FelietonyPublicystyka

Miłosny mit kina [FELIETON]

Maciej Kędziora
Przed wschodem słońca
fot. kadr z filmu "Przed wschodem słońca"

W tym roku Przed wschodem słońca obchodzi 25. rocznicę premiery. Poniższy tekst nie ma być próbą recenzji, bardziej przybliżeniem mitu i mocy sprawczej kina, o której przekonałem się dzięki Linklaterowi. Bo, jak pisał Stanisław Jerzy Lec, Mit oddziałuje na świadomość.

I

Profesor Ryszard Koziołek w intymnym wstępie do Dobrze się myśli literaturą, znakomitym zbiorze esejów o wpływie książek na nasze, a właściwie jego, życie, opisywał swoje pretensjonalne skłonności młodzieńczych lat. Czas gdy na plaży wyciągał co bardziej inteligencką książkę, licząc że zaimponuje przechodniom, a kto wie, może i sprowokuje kogoś do zapytania, co takiego czyta. Chwila jego szczerości spowodowała, że z najbliższym mi literaturoznawcą, którego pióro i oczytanie często zawstydzało mnie w trakcie licznych lektur, poczułem więź. Sam nieraz zaspokajałem swoje ego, barykadując się monumentalnymi nazwiskami na ławkach szkolnych, stolikach kawiarni czy siedzeniach autobusu. Ledwo przedzierając się przez W stronę Swanna, łechtałem się wizją nazwiska Prousta na okładce, jako zakładkę wykorzystując, a jakże, wykorzystany bilet teatralny z Francuzów (na podstawie W poszukiwaniu straconego czasu) autorstwa Warlikowskiego. Dlatego też zawsze nosiłem przy sobie dwie książki: jedną czytaną ukradkiem w metrze (w rozumowaniu licealnego mnie – znacznie gorszą rangą gatunkową), drugą na wieczorną posiadówkę w kawiarni, rzecz jasna tę autorstwa pisarza przez wielkie P. Oczywiście z perspektywy czasu patrzę na ten inteligencki okres, uśmiechając się pod wąsem, ale jedno pozostaje niezmienne – podobnie jak profesor Koziołek moje dojrzałe życie zostało scementowane kulturowymi mitami. 

W przypadku Koziołka kreacyjnymi dla światopoglądu dziełami były powieści pozytywizmu, a o naczelnych zasadach życia nauczał go Bolesław Prus z Henrykiem Sienkiewiczem.  Ja jednak, niezależnie jak bardzo wstydziłbym się przyznać przed młodszym, sztucznie zafascynowanym wielką literaturą sobą, tworzyłem swój świat mitami audiowizualnymi, a moim prywatnym, duchowym Homerem był Richard Linklater. Kluczowy był jego jeden mit, którym uformował moją wizję ideału miłości, mit wciąż młody, bo zaledwie 25-letni. 

II
Nie potrafię zliczyć, ile razy oglądałem Przed wschodem słońca. Był taki moment gdy do wybranych fragmentów wracałem każdego dnia, romantyzując wizję idealnej, spontanicznej miłości. Paradoksalnie im częściej do niego wracałem, tym z większym pietyzmem oddawałem się seansom,wypominając sobie, że do pierwszego zderzenia z trylogią Before… podszedłem w sposób tak lekkoduszny, bez emocjonalnego i filmoznawczego przygotowania. Ale czy opowieści o najpiękniejszym przypadkowym spotkaniu w historii kina nie powinno się oglądać równie przypadkowo? Zakochać się w Jesse’m i Celine mimochodem, tak jak oni w sobie nawzajem? 

Jedno jest pewne – tak też się w nich zakochałem. Nie mogłem zapomnieć o vinyl shopie (naiwnie poszedłem do takowego następnego dnia po seansie), o scenie w restauracji czy noclegu w parku. Wszystko nabierało kształtów filmu Linklatera, a Warszawa choć przez parę dni przypominała naznaczony rządami Habsburgów Wiedeń. A przynajmniej chciałem by przypominała, równie mocno co ja chciałem przypominać Ethana Hawke’a, tj. jego postać. Choć przede wszystkim chciałem w swojej prozaicznej codzienności natknąć się na Celine, wdać się w niekończącą rozmowę,wreszcie się zakochać. 

Przed wschodem słońca
fot. kadr z filmu “Przed wschodem słońca”

Urok po paru dniach prysł, ja wciąż budziłem się nie w Wiedniu, a na Ursynowie, gdzie nocne wojaże zamiast romansem skończyłyby się jednostronną, z korzyścią dla przeciwnika, bójką, a nieodczuwana dotąd samotność, uwypuklona przez emocjonalną gęstość Przed wschodem słońca, zaczęła z dnia na dzień coraz bardziej doskwierać. 

III

Przeczytaj również:  Wraca drugi sezon "The Umbrella Academy"! Jaka jest data premiery jednego z najpopularniejszych seriali Netflixa?

Z czasem moja miłość zaczęła przeradzać się we frustrację. Kino, dopiero na progu bycia moją największą pasją, po raz pierwszy brutalnie mnie oszukało. Barykadowanie się w kawiarniach zdawało się nie przynosić skutków, popołudniowe spacery po parkach również, nie pomagały nawet długie podróże pociągiem. Nikt nie zdecydował się do mnie podejść, zapytać: Co czytasz?, nikomu nie imponował mój Ulisses (oczywiście kupiony ze względu na dzień wyjścia Leopolda Blooma, kiedy to dzieje się akcja filmu Linklatera). Rozgoryczony wracałem na Netflixa i próbowałem doszukać się swoich błędów: co ma Hawke, czego nie mam ja – pytałem siebie oglądając znowu pojedyncze sceny. 

Linklater w wywiadach obiecywał realność swojej historii. Bazował na historii swojego życia, kiedy to z przypadkowo spotkaną kobietę spędził całą noc na rozmowach, przemierzając ulice Filadelfii. Początkowo ufałem mu, potem czułem się coraz bardziej zdradzony. Obietnica realności się nie ziściła, a Before Sunrise rozbudziło jak żadne inne dzieło wrodzoną potrzebę miłości i akceptacji przez drugą osobę – która znikąd nie zapowiadała przyjścia. 

Współczesne mity, w przeciwieństwie do starożytnych (w szczególności kosmo- i teogonicznych) nie tylko układają rzeczywistość i opowiadają o mechanizmach świata (w przypadku najnowszych, najczęściej o kodach kapitalizmu), ale i kuszą swoim pięknem. Szczególnie te filmowe, gdzie wręcz namacalnie i immersyjnie wchodzimy do świata bohaterów, podglądając ich w najbardziej intymnych emocjonalnie chwilach, by w trakcie końcowych napisów zostać wyrzuconym z tamtego świata i wrócić do pustek pokoju. Wrócić jednak jako widz odmieniony – naznaczony brzemiennym śladem uczuciowym obejrzanego dzieła. 

Historia dwóch przypadkowych kochanków porozumiewających się międzynarodowym kodem kulturowym to przypadek uniwersalny, tożsamy wręcz z definicją ekranowej miłości. Linklater w przeciwieństwie do kanonu popularnej miłości znaczonych twarzą Hugh Granta nie romantyzował patetycznych wyznań, romantyzował niezależną szczerość. Szczerość, która w jego opowieści stała się wizją idealnej, miłosnej normalności.

IV 

Najbardziej magiczny moment rozgrywa się na samym początku filmu. Wtedy to Jesse dosiada się w TGV do Celine i zaczyna z nią rozmawiać, twierdząc, że nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby nie rozpoczął dialogu. Zaczyna również prostą kwestią, tak wyczekiwaną niegdyś przeze mnie; pyta ją: Co czytasz?. Oczywiście później zboczą na meandry tematów, w tym opowieści o technologii, ale w istocie tej sceny leży czytana przez Celine książka, romantyczny McGuffin pozwalający zacząć dialog. 

Przed wschodem słońca
fot. kadr z filmu “Przed wschodem słońca”

Nieraz, dość często przemieszczając się pociągami, zwracałem uwagę na czytane przez podróżnych książki. Podświadomie próbowałem doszukać się nici porozumienia, sposobu zagajenia. I choć nigdy nic z tego nie wyszło, w samotnych chwilach zawsze czułem dreszcz emocji przed podróżą pociągiem. Łapałem się na nadziei, że może tym razem uda mi się mieć „swój wschód słońca” (nawiasem, nie wiedząc że faktyczny wschód wydarzy się jakiś czas później na stołecznych schodkach). 

Podróż pociągiem w dziełach kultury często była kluczowym przeżyciem dla bohaterów. Wokulski w przedziale ukazał Łęckiej swój angielski talent, pan Klein w pociągu dowiedział się o prawdziwej tożsamości swojego „prześladowcy”, zdążenie na podróż warunkuje bieg życia Witka Długosza z Przypadku. Jest coś magicznego w zamknięciu na małej przestrzeni i spędzeniu tych paru godzin wśród nieznajomych, będąc wręcz skazanym na ich obecność. 

Oczywiście filmowa magia bywa często konfrontowana tłokiem, zaduchem i utarczkami słownymi częstszymi niż pokojowymi rozmowami dzielonymi w przedziałach. Ale jednocześnie to właśnie podróże naszymi starymi składami kolejowymi pokazały mi jak bardzo percepcyjnie potrafi oddziaływać kinematografia. 

V

Simone de Beauvoir krytykowała wiarę w mity twierdząc, że większość zadowala się mitami, tanim poczuciem wieczności. I choć nauki najważniejszej egzystencjalistki, autorki “Drugiej płci” zawsze były dla mnie ważne, tym razem z dumą mogę przyznać, że jestem opisywaną przez nią większością. bo piękno życia, piękno wieczności trwa właśnie w prozaicznych opowieściach.

Linklater w swoim filmie nie bał się świadomej taniości. Scena z poetą w prostej linii może zostać uznana za pretensjonalną, ciągnące się w nieskończoność dialogi za wymuszone, a restauracyjne „rozmowy telefoniczne” za infantylne. Jednak to w tych wszystkich pozornych wadach reżyser Uczniowskiej balangi zamknął piękno uczucia – kiedy bardziej od perfekcyjnych części kochamy i pożądamy wzajemnych niedoskonałości czyniących nas ideałami dla drugiej osoby. 

Taniość, niedoskonałość, humanizuje bohaterów i urzeczywistnia tworzoną mitologię.  Jak pokazywał w opowieściach Parandowski, każdy z Bogów ma swoje wady. Jednak to właśnie one przybliżają nas do ich historii – wady takie jak przeintelektualizowanie Jesse’ego czy nawet wprowadzający do całej opowieści aspekt pretensjonalności profesora Koziołka, pozwalają mi ich zrozumieć. 

VI

Przeczytaj również:  Absurd, absurd i jeszcze raz nauka. Duet seriali o (słabych) UCZELNIACH

Stefan Dedalus, alter ego James’a Joyce’a, mówi w Ulissesie, że boi się wielkich słów, które czynią nas tak nieszczęśliwymi. Podobnie jak on, przez długi czas bałem się wielkich filmów, wywołujących we mnie smutek niedoskonałości mojego życia. Bałem się dzieł operujących w realiach magicznej normalności – niczym nie różniącej się od codzienności, a jednak pełnej przypadku i czaru. 

Przed wschodem słońca
fot. kadr z filmu “Przed wschodem słońca”

Ostatnio po sporej przerwie wróciłem do Before Sunrise z bagażem nowych, pozytywnych doświadczeń i z zagospodarowaną potrzebą kochania kogoś i bycia kochanym. Empirycznie większość seansu przebiegała tak samo: znając prawie cały film Linklatera na pamięć, nie było w tym nic dziwnego. Zaskoczyła mnie jednak końcówka – tam, gdzie zawsze ubolewam, że nie zobaczą się przez co najmniej rok (a jak pokazał czas przez około 10 lat), tym razem poczułem nadzieję na lepsze jutro. 

Przed wschodem słońca to jeden z wielu mitów, w które uwierzyłem. Jeden z pierwszych, których z perspektywy czasu się nie wstydzę. Pierwszy, dzięki któremu przekonałam się o mocy drzemiącej w filmach. 

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.