“Maksymiuk. Koncert na dwoje”, czyli “Śmierć Tybalta” w aranżacji orkiestry szkolnej [RECENZJA]

W trakcie jednej ze swoich tyrad na temat współczesnego stanu muzyki poważnej, Jerzy Maksymiuk dochodzi do wniosku, że jako wirtuoz stracił potrzebne mu tworzywo – solidnych muzyków z dobrym słuchem. Podobnie komentując warunki akustyczne sal, będzie zwracać się do swojej orkiestry lekko podłamanym głosem – “Wiem, że tu nic nie słychać, ale płacą, więc trzeba grać”. W pewnym momencie dojdzie nawet do wniosku, że nie nadaje się do bycia dyrygentem, co, patrząc na jego artystyczny dorobek, jawi się jedynie jako zbyteczna (a może fałszywa?) skromność. Pytanie tylko, gdzie stoi granica między wspomnieniami lat świetności, a zwykłym i jakże wyświechtanym w obecnych czasach frazesem “kiedyś to było!”?

Maksymiuk ze swoimi twardymi poglądami na temat sztuki nie będzie jedynym bohaterem filmu Tomasza Drozdowicza. Równie ważna będzie jego żona i menadżerka Ewa. O ile twórca muzyki do “Sanatorium pod klepsydrą” króluje niepodzielnie na sali koncertowej, o tyle w domu gra pod batutę swojej wieloletniej partnerki. Trudno jednak mu się dziwić. Gdy obiektyw kamery ukazuje jego wszystkie słabości, to w konfrontacji z prozą codzienności wydaje się bezradny. Nie potrafi rozwiązać sobie butów przed wejściem do łóżka, zaparzyć herbaty, czy kupić odpowiednio ciepłego płaszcza. Bez małżonki nie tylko byłby skazany na samotność, ale również nie potrafiłby przeżyć, błądząc myślami w taktach dziewiątej symfonii Beethovena.

Mimo niewątpliwego podziwu dla geniuszu muzycznego Maksymiuka, Drozdowicz nie stroni od pokazywania go w sytuacjach wątpliwych. Pewne zachowawcze lapsusy, wynikające zapewne ze starych, okropnych przyzwyczajeń, we współczesnych realiach nie powinny mieć miejsca – od nieświadomego seksizmu, gdy zwraca się do swoich muzyków i muzyczek w formie jedynie męskiej, per “koledzy”, przez obściskiwanie swoich współpracownic, bo przecież jak to nie można nie pocałować “pięknej instrumentalistki”, aż do zgryźliwości wobec współpracowników. Oczywiście, większość wad można zrzucić na wiek i zawodowe zmęczenie, ale nie powinno być to żadne wytłumaczenie.

Szkoda jednak, że reżyser nie decyduje się na wejście w dialog z dyrygentem, pozostając jedynie biernym obserwatorem. Problem w tym, że ta bierność jest wątpliwa, gdyż, szczególnie w przypadku scen rozmów z żoną, sceny wydają się być tutaj zainscenizowane, by nie powiedzieć sztuczne. Z tego też powodu w pewnym momencie przestałem wierzyć w słodką nieporadność Maksymiuka, która momentami przypominała kreację niźli szczerą postać twórcy.

To, co najbardziej doskwiera w “Maksymiuku…”, to jego fragmentaryczna forma. Choć ma ona na celu wprowadzenie dynamizmu, rodem z “Hungarian Dance No.4” Brahmsa, w pewnym momencie zatraca to, co najbardziej w nim pociągające, czyli momenty, w których kompozytor odpływa do krainy wyobraźni i rzuca teorie na temat świata. Może te tezy są chwilami pozbawione ładu i składu, ale jednocześnie są bardzo szczere i pasjonujące – choć z tymi komplementami nie zgodziłaby się jego żona. Tak też, gdy Maksymiuk po raz kolejny wpada w swój strumień świadomości, Drozdowicz zamiast dać się mu porwać, nagle ucina jego myśl, przez co opowieść traci niczym wykon “Libertango” bez akompaniamentu pianina.

W pewnym momencie główny bohater, w trakcie zachwytów nad geniuszem Chopina, wbija szpilkę (moim zdaniem skądinąd słuszną) Szostakowiczowi, twierdząc, że nawet dla niego samego nie liczyły się takty, które umieszczał w środku swoich utworów. Paradoksalnie ta obserwacja sprawdza się również w przypadku filmu – “Koncert na dwoje” ma świetne preludium i epilog, ale pewne takty-sceny są aż nazbyt repetytywne i nieprowadzące donikąd. Brak tu maksymiukowskiej finezji (czy szaleństwa, znanego z jego brytyjskiego przydomku – “Mad Max”); nagłej zmiany harmonii, przesunięcia taktu, ostrego ruchu batutą całkowicie zmieniającego nastrój.

Tu też pojawia się pewien dysonans jaki miałem, gdy nie tyle oglądałem, co próbowałem post factum spojrzeć krytycznym okiem na “Koncert na dwoje”. Z jednej strony jest to do bólu poprawna produkcja, niczym występ szkolnej orkiestry, przez cały rok próbującej spamiętać takty “Carmen” Bizeta. Z drugiej jest to film chwilami urokliwy, momentami frustrujący, ale jednak zrobiony z uczuciem i wyczuleniem na muzykę poważną – tu docenić należy znakomitą sekwencję montażową w rytm wielbionej przeze mnie “Śmierci Tybalta” Prokofiewa.

Kiedy jak w “Bohemian Rhapsody” Drozdowicz kończy swój film koncertem, trudno się nie zachwycić. O ile przez całą produkcję nie widzieliśmy mistrza w ferworze wykonów na żywo przed publicznością, to epilog w pełni zaspokaja nasze pragnienia obcowania ze sztuką w jej najwyższej formie. I choć mam nieodparte poczucie, że znacznie więcej dało się z tej historii wycisnąć, a w szczególności z postaci samego Maksymiuka, to “Koncert na dwoje” jest po prostu poprawny. A jak skwitował by to sam kompozytor – “w tych czasach musi to wystarczyć”.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.