“Wyleczeni”- Recenzja

Jednym z największych lęków ludzkich jest widmo utraty kontroli nad swoim ciałem i myślami, strach przed popełnieniem błędu w momencie chwilowej, bądź stałej utraty świadomości. Jak jednak pokazuje David Freyne w swoich Wyleczonych, jeszcze gorsze jest odzyskanie władzy nad swoimi czynami, pamiętając jednak o swoich czynach z czasu nabytej bezwładności. Niestety mimo tego jakże ciekawego punktu wyjścia, znamienne jest poczucie, że nie tylko bohaterowie nie potrafili kontrolować swoich czynów, ale również reżyser nie był momentami świadomy tego, co robił.

Cały świat został opanowany przez chorobę, która całkowicie przejmowała kontrolę nad ciałami i umysłami zarażonych. Pod jej wpływem zainfekowani wpadali w morderczy szał, zabijając każdą napotkaną zdrową osobę, łącząc się z innymi chorymi w watahy. Po pewnym czasie opracowano jednak metodę kuracji i w ten sposób Senan może po czterech latach leczenia wrócić do “żywych”. Niestety świat jest bardzo nieufny w stosunku do wyleczonych, przez co ci muszą żyć na wiecznym społecznym wygnaniu stając się ofiarami zaciekłych ataków ze strony mieszkańców. Jedynym wyjątkiem zdaje się być jego siostra Abbie (Ellen Page), która to decyduje się przyjąć Senana pod swój dach.

Zobacz również: Recenzję najlepszego filmu Fest Makabry

Nie wszyscy jednak mają tyle szczęścia, dlatego też zawiązana zostaje terrorystyczne grupa oporu wyleczonych, na której czele staje Connor. To grupa ludzi próbujących na drodze rewolucji i ataków wzbudzić w zdrowych mieszankę podziwu i przerażenia, i w ten sposób uzyskać “należne” im prawa oraz przywileje. Na swoje nieszczęście bardzo mocno z ich przywódcą związany jest nasz protagonista, a łączy ich pewna mroczna tajemnica wiążąca się z domem Abbie. A co gorsza – wyleczeni cały czas pamiętają o swoich czynach z czasów infekcji.

Niestety, mimo ciekawej i angażującej z początku fabuły, Freyne’owi nie udaje się uniknąć klisz i przewidywalności. Po pierwszych piętnastu minutach z około stu procentowym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie przewidzieć dalszy ciąg zdarzeń, a także odkryć tę misterną tajemnicę, która niestety jest bardzo prozaiczna i oczywista. Stąd też po pierwszych piętnastu minutach z sceny na scenę coraz bardziej dopada nas znużenie, bo niestety potencjał filmów o nieumarłych zdaje się wyczerpywać.

Nie oznacza to jednak, że cała historia jest tu nijaka, bo Freyne świetnie rozwija wątek polityczno – społeczny. Z jednej strony zadaje widzowi pytania natury moralnej – “Czy człowiek może usprawiedliwiać swe czyny chorobą”, a także “Czy zagrożenie upoważnia nas do ataku?”, z drugiej tworzy przekrój zlęknionego społeczeństwa, które boi się tego co nieznane i nieodkryte. Obiektywną ocenę sytuacji symbolizuje tu oczywiście dziecko, w tym przypadku syn Abbie, z jednej strony lekko wycofany, z drugiej kochany i akceptujący.

Zobacz również: Recenzję filmu “Dukun”

Na szczęście reżyser ma również jednego asa w rękawie w postaci Ellen Page. Dostaje ona trudne zadanie bycia jedyną w pełni sprawną emocjonalnie osobą, noszącą na barkach duży ciężar – macierzyństwa, choroby brata, tajemniczej śmierci męża i wreszcie ciężar dziennikarstwa politycznego. Często złapiemy się na tym, że patrzymy jej oczami na świat, w pełni identyfikując się z jej problemami i zachowaniami. Dodaje ona również trochę charakteru Samowi Keeley’owi. Dzięki ich rozmowom przestaje być jednowymiarowym, cierpiącym protagonistą.

W głębi duszy jednak czuję, że Wyleczeni nie są filmem złym, a jedynie wtórnym. Tym, którzy filmy poruszające tematykę zombie kochają, w pełni przypadnie do gustu, bo wpisuje się w stu procentach w ten nurt przypominając inne produkcje. Spodoba się również poszukującym w współczesnych horrorach spokoju i rozwiniętej narracji i zarysu historyczno-politycznego. Dlatego też gdybym miał określić produkcję Freyne’a jednym słowem, powiedziałbym “średnia”. Ale co ważniejsze i chyba kluczowe, na chłodny (post)Halloweenowy wieczór będzie w sam raz.

2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.