“Solid Gold”, czyli król wybrzeża na glinianych nogach [RECENZJA]

Przesadą nie będzie stwierdzenie, że Solid Gold napędzał i kreował atmosferę i napięcia wokół 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Szokujące, wtorkowe wycofanie wielkiej produkcji Jacka Bromskiego w iście westernowym stylu za pięć dwunasta, zostało przyćmione jeszcze bardziej zaskakującym, precedensowym przywróceniem go w piątek po południu. Szkoda tylko, że najszerzej dyskutowany film okazał się dziełem nie tylko niespełnionym i poszukującym swojej tożsamości, ale i koszmarnie złym.


Przeczytaj również: “Boże Ciało”, czyli sztuka pisania scenariusza [RECENZJA]

Słowem wstępu, bo wolę, żeby te słowa wybrzmiały i nie zniknęły pod natłokiem krytyki. W poniższym tekście będę chciał opisywać film skupiając się jedynie na walorach artystycznych, traktując go jakby wydarzenia budujące wokół niego otoczkę nie miały miejsca. Stawiając go na równi z resztą produkcji konkursu głównego, tak jak miało być pierwotnie. Bo chyba właśnie tak powinno być.

Solid Gold

Solid Gold śledzi historię Kai Miller, która po ośmiu latach od odejścia z policji (na skutek zamordowania swojego seksualnego oprawcy), wraca do Gdyni na prośbę Nowickiego, jej byłego przełożonego, obecnie twórcy specgrupy do rozpracowania Tadeusza Kaweckiego, samozwańczego “Króla wybrzeża”. Wszystko będzie dotyczyć sprawy tytułowego parabanku, za którym stoi “Kawa”, a który jest przykrywką jego innych, nieco bardziej niecnych aktywności.

Jacek Bromski kreuje swoją opowieść w duchu innych kryminałów opowiadających o powrocie do przeklętego miasta rodzinnego. W przeciwieństwie jednak do Alicji Tabor z Ciemno, prawie noc, czy Camille Preaker z Ostrych przedmiotów, Kaja zdaje się mieć swoją przeszłość przepracowaną w znacznie większym stopniu, myśląc głównie o swojej siedmioletniej córce. Szkoda tylko, że proces autoterapii jest częścią ośmioletniego skoku fabularnego, przez co nie możemy być jego częścią.


Przeczytaj również: “Wszystko dla mojej matki”, czyli odkrycie Festiwalu w Gdyni [RECENZJA]

Przeskoki i wymyki fabularne na jakie decyduje się w swoim najnowszym filmie Bromski są zresztą jego główną bolączką. Od niedokończonych wątków, przez rozmyte drugoplanowe postacie, aż do kuriozalnych zmian charakterologicznych. I to, co można byłoby jeszcze próbować zrzucić na krótki czas trwania, przy produkcji niespełna dwu i półgodzinnej jest grzechem niewybaczalnym. A na pewno obroną nie jest utrzymywana przez twórców wersja, że “resztę zobaczymy w miniserialu”, bo w obliczu ostatnich wydarzeń nie wiadomo czy rzeczony serial się gdziekolwiek pojawi.

Solid Gold

Owe kuriozum mogliśmy zaobserwować zresztą na konferencji prasowej. Piotr Stramowski, pytany o kreacje swojej postaci, prawej ręki “Kawy” – Adamskiego – utrzymywał, że w miniserialu zobaczymy jego więcej, a po tym co dostał w scenariuszu, nie wiedział kim jest jego bohater. I o ile Stramowski postanowił wykonać trochę pracy kreacyjnej, a jego gangster jest jedną z niewielu choć trochę wiarogodnych postaci w całej opowieści, jest wyjątkiem gdyż większość aktorów gra po prostu postacie napisane w scenariuszu – płaskie i nijakie.

Trudno winić za ten stan rzeczy obsadę, której scenariusz nie dorównuje poziomem. Bo choć w pojedynczych miniaturach Solid Gold jest jeszcze znośny dzięki pracy znakomitych aktorów – jak w scenie słownej utarczki Kaweckiego-Seweryna z Nowickim-Gajosem, o tyle holistyczny obraz narracji jest koszmarny, a zlepek scen bardziej przypomina Smoleńsk Krauzego niźli pełnoprawny thriller polityczny.


Przeczytaj również: “Supernova” – Climax w biały dzień [RECENZJA]

Solid Gold wbrew szumnym zapowiedziom nie jest również opowieścią o aferze Amber Gold. Nie uświadczymy tu podejścia z Polityki Patryka Vegi, który (nie)jawnie sugerował o kim opowiada. Bromski woli tworzyć archetypy postaci – dystyngowanego szatana Kaweckiego, ostatniego sprawiedliwego Nowickiego i prawej Kai. Problem w tym, że poza oczywistymi cechami każdego bohatera nie możemy o nich powiedzieć nic więcej, a cały film sprowadza się do banalnej konstatacji, że świat jest zły a władze skorumpowane. W skrócie – Psy dwadzieścia siedem lat później.

Solid Gold

Nawiązań do twórczości Władysława Pasikowskiego jest tu więcej. Bo parabanki i pralnie pieniędzy były tematem jego przedostatniego filmu, Pitbulla: Ostatniego Psa. I choć była to produkcja pełna wad i niedociągnięć, miała jedną, naczelną przewagę nad Solid Gold w postaci wysokiego tempa narracji. A bez tego trudno o jakkolwiek dobry thriller.

Finalnie Solid Gold okazał się być najbardziej męczącym i bezcelowym seansem całego Festiwalu. Bo to film, który nie wie do końca co chce widzowi przekazać, nie potrafi określić własnej tożsamości, a także prowadzi donikąd, pozostawiając nas z poczuciem zmarnowanych dwóch i pół godziny. Nawet sama Gdynia w obiektywie Tomiaka taka chłodna i nijaka.

Choć może to był zamysł reżysera? Zrobić film o mechanizmie parabanków samemu stosując formułę ich sukcesu – obiecując dużo, wabiąc znanymi nazwiskami, a finalnie pozostawiając nas bez wydanych pieniędzy i wyrzutami, że znów daliśmy się złapać w marketingowe sidła.


1/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.