Advertisement
NetflixRecenzjeSeriale

“Drakula” – Bang to nie wszystko [RECENZJA]

Maciej Kędziora
Kadr z serialu "Drakula" - materiały promocyjne Netflix
“Once again… welcome to my house” zacytował Stokera duet twórców Moffat/Gatiss i ponownie na łamach miniserialu zabrał się za legendarną literacką postać. Tym razem sięgnęli po Draculę, eksploatowanego filmowo (by wspomnieć tylko produkcje Coppoli, Badhama czy Argenta) bardziej niż wcześniejszy obiekt zainteresowań Brytyjczyków, Sherlock Holmes. Tak samo jednak,  jak przy Sherlocku, zdecydowali się postawić na charyzmatycznego aktora – tam Cumberbatcha, tu Claesa Banga. Szkoda tylko, że poprzestali jedynie na pierwszym planie.

Punktem wyjścia serialowego Drakuli jest przesłuchanie wygłodzonego i turpistycznego Jonathana Harkera, prowadzone przez siostrę Agatę, mocno wątpiącą zakonnicę, spełniającą powinność wobec Boga broniąc świata przed demonami nie z tej Ziemi. Do tego schematu będziemy musieli się przyzwyczaić – Moffat/Gatiss będą stosować główną rozmowę przeplataną retrospekcjami w niemal każdym odcinku, acz w różnych konfiguracjach: Harker/Agata, Drakula/Agata, Drakula/Zoe.

Harker opowiada Agacie o swoich niedawnych przeżyciach i ucieczce z zamku w Transylwanii, gdzie przebywał (a właściwie został zmuszony do przebywania) jako prawnik na dworze Hrabiego Drakuli, podstarzałego, zapomnianego przez świat opuszczonego przez służbę władcy ziemskiego. Jego historia będzie stopniowo stawała się coraz mroczniejsza; odkryje on przetrzymywaną w budowli kobietę, a także spostrzeże, że jego pracodawca, z dnia na dzień (pardon, z nocy na noc) staje się coraz młodszy, a spod tony make-upu, przywołującego na myśl kreację Oldmana u Coppoli, zacznie wyłaniać się równie charyzmatyczny co demoniczny Claes Bang.

Wraz ze zniknięciem nawarstwiającej się charakteryzacji, Drakula rezygnuje ze swojej gotyckiej stylistyki prologu i przechodzi w ironiczno-thrillerowatą opowieść o rywalizacji dwóch symbiotycznych rywali – Hrabiego i siostry Agaty, próbujących przechytrzyć siebie nawzajem. Przypomina to oczywiście Sherlocka i rywalizację Holmesa z Moriartym, z tym że o ile w opowieści o kultowym detektywie kibicowaliśmy jednak postaci Cumberbatcha, tu realia gry są znacznie mniej oczywiste, a antybohater, będący zarazem protagonistą, potrafi nas do siebie przekonać swoim nieodpartym urokiem.

Przeczytaj również:  Nolens volens TVP. Recenzja "Ziei" Glińskiego.
Kadr z serialu “Drakula”. Materiały promocyjne: Netflix

To właśnie główny duet, na którego barkach spoczywa filmowa parafraza stokerowskiej prozy, jest motorem napędowym całej opowieści. Drakula, niczym pite przez jego gości wino, z czasem staje się jeszcze lepszy, a rola Banga bardziej wysmakowana. Jego geniusz objawia się szczególnie w trzecim odcinku, gdy efektów obrazujących pojenie się krwią ofiar będzie już znacznie mniej, a jego kreacja stanie się mieszanką Matta Dillona z Domu, który zbudował Jack, brutala-inteligenta, oraz ostlundowskiego Christiana, cynika-arystokraty. Agata będzie dla niego znakomitą przeciwwagą – i to właśnie rozpisanie jej postaci najbardziej wyróżnia tę inkarnację opowieści o Hrabim. Siostra zakonna, zmęczona, nazbyt racjonalna i do tego, nomen omen, piekielnie inteligentna. Ta kombinacja w połączeniu z odkrywającym się przed naszymi oczami talentem Dolly Wells, dotychczas spychanej na dalszy, często epizodyczny plan, wynosi Agatę van Helsing (tak, gattissowsko-moffatowski Van Helsing jest kobietą i ta zmiana jest powiewem świeżości, tchniętym w lekko zbutwiały świat Brama Stokera).

Gdy jednak wychylić się poza kreacje Banga i Wells, obraz Drakuli nie prezentuje się już tak kolorowo. Po pierwsze, to co czyniło Sherlocka wyjątkowym, to zamknięte treściowo odcinki, które jednocześnie prowadziły zgrabnie do zaplanowanego z góry finału i konkluzji. W Drakuli duet Moffat i Gatiss nie potrafił się zdecydować: czy wolą prowadzić odcinkową narrację, z której każda historia jest pojedynczym epizodem z życia tytułowego Hrabiego, czy też budować koherentną narrację zamkniętą w tryptyku odcinków. Doprowadza to do sytuacji kuriozalnych – przykładowo urwana akcja z końca pierwszego odcinka, powraca dopiero jako luźna retrospekcja w kolejnym, całkowicie wytracając budowane napięcie.

Po drugie, radykalnemu formalnie duetowi scenarzystów zabrakło tym razem werwy by spróbować czegoś nowego – albo gdy już próbują, są w stanie utrzymać daną konwencję przez ledwie jedną trzecia odcinka. Transformacje gatunkowe Drakuli, na niekorzyść serialu, dzieją się co chwilę na naszych oczach – od gotyckiego dramatu, przez horror i thriller, aż do postmodernistycznej rozprawy o moralności (w stylu Black Mirror) i quasiromansu. A szkoda, bo zdecydowanie się i obranie jednego, konkretnego kursu narracyjnego, umożliwiłoby pełniejsze zaangażowanie się w historię.

Przeczytaj również:  Niepozorny geniusz Angel Olsen – "Whole New Mess" [RECENZJA]

Problemem, i to dość sporym, okazały się również postacie drugoplanowe. Jonathan Harker (John Hefferman) to postać skrajnie irytująca, której stopniowe opętanie i “znikanie”, na skutek żywienia się Drakuli, będzie najmniej wiarygodną ekranową transformacją. Lepiej na jego tle – dalece od ideału, acz bardziej żywotnie – wypadają postacie z kolejnych odcinków: zmęczony wojażami na morzu Kapitan Sokolov (Jonathan Aris), przeszarżowany asystent-prawnik Frank (Mark Gatiss), czy zagubiony i skrzywdzony scenariuszowo Jack (Matthew Beard).

Kadr z serialu “Drakula”. Materiały promocyjne: Netflix

Oczywiście, co należy przypomnieć, pierwszy sezon Sherlocka również nie był w stanie w pełni znaleźć i zdefiniować własnej tożsamości narracyjnej w pierwszym sezonie, a jedynym motorem napędowym było trio Cumberbatch-Freeman-Scott oraz finałowy cliffhanger, niejako samoistnie prokurujący drugi sezon. Drakula wydaje się natomiast całością zamkniętą, a patrząc na rewoltę spowodowaną trzecim odcinkiem (który, w mojej opinii, odznaczał się największą odwagą i choć miał sporo niedociągnięć, był czymś intrygującym) i drogę obraną przez duet Gatiss-Moffet, raczej nie doczekamy się ponownego powstania Drakuli z trumny.

Finalnie Drakula jawi się jako miniserial niespełniony, acz znakomicie wygrany. W rolach Banga i Wells można się rozsmakować, a wizualia, te narkotyczne i te gotyckie, chwilami zachwycają oko. Problem w tym, że w przeciwieństwie do głośnych zapowiedzi i oczekiwań, najnowszy miniserial BBC i Netflixa wyląduje prędko w bibliotece zawiedzionych nadziei, a Hrabia Drakula będzie musiał czekać aż ktoś ponownie postanowi go przebudzić i postawi przed kamerą. A póki co, znów cytując Stokera: “Uczymy się z porażek, nie ze zwycięstw!”.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Drakulę" (1992), "Sherlocka"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.