawić. Jeśli jednak jego brak pohamowania nas odrzuci, cała opowieść rozpadnie się na naszych oczach. W końcu tegoroczny Indy do połączenie komiksu, opowieści o superbohaterze, a także rozważań na temat alternatywnych wersji historii. 

Źródło: materiały prasowe

Sam sposób prowadzenia narracji jest męczący, a wspomniane zawirowania fabularne bardziej zniechęcały mnie do kontynuowania podróży, niż porywały z siedzenia. Ale Mangoldowi, mimo wszystkich zagadkowych pomysłów, udaje się wprowadzić do serii postać, która odmienia los jego dzieła. Wraz z pojawieniem się chrześnicy Jonesa, Heleny (Phoebe Waller-Bridge), narracja zaczyna tętnić życiem. Humor Waller-Bridge oczywiście jest, w zgodzie z jej emploi, sarkastyczny, zabawny i cięty, ale po paru chwilach bohaterka stała się znacznie ciekawsza niż sam, znany nam od lat, archeolog. W rozgrywce między dobrem i złem, wokół której rozgrywały się losy poprzednich części, Mangold zaczyna stawiać pytania o moralność, etykę wyboru. Pojawia się aspekt kapitalistycznego rozliczenia. Uosobieniem tych wyborów staje się właśnie Helena, a wraz z nią potencjał na zwroty akcji, zaskoczenia i energia. Coś nowego, czego chcemy się chwycić, być może kolejne otwarcie, zapowiedź przyszłych serii (w każdym razie bardzo bym tego chciał). 

Przeczytaj również:  Ani mru mru. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy” [RECENZJA]

Powierzenie opowieści Jamesowi Mangoldowi było z jednej strony wyborem dobrym, wprowadzeniem innego spojrzenia, z drugiej strony wyborem, mam wrażenie, tylko jednokrotnym. Jest to bowiem dzieło działające w pełni na nostalgii – nowe otwarcie związane powinno być w przyszłości tylko z Heleną, natomiast opowieść o Indym ma, moim zdaniem, bardzo piękne zwieńczenie. W tym kluczu Mangold wykonał swoje zadanie, jednocześnie zamykając drzwi przed kolejnymi odsłonami; historia Jonesa wydaje się kompletna, a powrót do dzierżenia kapelusza i bicza będzie można uznać za niepotrzebne rozwlekanie domkniętej podróży. 

Jedną z najczęściej powtarzanych przez archeologa fraz jest: That belongs in a museum. I mam wrażenie, że podobnie jest z samą serią – cudownie zobaczyć ją w odnowionej wersji, ale jednocześnie ze świadomością, że jest to tylko pojedynczy zew przeszłości, stylistycznej i narracyjnej.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.