Advertisement
American Film Festival 2021FestiwaleFilmyRecenzje

Już jest dobrze. Recenzujemy “Violet” Justine Bateman

Maciej Kędziora
violet
Fot. Kadr z filmu "Violet" / American Film Festival

Początkowo oglądając “Violet”, myślałem, że poszatkowany montaż to kolejne intro producenckie. Pękająca pod naporem kija baseballowego szyba, spalona fotografia czy pozostały szał klatkażu okazuje się jednak wstępem do świata tytułowej bohaterki, prześladującymi ją wizjami, myślami z przeszłości. Ten zbitek scen to jeden z wielu narracyjnych symboli głosu wewnętrznego krytyka Violet. Krytyka, który ją prześladuje, blokuje i z którym to musi finalnie wygrać, przekraczając narzucane przez samą siebie ograniczenia. 

Justine Bateman w swoim pełnometrażowym debiucie opowiada o wiecznej niepewności i niedocenianiu samej siebie. Violet jest szefową pionu produkcyjnego jednego z mniejszych, acz prosperujących studiów (wiele osób wskazuje, że to właśnie jej działalność przyczyniła się do uzyskanego przez markę prestiżu). Kobieta pracuje ponad stan, nie wychodząc prawie z rzeczywistości planu filmowego. Niestety – główna bohaterka nie potrafi się sprzeciwić złemu traktowaniu. Nie reaguje na pogardliwe, seksistowskie teksty szefa, idzie na rękę osobom pracującym w jej pionie, boi się, że brak zgody na wchodzenie w relacje z osobami z branży zniszczy jej karierę. 

Strach nie bierze się jednak znikąd. Symbolizuje go głos, który Violet słyszy w swojej głowie – jej własny, najostrzejszy krytyk. To on knebluje jej emocje, buntuje się wobec jej potrzebom. Stąd też bierze się dźwiękowa kakofonia słyszana w ścieżce dialogowej filmu, symbolizująca własne empiryczne postrzeganie świata, opierające się na zderzeniach własnego “ja” (głos grającej Violet Olivii Munn) i “ja” opresyjnego (głos Justina Theroux). Bateman dokonuje również transpozycji wspomnianych starć poza linię dźwiękową. Na ekranie kadry z życia bohaterki przesłaniają napisy, mające ukazać jej faktyczne potrzeby (takie jak “Jestem ważna”, “Nie chcę tego”, “Przechodzę na drugą stronę”), które bywają kontestowane z zalewającą przestrzeń wizualną krwistą czerwienią – momentami, w których z dobrostanem Violet wygrywa Głos. 

violet
Fot. Kadr z filmu “Violet” / American Film Festival

Forma obrana przez reżyserkę wymagała, by prawie przez cały czas kamera obserwowała Olivię Munn. Obiektyw jest tutaj aparatem opresji – zamknięcie jej w kadrze jest klaustrofobiczne, podobnie jak powolne zbliżenia. Każdy zoom zakleszcza ją, atakuje, czy, pod względem możliwości aktorskich, ogranicza jej ruch. Z tego ograniczenia Munn wychodzi jednak obronną ręką, zamykając w mimice twarzy Violet wszystkie jej emocje – od nerwowego mrugnięcia okiem, przez lekko wykrzywiające się rysy twarzy, aż do przerażonych oczu. 

W Violet intryguje zwłaszcza jeden element – komentarze reżyserki na temat Hollywood. Bateman poza ukazywaniem schematów przemocowych na tle seksualnym, opowiada także o paradygmatach produkcyjnych – podziałach na mainstream i scenę amerykańskiego indie. Wyraża je poprzez wymarzony projekt, którego główna bohaterka boi się zrealizować – nie chce by jej otoczenie postrzegało ją jako zwolenniczkę arthouse’u, antagonistkę komercji. Jednocześnie nikt z widowni nie wątpił, że to właśnie jej wyśnione dzieło brzmiało znacznie lepiej niż którykolwiek z już zrealizowanych filmów (choć rzecz jasna, nie mogło być inaczej na festiwalu kina niezależnego). 

violet
Fot. Kadr z filmu “Violet” / American Film Festival

Tak więc kiedy Violet sygnalizuje wady środowiskowej rzeczywistości, absolutnie wciąga i zaprasza do swojego świata. Imprezy, rozmowy, negocjacje – tu Bateman kreśli wielopoziomową krytykę głównego nurtu (nieciekawi ludzie w garniturach, dla których największym wyzwiskiem jest słowo “artsy”), ale i wprowadza do magii amerykańskiej niszowości (przyjaźni, planowanych przez lata narracji, wspólnych seansów). Problematyka pojawia się w chwilach, gdy sekwencje zabawne, świetnie sarkastyczne, ironiczne, zestawiane są ze scenami romantycznymi, które, choć narracyjnie bronią się i mogłyby wzruszyć (zwłaszcza niżej podpisanego fana wszelkich romkomów), przez niepotrzebne już w nich napisy na ekranie i ckliwą muzykę, śmieszą. 

Zazwyczaj mówi się, że cel uświęca środki. W przypadku filmu Bateman cel je usprawiedliwia. Violet należy przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza – z jednej strony świetnymi rolami Munn i grającego jej przyjaciela Luke’a Braceya, z drugiej  z ckliwością czy nie do końca wytrzymującymi próbę pełnego metrażu zabiegami formalnymi. Chciałoby się, by cały metraż był tak brawurowy jak początkowy montaż, tak pomysłowy jak branżowa ironia tudzież strona foniczna filmu. Finalnie jednak, choć w otoczeniu wielu wad, Violet kończy się emancypującą myślą, o tym, że gdy polubimy siebie, wszystko będzie lepiej. I nie jest to tylko tyle. To aż tyle. 

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.