Ostatni dialog filmowy, czyli “(Nie)znajomi”, albo kłótnia o polskie komedie ze smartfonami w tle

Maciej Kędziora: Przeglądając obecny repertuar kina, można ulec wrażeniu, że opowieść o klasach społecznych to pewna kinowa nowomoda – i tak Bong przynosi nam alegoryczny Parasite, a Todd Philips jawną rewolucję w postaci Jokera. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że trzecim filmem, równie często wyświetlanym na ekranach kin, który spokojnie można zaliczyć do opowieści o klasach – tu szeroko pojętej klasie średniej – są (Nie)znajomi, kolejna wersja znanej na całym świecie franczyzy Paolo Genovese. Produkcja, która jednak, w przeciwieństwie do innych remake’ów na czele z koszmarem znad Sekwany, nie boi się oryginału traktować nożyczkami i odznaczać na oryginalnym scenariuszu własnego znaku. Jako że moją miłość do tego filmu próbowałem oddać w recenzji, krótkimi, żołnierskimi słowami potwierdzam: “(Nie)znajomi to powiew świeżości na naszym rynku komediowym”. A jakie są twoje poseansowe impresje, Marcinie? 

Marcin Kempisty: Nie znam oryginału, więc polskiej wersji (Nie)znajomych nie porównuję do filmu Genovese. Patrzę na dzieło Tadeusza Śliwy jak na osobny projekt i jestem odrobinę zniesmaczony. Masz rację, polska produkcja rzeczywiście jest kolejną wariacją na temat chłostania hipokryzji klasy średniej, niemniej jednak tak mocno stereotypową, tak bardzo źle zrealizowaną, że totalnie nie rozumiem wszechobecnego zachwytu. Być może to kwestia poprzeczki leżącej tuż przy gruncie, jeżeli chodzi o poziom polskich komedii, pomaga (Nie)znajomym zrobić lepsze wrażenie na widowni. Odrzucając jednak wszelkie uwarunkowania rodzimego kina na bok, film Śliwy jawi się jako wyważanie otwartych drzwi, w dodatku zrealizowane zgodnie z prawidłami teatrów komercyjnych, oferujących niskiej klasy, lekkostrawną, quasi-autoterapeutyczną rozrywkę. Zanim jednak przejdę do szczegółowych oskarżeń, chciałbym tylko dopytać – co sprawiło, że ten tytuł aż tak bardzo ciebie zachwycił?

Maciej: “Zachwycił” to słowo, którym staram się ostatnio nie szafować, ale na pewno się bardzo podobał. Myślę, że trafnie definiujesz pierwszy punkt lotności (Nie)znajomych, którzy na naszym rynku, nie ukrywajmy pozbawionym dobrych komedii – gdy musimy doceniać produkcje pokroju Juliusza czy Planety Singli – nie mają sobie równych. Po drugie, to casus mojego seansu, nie miałem wobec nich żadnych oczekiwań, a nawet jeśli miałem jakieś przypuszczenia, to były one diametralnie inne od finalnego odbioru. Po trzecie, będąc po oryginale i dwóch adaptacjach, wersja rodzima wydała mi się najlepszą, potęgując entuzjazm związany z seansem. No i też – co tu ukrywać – całkowicie odpłynąłem i dałem się porwać tej znanej mi opowieści, która będąc znakomicie zagraną, na czele z rolą Tomasza Kota i Kasi Smutniak, nie pozwoliła mi ani na chwilę oderwać wzroku od ekranu. No, może poza zblazowaną sekwencją palenia skręta, ale jedna kropla deszczu nie czyni. Tak więc ustawiam się w przeciwnym narożniku i postaram się być adwokatem (Nie)znajomych i odpierać twoje ciosy (w miarę własnych możliwości). Jaka więc będzie runda I? 

Zobacz również: Recenzję filmu “Pan T.”

Marcin: W takim razie pierwszy cios wyprowadzę w stronę reżyserii. Śliwa nie miał kompletnie pomysłu na wykorzystanie przestrzeni mieszkania. Przez większość filmu bohaterowie siedzą przy stole, jedzą i rozmawiają. Wszelkie wyjścia do kuchni/na balkon/do łazienki są wprowadzane bardzo mechanicznie, jako pauza między kolejnymi aktami. Rozumiem teatralną konwencję i umowność całej sytuacji, niemniej jednak brakuje mi w tym wszystkim ruchu, jakiejś większej aktywności. Z wyjątkiem krótkiej chwili (wybuchu w sprawie domniemanego homoseksualizmu jednego z bohaterów) narracja prowadzona jest bardzo monotonnie, w jednym tempie, bez jakiegokolwiek przyspieszenia. Gdzież (Nie)znajomym do takiego Parasite’a, w którym Bong po wirtuozersku to zwalniał, to dodawał gazu do dechy. Wszystko w filmie Śliwy jest zrobione po asekurancku, byle trafić do grupy docelowej, niczym spektakl Teatru 6. Piętro, co w tym kontekście jest dla mnie poważnym zarzutem. Tak na marginesie, naprawdę uważasz, że miałkość polskich komedii powinna usprawiedliwiać pobłażliwe ocenianie kolejnych rodzimych produkcji z tego gatunku?

Maciej: Na początek zarzut natury krytycznej, bo może coś źle wybrzmiało. Nie tyle traktowanie pobłażliwe – które nie powinno występować – a po prostu zaskakujący poziom, który, biorąc nas znikąd, potrafi potęgować pozytywny odbiór seansu. Po części o tym pisał Sebastian Smoliński w nowych “Ekranach” – tam zwracając uwagę na wygodę kinowego seansu, w mojej percepcji kina wiąże się to z oczekiwaniami, bo najbardziej doceniam (albo i nie) seanse filmów, wobec których nie miałem żadnych oczekiwań. By podać przykład, powołam się na przywołane przez Ciebie Parasite. Mimo świadomości, że to film Bonga jest (znacznie) lepszym filmem, seansowe doznania wcale nie były znacznie silniejsze niż przy filmie Śliwy; ot oczekiwania były zbyt wysokie. Co do tempa – jakoś tego nie odczuwałem, miałem nawet wrażenie, że stopniowe zmienianie biegów fajnie zarysowuje obraz polskiego stołu, gdy spieramy się z szeroko pojmowanymi bliskimi. Zresztą to wyzbycie z nadekspresyjnej komediowej formy oryginału – tu z góry przepraszam ale jednak kontekstowo będę film Śliwy ustawiać wobec Genovese – dodało pewnego realizmu całej produkcji. Co do miejsca, po części się zgodzę, jednocześnie mając wrażenie, że nie jest to wina reżysera, a operatora i braku zdolności dobrego opowiadania obrazem. A mieszkanie – przez swoją przestrzenność typowego, mokotowskiego loftu, mogłem odczuć w pełni. Ba, w otwierających kadrach kursującego Kota, jesteśmy w stanie nawet wyrysować pewien plan architektoniczny całego miejsca, wypełnionego lekką symbolikę pozycji społecznej gospodarzy.

Przestrzeń wykorzystywana jest urozmaiceniem, to miejsce żyje innowacjami ostatnich lat; zbyt drogim i niepotrzebnym dźwiękiem przestrzennym, czy zmieniającym się światłem, z którego na co dzień nikt nie korzysta. Tu też trudno mi, podchodząc do bagażu (Nie)znajomych i całego uniwersum bronić asekuranctwa – bo ze wszystkich twórców remake’ów Śliwa ma najwięcej odwagi na autorski rys, wyzbycie się koszmarnego epilogu i wykorzystanie mocnego, polskiego sita. Podam ci przykład – co byś powiedział na to, że w ostatniej scenie zamiast parafrazy Lalki (Tomasz Kot na Wokulskiego!), dostajesz całkowite uwstecznienie narracji gdzie dowiadujesz się, że wydarzenia wieczoru się nie zdarzyły? 

Marcin: Jasne, że znajomość oryginału daje szerszy kontekst, niemniej jednak trzeba postawić wyraźną granicę między (Nie)znajomymi a wcześniejszymi wersjami. Być może na tle poprzedników polska opcja prezentuje się lepiej, ale to, w moim odczuciu, tragicznie świadczy o tamtych tytułach, natomiast nie wywyższa filmu Śliwy. 

Zobacz również: “Nasi chłopcy” – tak uczciwego politycznie serialu chyba jeszcze nie było

Masz rację, nie było żadnej komediowej nadekspresji, ale mimo wszystko te postacie było bardzo szablonowe, uszyte z komicznych nici. Gburowaty mężusio i wykorzystywana żona? Kochaś? Facet z nowa partnerką, podczas gdy kumple znają jego wcześniejsze grzeszki? Reżyser nadal porusza się wśród dobrze znanych typów bohaterów, nie wychodząc ani na krok poza znaną konwencję. A wspominane w każdym tekście chłostanie klasy średniej jest już naprawdę przeraźliwie przewidywalne. “Warszawka” jest notorycznie atakowana w polskich tekstach kultury, nie tylko w filmach, dlatego też tezy o skrywanej hipokryzji, fałszywym płciowym równouprawnieniu oraz pogardzie i zawiści względem drugiego człowieka nie są absolutnie żadnym novum. Gdyby tego było mało, Śliwa popełnia grzech najcięższy, w moich oczach absolutnie nie do zmazania – wszystko wykłada kawa na ławę, nie pozostawiając choćby odrobiny miejsca na jakieś wątpliwości czy niejednoznaczności. W tym aspekcie jest akurat wierny mistrzowi w banalnych atakach na burżuazję – Luisowi Bunuelowi.

Maciej: No i doszliśmy do kluczowego punktu, którego chyba Marcinie mimo moich starań nie pogodzimy. Ty uważasz, że wykładanie kawa na ławę jest wadą – ja uważam, że podanie tego morału w (Nie)znajomych jest zaletą. By jednak jakoś podeprzeć tę tezę, pozwolę wyjaśnić moje założenie i potrzebę powstania tegoż filmu. Oczywiście obuch walący w klasę średnią spadał na nią nieraz, mam jednak wrażenie, że Śliwa poza obuchem ma do niej sporo ciepła – w szczególności do pary Smutniak/Kot. 

Pytanie tylko czy z założenia jego film nie ma być bardziej poematem o tolerancji, opowieścią, która ma pozostawić widza z pewnym przemyśleniem. Wcześniej wspomniałeś o wyważonych drzwiach, ale jak pokazuje sytuacja geopolityczna, te drzwi, może wyważone w Warszawie, nadal pozostają zamknięte w wielu miastach w Polsce. Pozwolę sobie powołać się na historię Wiktora, który podczas seansu słuchał rubaszne wybuchy śmiechu w trakcie zmasowanego, homofobicznego ataku przeprowadzonego przez postać Żurawskiego. Śmiechy ustały dopiero w trakcie długiego monologu Żołądkowicza – i może właśnie do tych, których w tej chwili dopadła refleksja skierowany jest właśnie ten film? 

Marcin: W tym momencie rozbijamy się o to, jaki jest cel powstawania sztuki. O ile filmy, przynajmniej dla wielu twórców, mają w założeniu zmieniać świat, o tyle nie może się to dokonywać przy pomocy deklaratywnych dialogów i topornej wykładni. Ponadto, przynajmniej według mnie, ocena dzieł sztuki nie powinna przebiegać zgodnie z naszymi prywatnymi światopoglądami. Mogę się zatem zgadzać z ogólnym przesłaniem (Nie)znajomych, cieszyć się, że kino broni ludzi na różny sposób dyskryminowanych, niemniej jednak nie mogę przymykać oczu na to, w jaki sposób to jest zrealizowane. Tak na marginesie, obecnie panuje bardzo silna tendencja oceniania sztuki podług przekazywanej treści. Wielu reżyserów i reżyserek buduje swoje fabuły na prostackich założeniach, uproszczeniach i wykoślawieniach, byle tylko udowodnić stawianą tezę. Takie coś, nawet jeżeli szanuję kogoś za poglądy, jednak kompletnie mnie nie interesuje. Bez uczciwego podejścia do danego zagadnienia nie ma dla mnie przestrzeni jako dla widza, który sam powinien ocenić poczynania bohaterów. Nie potrzebuję do tego przypisów i didaskaliów.

Zobacz również: “(Nie)znajomi”, czyli “Ustaw powiadomienie: Obejrzę w dniu premiery”

Maciej: Ale według mnie – mimo że dialogi są deklaratywne – są również wiarygodne. Ot, jestem w stanie uwierzyć, że ludzie zdecydowawszy się na taki typ rozrywki stołowej jak przeglądanie cudzych telefonów, mogliby się pokłócić i wypowiedzieć dane słowa. Ba, z autopsji wiem, że nawet potrafiliby w to wpleść product placement. Więc dla mnie (Nie)znajomi są filmem dobrym (acz, faktycznie, mocno dosłownym), dla innych – mam nadzieję – filmem dobrym i wpływającym na zmianę percepcji pewnych zjawisk i grup. A co do tendencji, nie wątpię, że przyjdzie nam się jeszcze na ten temat spierać w przyszłych dialogach! 

By jednak nie pozostawić cię z wrażeniem unikania odpowiedzi. Nie mam problemu z didaskaliami, bo jakoś się na nie uodporniłem, szczególnie nadrabiając w ostatnim czasie kino nieme. Myślę, że te przypisy są oczywiście pójściem łatwiejszą drogą, ale jednocześnie nie odbierają produkcji jej jakości. 

Pozwolisz, byśmy zmierzając do końca się w czymś zgodzili? Bo choć jesteśmy na polaryzujących biegunach, wydaje mi się, że obaj (przynajmniej w niewielkim stopniu) sądzimy, że film Śliwy to krok w dobrą stronę. Czy jednak tak nie jest? 

Marcin: Na pewno na mapie polskich komedii film Śliwy jest jednym z jaśniejszych punktów. Wydaję mi się, że jednak za dużo mamy w naszym kraju tych “kroków w dobrą stronę”. To niestety nie jest tak, że jeden lepszy film wywołuje lawinę kolejnych świetnych produkcji. Na pewno (Nie)znajomych oglądało mi się bezboleśnie, ale w kinie poszukuję czegoś więcej. Najważniejszą dla mnie informację jest pojawienie się nowego reżyserskiego nazwiska – Tadeusza Śliwy – na rynku. Naprawdę kibicuję artystom dopiero budującym swoje kinowe CV i mam nadzieję, że sukces kasowy (bo raczej taki będzie) przysłuży się jego karierze i pchnie ją w ciekawsze rejony.

Nie potrafi pisać o sobie w błyskotliwy sposób. Antytalent w dziedzinie autokreacji. Fan Antonioniego, Melville’a i Kurosawy. Wyróżniony w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka w roku 2018 oraz 2019.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.