Advertisement
KinoRecenzje

“Pinokio”, czyli ekonomiczna opowieść o kukiełce, która chciała zostać chłopcem [RECENZJA]

Maciej Kędziora
Pinokio
Kadr z filmu "Pinokio" / © Kino Świat

W swojej karierze Matteo Garrone uwielbiał przeplatać bolesny realizm świata włoskiej społeczności (“Gomorra”, czy “Dogman”) z surrealistycznymi wytworami swojej baśniowej wyobraźni, tak jak to miało miejsce w “Pentameronie”. Nic więc dziwnego, że sięgnął po kultowy tekst światowej literatury, łączący kwestię zapaści finansowej z fantazmatami, wytworami wyobraźni. Problem w tym, że jego “Pinokio” to pięknie wyrzeźbiona marionetka, która jednak na ekranie nie ożyła. 

Przybliżanie fabuły “Pinokia” wydaje się bezcelowe. Każdy zna historię o drewnianej kukiełce, która chciała zostać chłopcem i której nos rósł wraz z każdym kłamstwem. Bajka Carla Collodiego budowała edukacyjny mit od pokoleń. Omawiana w podstawówce stawała się moralnym drogowskazem – chodź do szkoły, ucz się pilnie, nie wagaruj, nie myśl o niebieskich migdałach, a dopiero wtedy będziesz mógł stać się dobrym człowiekiem/chłopcem (symboliczna przemiana ze stanu drewnianego, łamliwego, do cielesnego, urzeczywistnionego). Nieprzypadkowo to właśnie ona tak mocno koduje się w głowie – to w niej, a może i dzięki niej, znajdziemy scholastyczne morały placówek edukacyjnych od stu lat. Stąd ciągła obecność w kanonie lektur – nie ze względu na wartość literacką, a jak przy większości pozycji z lat szkoły podstawowej, ze względu na dodatnią wartość pedagogiczną. 

W tę wartość zdaje się wierzyć reżyser, pozostając wierny literackiemu oryginałowi. Trzeba bowiem pamiętać, że choć filmowo portret Pinokia został zawłaszczony przez bardziej optymistyczne, ciepłe produkcje o tytułowej marionetce, na czele z disneyowską adaptacją, być może jednym z najlepszych dzieł klasycznych animacji, Collodi, doświadczony rozwarstwieniem finansowym i nawiedzany wizjami wojny o włoską jedność kraju, napisał opowieść mroczną, chwilami przerażającą, ale przede wszystkim naznaczoną biedą. 

Pinokio
Kadr z filmu “Pinokio” / © Kino Świat

Już w pierwszych kadrach, ukazujących szare, opuszczone ulice, widzimy Dżepetta (w tej roli Roberto Benigni) w zakurzonej kamizelce i rozczochranych włosach. Garrone od początku przeprowadza wizję lokalną robotniczego społeczeństwa – ani (s)twórca kukiełki, ani jego sąsiedzi nie będą mogli pozwolić sobie na godne życie, tonąc w długach. Rudery, pękające ściany, zacinające się zawiasy w drzwiach – wszystko osnute w odcieniach szarości daje nam poczucie braku godnego stanu życia, z jakim zmaga się większość mieszkańców. Mieszkańców zmuszonych do jak największych poświęceń – Dżepetto odda swoje ostatnie ciepłe odzienie na rzecz elementarza dla drewnianego synka. 

Ekonomiczne ukontekstowienie “Pinokia”, którego dokonuje Garrone, powoduje, że pewne wątki uderzają znacznie mocniej niż kiedykolwiek. Oglądając dramatyczną wizytę ojca u sklepikarza, odczuwamy ciężar finansowy elementarza, który staje się tym, czym dla wielu było/będzie czesne na studia zagraniczne. Elementarz jest tu szansą lepszego jutra dla Pinokia i jego rodziny, inwestycją w przyszłość – którą chłopiec przekreśla już pierwszego dnia. Gdy do tego weźmiemy pod uwagę, że wejście do cyrku stało się równowartością tej inwestycji (w barterze za jeden grosz), a dobry obiad w karczmie kosztuje jednego złotego talara (co, jak informuje nas wszechwiedzący świerszcz, jest niebotyczną sumą dla mieszkańców rodzinnej wsi chłopca), możemy uświadomić sobie, jak wielkie znaczenie i jak wielki ciężar ma każdy, pojedynczy, cenny kruszec. Świadomie bądź nie, właśnie tu kryje się największy morał “Pinokia” w narracji Garrone – każdy musi poznać wartość pieniądza. 

Może dlatego właśnie, ta finansowa parabola, składająca się na pierwszą część (prolog i przypowieść o chciwości Lisa i Kota), tworzy cały klimat “Pinokia”. Klimat utracony w drugiej części, opowieści o krainie wspaniałości, pustej i antymagicznej, Garrone przez swoje ścisłe przywiązanie do oryginału, nie pozwala sobie na skupienie na tym, co tak naprawdę go intryguje; na ubóstwie, mrocznych fantasmagoriach i wszechobecnej przemocy. Zamiast tego stara się kreować świat niespójny z jego dotychczasową twórczością; wiele bowiem można mówić o twórczości Włocha, ale zdecydowanie pozytywów, ciepła nie sposób było tam uświadczyć. A tych, mimo mroku prozy Collodiego, było w “Pinokiu”, w szczególności w jego końcowych stronach, sporo. 

Trudno uwierzyć w drugą połowę “Pinokia”. Uwierzyć, rzecz jasna nie pod względem historii, a emocjonalnym. Pięknie animowana kukiełka, gdy przestają otaczać ją charyzmatyczne postacie pokroju Dżepetta, Wróżki czy Lisa i Kota, traci rozświetlające ją ciepło. Patrzymy na nią ze zobojętnieniem, brak jej emocji, a może – choć zabrzmi to tanio – brakuje jej właśnie bijącego serca. Pytanie, czy to właśnie nie tu kryje się problematyka większości adaptacji ekranowych kultowego dzieła.  “Pinokio” w pewnym momencie zmienia swoją stylistykę, porzuca postaci, które nadawały opowieści dynamikę i opiera resztę historii właśnie na marionetce. Większość filmów (odliczając disneyowski, który pozwolił sobie na pewne odstępstwa od litery książki, z czym nie zgadzała się rodzina Collodiego) albo poległa, albo dopiero wówczas zyskiwała (magnetyczną inscenizacją “krainy wiecznej szczęśliwości”). Garrone w zderzeniu z finalnymi aktami całkowicie się gubi, pozwalając przejąć ster mechanicznej translacji z książki na film. 

W szczególności mam do Garrone zarzut o zmarginalizowanej postaci Dżepetta, który szczególnie z punktu widzenia obsadowego pozwolił na opowiedzenie historii wewnątrz historii. Opowieści o fascynacji, którą jak utrzymuje Garrone, dzielił z Roberto Begninim. Fascynacji Pinokiem, mitem, na którym się wychowali i który chcieli przenieść na ekran – każdy uczynił to po swojemu; ten pierwszy w sposób mroczny, ten drugi w sposób przedziwny, uchodzący do dziś za jedną z największych klęsk w historii kina półwyspu Apenińskiego. Begnini, dawno niewidziany na dużym ekranie, w oczach miał znowu iskierki, a jego Dżepetto, choć inny niż zakodowany w naszej popkulturowej świadomości, miał najwięcej serca ze wszystkich. Jego Dżepetto szczerze kocha Pinokia, swój mit dzieciństwa pielęgnowany od lat w sercu. Dlatego aż szkoda, że poza prologiem i wraz z ucieczką kukiełki, Benigni wraca dopiero pod koniec – a może, przy i tak kolejnym już zderzeniu filmu z materią prozy Collodiego, warto byłoby dopisać opowieść stęsknionego ojca, przemierzającego świat w poszukiwaniu swojego syna? 

Garrone spełnił swoje marzenie i nie sposób mu tego odebrać. Oddał mrok opowieści, ustawił nowe światło, nadał szarości, by zwrócić Pinokiowi mrok, który jest całości historii potrzebny. Przypomniał, że to nie długi nos jest centrum, a opowieść o potrzebie lepszego jutra – również tej finansowej. Szkoda tylko, że gdzieś wytracił magię, która pozwoliła Pinokiowi ożyć. Ale może to już taki los chłopca-kukiełki na dużym ekranie.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.